Jak poszedłem na spotkanie z charyzmatykami i przeżyłem

Michał Lewandowski
(fot. Jack Sharp / Unsplash)

Wiedziony ciekawością, potrzebą skosztowania czegoś nowego i świeżości, ale też poczuciem, że jak sam nie doświadczę, to nie będę wiedział, przyszedłem i czekam w ławce na to, co przede mną. Ministrant uderza w dzwonek. Wstajemy. Na razie wszystko wygląda zwyczajnie.

 

Jestem przekonany, że ta historia wydarzyła się wczesnym latem 2011 albo 2012 roku. Wnętrze kościoła jest zimne i przyjemnie chroni przed upałem, który wylał się wtedy na bielskie dachy i podwórka. W nowo wybudowanej świątyni, charakterystycznym znaku większych osiedli, gdzie ornamenty wnętrza zredukowano do minimum, a ilość miejsca pozwala na swobodne przemieszczanie się pomiędzy ławkami bez oparć, gromadzą się kolejni ludzie. Krzyk dzieci miesza się z szuraniem butów po marmurach, ściszone głosy z wolna wypełniają przestrzeń, po raz pierwszy w życiu jestem na mszy z udziałem wspólnoty charyzmatycznej.

 

Słyszałem o niej wiele, jedni powiadali, że dopiero tam spotkam prawdziwego Boga, który otoczy mnie swoją obecnością, że dopiero wśród nich będę mógł spotkać się z Jezusem, jako Panem i Zbawicielem, drudzy byli zdania, że to wzajemnie adorująca się grupa ludzi, którzy pod wpływem presji tłumu doświadczają uniesień, cudownych okrzyków, omdleń i znaków, które robią wrażenie, ale nie sposób ich zrozumieć, więc lepiej po prostu omijać ich bokiem.

 

Od kilku miesięcy byłem uczestnikiem parafialnej Oazy, gdzie znalazłem się w środowisku ludzi, którzy całkiem serio patrzyli na swoją wiarę i gdzie po raz pierwszy zrozumiałem, że jednak wiara "wierzona" we wspólnocie nie jest tym samym, co wiara w pojedynkę. Przynajmniej wtedy uważałem, że znalazłszy się w takiej grupie, należę do jakiejś innej, bardziej zaangażowanej i lepszej (choć z perspektywy lat wiem, jak słowo to fatalnie brzmi) części Kościoła. Oazowe Msze nie różniły się wielce od tych "zwykłych", niedzielnych. Poza śpiewem i charakterystycznym dźwiękiem gitar, byłyby nie do odróżnienia. Może jedynie średnia wieku uczestników kazała sądzić, że nie jest to liturgia, która odbywa się codziennie.

 

Wiedziony ciekawością, potrzebą skosztowania czegoś nowego i świeżości, ale też poczuciem, że jak sam nie doświadczę, to nie będę wiedział, przyszedłem i czekam w ławce na to, co przede mną. Ministrant uderza w dzwonek. Wstajemy. Na razie wszystko wygląda zwyczajnie.

 

* * *

 

Wiosna 2018 roku. Spotykam się z Klaudią, która przez kilka lat należała do jednej z lokalnych wspólnot charyzmatycznych. Poznaliśmy się w pracy, wtedy nie było czasu, żeby wiele rozmawiać, ale pamiętam, że wspominała o swoich duchowych doświadczeniach, które bardzo mocno wpłynęły na nią, kiedy silnie potrzebowała odczuć Bożą obecność. W młodości jeździła na rekolekcje, tam po raz pierwszy spotkała się z charyzmatykami.

 

"Wiesz, te rekolekcje były dla mnie takim czasem, w którym mogłam się odciąć od wszystkiego, co mnie otaczało. Poznałam tam ludzi, którzy byli dla mnie dobrzy, wspólnotę, która faktycznie wspierała mnie w trudnych chwilach. Potem nasze drogi się rozeszły, ale nie chcę o tym mówić. Pamiętam, że dwukrotnie doświadczyłam czegoś, czego nie spotyka się na co dzień w kościołach. Wiem, że raz była to presja grupy, raz (tutaj patrzy mi prosto w oczy) jestem przekonana, że był to Duch Święty. Pytasz o szczegóły, to opowiem ci tylko o tym drugim przypadku. Po Mszy każdy mógł podejść do księdza i poprosić o osobiste błogosławieństwo. Widziałam, że niektóre z tych osób swobodnie osuwają się na ziemię, tak jakby nagle zasypiały. Trochę się tego przestraszyłam, dlatego zostałam w ławce i poprosiłam Boga o błogosławieństwo. Drugi ksiądz powiedział wtedy głośno do mikrofonu, że gdzieś w kościele jest osoba, która bardzo mocno potrzebuje otulenia przez Boga, tak takich słów użył i że On teraz do niej przychodzi. Byłam wtedy bardzo rozdarta, czułam, że to są słowa o mnie. wtedy Go spotkałam. Nie patrz tak na mnie, doświadczyłam bardzo mocno obecności Boga. Stałam między ławkami, czułam, jak upadam do tyłu, całkiem bezwładna, ale bez lęku, tylko lekko, tak jakby trzymana niewidzialną ręką. Chociaż te ławki bez oparć miały tam dość ostre krawędzie, to bez jakiegokolwiek uszczerbku wylądowałam na nich lekko, jak na poduszkach. Nie wpadłam między nie, nie uderzyłam się. W jednej chwili leżałam i czułam, że On jest".

