To nie na doktrynie się wykładamy, a na szacunku [ROZMOWA]

(fot. Rachel Lynette French / Unsplash)

"Dotarło do mnie, że parafia, w której jestem, duchowo kona. Postanowiłem coś zrobić. Zrozumiałem wtedy, że diabelstwo będzie się uciekać do różnych sztuczek, by mnie zniechęcić" - mówi ks. Tomasz Szałanda.

 

***

 

Maja Sowińska: W ostatnim czasie w kuluarach zaczyna być ksiądz określany mianem "naczelnego apologety charyzmatyków w Polsce". Sam o sobie ksiądz mówi: wiejski proboszcz parafii, gdzie nawet nie ma "pół grupy Odnowy". Jak więc znalazł się ksiądz w tej pozycji?

 

Ks. dr. hab. Tomasz Szałanda: To był trochę impuls "z nieba". W pewnym momencie - chyba ze 2-3 lata temu - dotarło do mnie, że parafia, w której jestem, duchowo kona. Owszem, były tradycyjne formy, ale dzieci i młodzieży coraz mniej. Zaczęliśmy więc szukać z kilkoma osobami z parafii ludzi, którzy by nam pomogli coś "ruszyć". Zrobiliśmy warsztaty "Jak zaprosić młodych do Kościoła" ze wspólnotą z Łodzi. I tam w pewnym momencie była modlitwa, na którą przynajmniej ja nie byłem przygotowany - uwielbienie, ręce w górę, modlitwa w językach. Mnie osobiście nie tyle to przeraziło, ile zaniepokoiło, jak na zareagują uczestnicy warsztatów. Spora grupa ludzi po raz pierwszy to widziała i byli bardzo zdziwieni. Mój pierwszy odruch był więc dość "zdystansowany" nie ze względu na sam fakt zaistnienia, ale ze względu na okoliczności. Potem były w Olsztynie rekolekcje z o. Bashoborą. Wybrałem się na nie, ale po pierwszej konferencji "uciekłem", ponieważ tłum był tak rozentuzjazmowany, że dwa razy dostałem w twarz od pani siedzącej obok, która nagle w ferworze uwielbienia rozłożyła zamaszyście ręce, zatrzymując swoją prawą dłoń na moim lewym policzku (śmiech).

 

I wtedy obudził się w księdzu teologiczny detektyw?

 

Był jeszcze trzeci moment, który "zmusił" mnie do zainteresowania się charyzmatykami: czuwanie w wigilię zesłania Ducha Świętego, które zorganizowaliśmy w parafii. Wszystko było ok, czytanie fragmentów Biblii, rozważanie, "spokojny" śpiew przed Najświętszym Sakramentem - a we mnie była jakaś złość, jakieś niezrozumiałe podenerwowanie, którego nie potrafiłem wytłumaczyć. I to mnie tak "zeźliło", że postanowiłem się bardziej tym zająć (śmiech). Owo doświadczenie było nieuzasadnione, bo odciągające od adoracji Najświętszego Sakramentu. Słuchanie Pisma Świętego powodowało irytację w rodzaju: "jak on to czyta", "czemu tak powoli". Podobnie "działały" na mnie śpiewy także tradycyjnych pieśni adoracyjnych. Po wszystkim miałem przekonanie, że "coś jest na rzeczy", skoro czuję przeszkodę w modlitwie, skoro kosztuje mnie to tyle zmagania. Zrozumiałem wtedy, że diabelstwo będzie się uciekać do różnych sztuczek, by mnie zniechęcić, a skoro zniechęcało mnie do modlitwy przed Najświętszym Sakramentem i do modlitwy szczególnie "w kierunku" Ducha Świętego, to zgodnie z moim przekornym charakterem zacząłem wgłębiać się w charyzmatyczne zagadnienia.

 

Wiele osób, również duchownych, właśnie w tym momencie decyduje się, że tak to ujmę "kultywować charyzmatyczną niechęć". Więc to niesamowita łaska, że ksiądz po prostu postanowił tę niechęć skonfrontować.

 

Też to odczytuję w kategoriach łaski. Inaczej nie potrafię tego wyjaśnić. Trzy doświadczenia dosyć dla mnie negatywne (nie w ogóle, ale subiektywnie dla mnie - chcę to wyraźnie zaznaczyć) powinny "zaowocować" rezygnacją, odpuszczeniem sobie, a jednak stało się inaczej.

 

Od czego ksiądz zaczął? Katechizm? Biblia? YouTube?

 

Zacząłem w sumie od książek na temat Ducha Świętego i charyzmatów w ujęciu biblijnym. Potem poznałem kilka osób posługujących charyzmatami, a pierwszą z nich był ks. Michał Olszewski, który wiele rzeczy mi wyjaśnił. Potem były inne osoby skupione we wspólnotach charyzmatycznych. Myślę więc, że w miarę dobrze zapoznałem się z "problemem". Oczywiście czytałem też różne wpisy na temat charyzmatyków w Internecie, słuchałem też przeciwników ruchu charyzmatycznego i znowu ciśnienie rosło w górę (śmiech). To, co wyczytywałem, nijak się miało do mojego doświadczenia spotkania z nimi i nijak się miało do tego, co czytałem w KKK albo w artykułach i książkach choćby z zakresu biblistyki czy teologii dotyczących tej tematyki.