 

Próbuję dopytać o to, jak rozpoznała, że to akurat jest działanie Ducha i co czuła, kiedy leżała na tych ławkach w kościele.

 

"W tym wszystkim najelpsze było to, że mogłam to w każdym momencie przerwać, nie czułam się przymuszona do tego, żeby tkwić w tej bądź co bądź dziwnie wyglądającej pozycji. Mogłam po prostu wstać i wyjść, ale nie zrobiłam tego. Czułam spokój, taki spokój, jakiego nigdy przedtem, harmonię, radość, ale nie wesołkowatość, po prostu byłam szczęśliwa. Kiedy chciałam już to zakończyć, po prostu wstałam i z wielkim bananem na twarzy wyszłam z kościoła. Wiem Michał, że to był Duch Święty, mógłbyś kiedyś tego doświadczyć".

* * *

Ks. dr Grzegorz Strzelczyk, teolog, dogmatyk: "Przesunęliśmy się w ogóle w kulturze, jeżeli chodzi o emocjonalne wyrażanie naszych przeżyć, a więc także wiary. Od ścisłej, stoickiej powściągliwości do tego, że pozwalamy sobie na przeżywanie emocji i na potrzebę ich wyrażania. Część tego strumienia charyzmatycznego silnie tym się karmi. Czyli ludzie jeżdżą na spotkania charyzmatyczne, bo tam wyraźniej przeżywają swoją wiarę. Co nie jest koniecznie złe, ale może też być nienajlepsze. Bo można zacząć jeździć ze względu na to, że człowiek się uzależnił od emocji. I potrzebuje kolejnej, silniejszej dawki. Zjawiska zbliżone do charyzmatycznych mogą występować przez indukcję emocjonalną: człowiek wie, że jak ma paść w odpowiednim momencie i bardzo tego chce, to może mu się zdarzyć, że padnie. Natomiast jak sięgniemy do klasycznej teologii duchowości, to znajdziemy tam przecież opisy takich zjawiska jak zachwycenie i ekstaza. W klasycznej literaturze duchowej jest sporo materiału ilustrującego, jak te dwa zjawiska funkcjonowały w praktyce. Św. Teresa z Ávili miewała ekstazy połączone z lewitacją. Przy czym różnica pomiędzy zachwyceniem a ekstazą jest taka, że w ekstazę wchodzi się stopniowo, a zachwycenie przychodzi nagle. Istota zaś jest ta sama: skupienie na Bogu tak intensywne, że przestaje się kontrolować ciało".

 

Spodziewałem się jednak czegoś więcej, bo Msza nie uderzyła mnie niczym nowym. Bezpośrednio po niej klękamy, ksiądz na środku ołtarza stawia Najświętszy Sakrament, mówi, że teraz możemy do Boga zanosić nasze modlitwy, że On teraz słucha. Zapada cisza, gdzieś w środku zastanawiam się, czy tylko ja nie czuję żadnego zjawiskowego działania, czy może tak jest zawsze. Gdzieś w środku kościoła zaczyna się głośniejsza modlitwa kilku osób, słowa które rozumiem przechodzą z czasem w słowa, których nie rozumiem. Greka? Hebrajski? Nie znam żadnego z tych języków, ale uderza mnie to, że nagle cała świątynia zaczyna modlić się w podobny, obcy dla mnie sposób. Ręce uniesione w górze, kołysanie, fale dźwięków instrumentów, które włączyły się w modlitwę odbijają się od ścian i wracają do nas tworząc jakby ścianę melodii, która przenika się z głosami ludzi i tworzy wkrótce jedną całość, jakby strumień, który kieruje swój nurt w kierunku ołtarza. Powoli cichnie. Powoli kołysanie zamienia się w stałość, a głos w przeszywającą ciszę.

 

Karol Sobczyk, lider krakowskiego "Głosu na Pustyni" o modlitwie językami:

"To jest dar wolności w Duchu Świętym, który pozwala nam mówić rzeczy, które są z pozoru nielogiczne i głupie, a mimo to święty Paweł w liście do Koryntian powiedział, że pragnie, aby wszyscy mówili językami. A Jezus w ostatnim dzieleniu z uczniami powiedział, że takie znaki towarzyszyć będa tym, którzy uwierzą i nowymi językami mówić będą. Tak jest właśnie w modlitwie językami. On nas próbuje cały czas zakotwiczyć w tym, co niewidzialne, ale w tym, co trwające wiecznie".

* * *

 

Moje sprzed kilku lat początkujące "doświadczenia charyzmatyczne" postanowiłem zweryfikować. Szukam w sieci najbliższej modlitwy charyzmatycznej, o uzdrowienie, o wylanie Ducha. Ciężko ich nie znaleźć w Krakowie, parafie, małe, większe, wspólnoty zakonne, w każdej z nich działa jakaś wspólnota charyzmatyczna. Wybieram kościół na pobliskim osiedlu, pół godziny spacerem od domu. Jest majowy wieczór, lekki wiatr uderza między blokami, duży, halowy kościół wyrasta przede mną jakby z ziemi, do tej pory ukryty za blokami, teraz pojawia się przede mną i uderza wielkością.

 

Na stronie parafii wyczytałem: "Msza z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie". Program dość prosty, siadam w ławce, chcę wszystko obserwować z boku, po chwili przychodzi otrzeźwienie: jak chcesz w czymś brać udział, to podejdź jak najbliżej. Szybko przesuwam się do przodu. Mam wrażenie, że historia sprzed kilku lat się powtarza, bo Msza przebiega swoim normalnym rytmem. Dowiaduję się jednak, że po Mszy będzie konferencja, dopiero po niej modlitwa o uzdrowienie.

 

Pytam kobiety obok, czy zawsze jest tak, że mimo środka tygodnia gromadzi się tutaj tylu ludzi. "Nie, ale kiedy ojciec ma konferencję, to zwykle jest nas więcej. Sama jestem tutaj trzeci raz, koleżanka przyprowadziła mnie w zeszłym miesiącu. Spodoba się panu, zobaczy pan".

 

W czasie konferencji starałem się notować słowa, jakie padają: "uzdrowienie", "łaska", "spotkanie z Bogiem", "odnowienie", "zranienie", "wejście w ciemność", "wejście w światło", "uwolnienie", "rozeznanie", "pocieszenie", "modlitwa", "Duch Święty", "działanie", "przywrócenie" - to te, które pojawiały się najczęściej.

 

Czterdziestominutowa konferencja płynnie przeszła w modlitwę: "Jesteśmy tutaj, bo chcemy, żeby On nas uzdrawiał, teraz przychodzi do kobiety, która od lat zmaga się z brakiem przebaczenia. Przychodzi i uwalnia cię z tego". Kolejne prośby następują po sobie, przeplata je modlitwa za pomocą języka, którego nie znam, a który pamiętam (przynajmniej sposób jego wypowiadania) sprzed lat. Kilka osób koło mnie energicznie podnosi ręce do góry i jeszcze głośniej śpiewa. Swoje prośby, jakby nawlekane na nitkę z tego, co Kościół określa "darem języków", zanosi do Boga i prosi go o przyjście. Nie mam odwagi wykonać podobnego gestu, ale w ciszy modlę się o to, żeby On przyszedł do mnie i zrobił, co uważa za słuszne (od kilku lat taką modlitwę uważam za najuczciwszą). Obok ktoś osuwa się na ziemię. Kilka osób z tyłu pozwala mu miękko wylądować między nogami sąsiadów. Dźwięki gitary i śpiew tłumu sprawia, że doświadczam znów czegoś, co wydaje się dziwnie znajome. Zupełnie jakby te wszystkie dźwięki, mimo, że wydobywające się z tylu różnych instrumentów, w różnej skali, czasem z lepszym lub gorszym muzycznym słuchem, że te odbijające się od siebie fale, zachodzące w milionach przeróżnych kombinacji tworzą w tajemniczy dla mnie sposób jedną całość i jeden głos, który unosi się nad moją głową. Nie przeraża mnie on, nie boję się go. Jest jednocześnie łagodny i mocny, subtelny i zdecydowany. Po chwili cichnie, pojedyncze piszczałki ludzko-boskiego instrumentu wygrywają swoje ostatnie akordy, szmer jakby wiatru i oddechu opada wraz z ostatnimi głosami. Zapada cisza.