 

W związku z tym, że największa dawka jadu spadła akurat na mojego charyzmatycznego Brata, siedziałem po kilka godzin dziennie i słuchałem jego konferencji w sieci. Sprawdzałem ich zgodność z Pismem Świętym, KKK i innymi dokumentami - i krew się gotowała coraz bardziej, i coraz bardziej byłem przekonany o fałszywości owych tez, odnoszących się zarówno do ruchu charyzmatycznego, jak i poszczególnych osób. Mam taką zasadę, że jak czegoś nie wiem, czy nie rozumiem, to staram się albo doczytać, albo zapytać osoby, które coś więcej na ten temat wiedzą, albo zapytać konkretnego charyzmatyka o szczegóły. Bolało mnie więc, że osoby wypowiadające się na te tematy nie mają o tym przeważnie żadnego pojęcia - ponieważ nie chce im się nawet poszukać w Internecie dokumentów Kościoła o tym wszystkim.

 

Czy podczas lektury i dociekań natknął się ksiądz na termin "pentekostalizacja"? Czy ten "konstrukt", jakoś od początku nacechowany negatywnie, pojawił się dopiero później?

 

Jasne. Na słowo, które ostatnio jest chyba popularniejsze niż "amen" w pacierzu, natknąłem się w Internecie, szukając jakichś informacji o charyzmatykach i Odnowie. Był to tekst ks. Kobylińskiego. No raczej pozytywnej definicji tam nie znalazłem. Jest dużym problemem, że używanie słowa "pentekostalizacja" jest swego rodzaju straszakiem, gdy tymczasem to nic innego jak "ucharyzmatowienie". Kościół pentekostalny to Kościół przepełniony darami Ducha Świętego dla Kościoła - charyzmatami. Jednak wielu woli postrzegać życie w Kościele jako życie w oblężonej twierdzy, która wiecznie jest atakowana przez "wrogów". Należy się skupić na modlitwie, czytaniu i rozważaniu słowa Bożego, życiu sakramentalnym oraz służbie Bogu i ludziom, a nie na tropieniu. Trzeba być czujnym na Zło, którego doświadczamy, ale jak się na nim skupimy, to Bóg szybko "wyleci" z orbity naszego zainteresowania, gdyż więcej czasu poświęcimy "walce", a nie adoracji Pana i służbie bliźnim.

 

Czytając księdza najnowszą książkę pt. "HARYzMATY, czyli kościółkowe ŁUBU DUBU", pojawiła się nawet u mnie dość przewrotna może refleksja, że gdyby nie "pentekostalizacja" judaizmu, nie mielibyśmy chrześcijaństwa, więc może warto schować miecz.

 

Rzeczywiście teza dość przewrotna (śmiech). Jednak faktycznie można mówić, że Duch Święty po Zmartwychwstaniu w pierwszym "rzucie" został zesłany na Izrael, bo apostołowie byli Żydami. A później się rozniosło dalej. Ale czy to do końca jest precyzyjne, czy nie wymaga jakiegoś dopowiedzenia i pogłębionej analizy? Myślę, że winni się tu wypowiedzieć znawcy judaizmu.

 

Czy to, że termin "pentekostalizacja" przyjął się od razu jako straszak, nie jest pokłosiem braku formacji na temat charyzmatów w seminariach i na studiach teologicznych?

 

Na pewno w jakimś sensie tak. Kiedy ja byłem w seminarium (1988-1994), o charyzmatach zdawkowo wspominano "przy okazji", a o Odnowie mówiło się w kategoriach dziwacznej ciekawostki. Moim zdaniem kluczowe w podejściu do tej rzeczywistości jest zaryzykowanie osobistego doświadczenia. Denerwuje mnie bierność ludzi w tym względzie. I nie bardzo rozumiem, dlaczego wielu spośród koordynatorów diecezjalnych Odnowy, a więc zaangażowanych także "urzędowo" w rzeczywistość charyzmatyczną, milczeli i nadal milczą, kiedy wylewa się na nią pomyje. Przestrzeń internetowa, w której najczęściej uwidaczniały się wstręty, pomówienia i oskarżenia, stwarza możliwość, by wbrew "opiniom" dzielić się swoim doświadczeniem i obowiązującą nauką Kościoła także w zakresie charyzmatycznym. Jeżeli większość koordynatorów diecezjalnych nie reaguje, nie tłumaczy i nie broni Odnowy przed hejtem i wieloma oszczerstwami, to nie można się dziwić, że coraz bardziej powszechny staje się fałszywy pogląd, iż wspólnoty w Kościele katolickim po II Soborze Watykańskim - w tym Odnowa - są heretyckie. Z tej bierności i zachowawczości powinni się wyspowiadać, że nie bronili i nie bronią powierzonych im owiec.

 

W książce przytacza ksiądz zdanie papieża Pawła VI: "Kościele, poznaj samego siebie". Jak je rozumieć?