 

* * *

Ks. Grzegorz Strzleczyk: "całkiem szeroko o proroctwie pisał Tomasz z Akwinu w swojej Sumie Teologicznej, omawiając gratie gratis datae, czyli po naszemu charyzmaty. Kwestię glosolalii mamy poświadczoną w Nowym Testamencie. O iubilatio pisali Ojcowie Kościoła, np. Augustyn. Mamy świadectwa o ekstazie i zachwyceniu, podobnych do tzw. spoczynków w Duchu Świętym. Musimy sobie uświadomić pewną rzecz. Panuje takie przekonanie, także wśród charyzmatyków, że to było w czasach apostolskich, potem nic, i w XX wieku wielkie przebudzenie. To nieprawda. Doświadczenie charyzmatyczne, niekoniecznie używające tego języka, trwało cały czas tam, gdzie żyło się intensywną duchowością, czyli w niektórych zakonach. Wystarczy wziąć żywoty świętych i zobaczymy, że tam to wszystko się cały czas działo, z różną dynamiką, z mniejszym akcentem na dar języków, który nie był szczególnie poważany (bo nie jest też w Nowym Testamencie)".

 

Klaudia: "Na tym polega różnica, nigdy nie jesteś przymuszony. Zawsze chcesz przyjąć to, co On ci daje, to odróżnia Ducha Świętego od presji tłumu, twoja wola nie zostaje skrępowana".

 

Karol Sobczyk: "Stań przed Bogiem i poproś, żeby ci przedstawił Ducha Świętego".

 

W czasie modlitwy o uzdrowienie nie modliłem się językami, nie spocząłem w Duchu Świętym, nie stało się nic, czego bym się nie spodziewał. Wychodzę w majowy wieczór, czuję spokój. Ludzie wokoło śmieją się, błogosławią sobie. Powoli znikają w ciemnej otchłani molochowatego osiedla.

 

Michał Lewandowski - dziennikarz DEON.pl, publicysta, teolog. Prowadzi autorskiego bloga "teolog na manowcach" oraz fotograficzny projekt "Bardzo brzydkie zdjęcia"

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.63

Liczba głosów:

8

 

 

Komentarze użytkowników (4)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

assztuka 18:03:16 | 2018-06-06
gronix i jemu podobnie myślący: Czy uważacie, że Piotr sprzed 50tnicy to ten sam Piotr? Andrzej był uczniem Jana a więc na pewno ochrzczony z wody... czy ewangelizował z takim ogniem przed 50tnicą? Nie ma doniesień aby Filip teleportował się przed 50tnicą, itd. bo nie będę się rozpisywał. To ochrzczenie Duchem naprawdę jest nie tyle potrzebne co konieczne (Jeszcze raz Jan 3).

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

assztuka 17:54:30 | 2018-06-06
Fajnie, gość poszedł sobie sprawdzić czy coś się zmieniło w temacie... I co zmieniło się? Hej, no właśnie te spotkania mają prowadzić do wielkiej zmiany TWOJEGO życia. Przed wejściem pownini pisać ostrzeżenia: UWAGA - uczęszcznie na takie spotkania grozi nawróceniem!
Drogi autorze ciesz się zatem że On Cię nie dotknął (tym razem) bo musiałbyś radyklanie zmienić życie (tzn. "musiałbyś" bez przymusu) i odtąd szerzyć wiarę, nakłądać ręce na chorych, po szpitalach, biegać do więźień z ewangelią itd. Jeśli pojawią się tym podobne owoce to można mówić o "nowym narodzeniu" a bez tego to sami wiecie... (Jan3)

Oceń 3 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

gronix 16:28:10 | 2018-06-06
Jedna myśl: przecież każdy chrześcijanin jest charyzmatykiem, na mocy chrztu. Tytułowi charyzmatycy nie są kimś nadzwyczajnym w stosunku do pozostałych. 

Oceń 2 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

psyche 22:49:37 | 2018-06-03
Chciałam dać ocenę najwyższą czyli pięć gwiazdek, a "wybiło" dwie, co obniżyło średnią w sposób nieadekwatny do zamiaru. Piszę o tym, żeby Autor wiedział, że artykuł się jednak spodobał. Interesujące to, co Pan pisze o doświadczaniu tego, co się dzieje podczas spotkań charyzmatycznych i co czują ludzie dotknięci "spoczynkiem w Duchu św.". To, na ile takie doświadczenie jest uwarunkowane psychologicznie i społecznie, a na ile duchowo i mówi o prawdziwym zbliżeniu z Sacrum, zależy zapewne od indywidualnych predyspozycji i aktualnego stanu każdej z uczestniczących osób. Poza tym możemy niejednakowo reagować w podobnej sytuacji, więc i skala przeżyć może być u różnych osób odmienna. Zapewne najwazniejsza jest szczerość intencji.  

Oceń odpowiedz