 

To stwierdzenie Pawła VI ma kilka wymiarów. Przede wszystkim taki, że Kościół to nie tylko instytucja czy hierarchia "wierni - my". Stąd mnie to zdanie wzywa do poznawania samego siebie - kim jestem w Jezusie i co to znaczy w moim codziennym życiu. W dalszej kolejności do poznawania tego, co to znaczy, że Kościół jest powszechny - i w tym kontekście historyczny, charyzmatyczny, hierarchiczny, apostolski etc.

 

A ekumeniczny? W swojej książce pisze ksiądz, że ekumenizm to jedno z ważniejszych wezwań Jezusa, podczas gdy traktuje się go w Kościele jedynie jako hobby dla entuzjastów. Niedawno usłyszałam wymowne podsumowanie: ekumenizm to na teologii fakultatywny przedmiot na ostatnim roku. Co teraz?

 

Kościół jest jak najbardziej ekumeniczny. Myślę, że to kolejna sfera, w której to nie na doktrynie się wykładamy, a na szacunku. To elementarny szacunek, a nie sto godzin ekumenizmu na teologii może coś zmienić. Nie dajemy sobie szansy. Podczas gdy chrześcijanin trochę inaczej wierzący niż ja jest dla mnie szansą na pogłębienie mojej wiary. Musimy nauczyć się szacunku i ciekawości wobec innych.

 

Dobra wola w miejsce podejrzliwości?

 

Dokładnie. Musimy zmienić swoją optykę na optykę Jezusa. On przecież i do Samarytan, i do saduceuszy, i do faryzeuszy podchodził z dobrą wolą i miłością.

 

Mam w sobie tęsknotę, aby Kościół katolicki naprawdę był w praktyce "katolicki", czyli powszechny - otwarty, akceptujący różnorodność w przeżywaniu tajemnicy tego, kim jest Jezus. Tymczasem trawi nas grzech wyniosłości wobec "innych", np. protestantów.

 

Ja tęsknię za takim Kościołem, gdzie przykładowo (i tylko przykładowo, gdy chodzi o wymieniane wspólnoty) grupa nieodnowowa nie hejtuje Odnowy i vice versa, gdzie grupy domowego Kościoła nie rywalizują z neokatechumenatem, gdzie jest miejsce i na żywiołowe uwielbienia, i na adorację w ciszy, i nikt się nie kłóci, co jest lepsze, bo każda z powyżej wspomnianych dróg jest dobra i dla każdej z nich jest miejsce w Kościele.

 

Prowadzimy niepotrzebne "wojenki", zamiast emanować w świecie radością Zmartwychwstania.

 

To prawda. Zostaliśmy wychowani w śmiertelnej powadze religijnej, podczas gdy rzeczywistość Kościoła naprawdę jest ekstatyczna. Owszem, jest miejsce na powagę, ale też na uśmiech, a nawet śmiech. Podobnie z innymi wspólnotami wiary. Jeszcze pokolenie moich rodziców pamięta obowiązujący przed II Soborem Watykańskim zakaz wchodzenia do kościoła ewangelickiego. Przez to ta część doświadczenia sacrum była niedostępna, a ona ma w sobie nieco większy dynamizm. Ale to, na szczęście, zaczyna się zmieniać i coraz łatwiej przychodzi się nam dzielić doświadczeniem Boga żywego.

 

Kiedy spotykam braci i siostry ze wspólnoty ewangelickiej, to interesuje mnie ich doświadczenie spotkania Boga i spotykania się z Nim. Oczywiście mam świadomość różnic, ale też mam ciekawość, na czym one polegają, skąd wynikają. Owa różność nie jest jednak dla mnie barierą, by wspólnie napić się kawy i by wspólnie odmówić "Ojcze nasz". "Inny" w wierze nie jest moim wrogiem, a bratem i siostrą. Na płaszczyźnie wiary różnimy się, ale na płaszczyźnie ukochania przez Boga i miłości okazywanej Bogu - nie. Można wziąć w ręce Biblię, wspólnie ją czytać i wspólnie modlić się jej słowami, a można też wziąć Biblię w ręce i walić się wzajemnie po łbach. Ja wolę spotkać się na modlitwie i kawie.

 

Czyli można powiedzieć, że największą "rację" ma ten, kto jest najbardziej uniżony.

 

Najbardziej uniżył się Jezus, więc to On nam podpowiada, kto ma "największą rację". A ma ją ten, kto jak niewolnik, na ugiętych kolanach z misą wody myje bliźnim nogi, kto oddaje swoje życie za innych, także za tych, którzy na jego życie nastają, a nawet go pozbawiają.

 

 

ks. dr hab. Tomasz Szałanda - kapłan archidiecezji warmińskiej, wykładał homiletykę w WSD w Elblągu i Pieniężnie, autor kilku książek i kilkudziesięciu artykułów z zakresu demonologii, mariologii i homiletyki. Od 2000 r. proboszcz parafii w Stawigudzie

 

Maja Sowińska - absolwentka judaistyki i lider uwielbienia, pasjonatka architektury modernizmu i reportaży. Na co dzień wraz z mężem celebruje życie w Skierniewicach

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.55

Liczba głosów:

11

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych