Złożony świat ofiar. Dramat widziany od środka

Szymon Żyśko
(fot. Jonatán Becerra / Unsplash)

Przygotowując się do napisania tego tekstu, odbyłem kilka najtrudniejszych rozmów w moim życiu. Z dwóch powodów.

 

Po pierwsze swoją tragedią podzieliły się ze mną osoby wykorzystane seksualnie w dzieciństwie. Po drugie, zrobili to ludzie, których znam od dawna. W pewnym momencie, gdy na DEON.pl zaczęliśmy otwarcie opisywać problem pedofilii w Kościele i walkę z nim, odezwali się do mnie znajomi, którzy po latach zaczęli mówić: "tak, byłem molestowany"; "tak, zostałam zgwałcona". Sprawcami byli księża, sąsiedzi, rodzice, rodzeństwo.

 

Najpierw był czas, aby opowiedzieli mi swoją historię, słowami, które uważali za stosowne. Nie dopytywałem o szczegóły, przyjęliśmy zasadę, że granice, które postawią, są święte. Każde "nie rozumiem" w mojej głowie zachowywałem dla siebie. Później zadałem im kilka pytań. Głównie o to, czy oczekują czegoś od społeczeństwa i co jest największą trudnością w powrocie do niego, czy w ogóle czują się poza nim. Pojawił się też wątek zadośćuczynienia. Najbardziej dotknęła mnie wypowiedź M., która powiedziała: "To nie powrót do społeczeństwa, a do świata żywych. Jestem martwa w środku".

 

To dorośli urządzają świat dzieciom

 

Te historie zaczynają się podobnie. Zawsze najpierw było zaufanie dziecka, często bezgraniczne, bezkrytyczne. Bo przecież chodziło o kogoś bliskiego albo o "przyjaciela" rodziny. Ale to nie dziecko było problemem i nie dziecko miało problem. Problemy mieli dorośli: na tle seksualnym, psychicznym, relacyjnym. Do wykorzystania dochodziło w sytuacjach codziennych: pomiędzy śniadaniem a wyjściem do szkoły; pomiędzy popołudniową zabawą a spotkaniem przed Pierwszą Komunią w salce na plebanii; na wakacjach; w pokoju tuż przed zaśnięciem; w łazience tuż po przebudzeniu. To zawsze "miał być tylko raz", ale milczenie dziecka i bezkarność były przez pedofila odbierane jako zachęta, by zrobić to jeszcze jeden raz i jeszcze jeden… "Stałam się nieśmiała, wstydliwa, wycofana. Rodzice uznali, że to dobry znak. Dojrzewam, a poczucie wstydu miało mnie uchronić w przyszłości. Nie zauważyli, że miałam dopiero 9 lat" - powiedziała mi K., której dramat trwał ponad 2 lata.

 

Dzieci w swojej ufności są zdane całkowicie na łaskę i niełaskę dorosłych. To dorośli urządzają im świat, uczą wartości i pokazują, gdzie przebiegają granice. Nie tylko granice posiadania i posłuszeństwa wobec nich, ale przede wszystkim granice własnej intymności i godności, które nie powinny być przekraczane. Te zaniedbują najbardziej. Asertywność dziecka bywa częściej traktowana jako problem wychowawczy niż zaleta. Dziecko może powiedzieć "nie" wyłącznie rówieśnikom, wobec dorosłych wymaga się stosowania jedynie komunikatu zgody i uległości. Tym sposobem dziecko pełne lęku przy braku zrozumienia tego, co się właśnie dzieje, całkowicie się temu poddaje. W sercu jednak wie, że stało się coś okropnego, nienaturalnego i upokarzającego. Wchodzi w świat seksu i przemocy, zanim jeszcze zda sobie sprawę z jego istnienia. Nic nie może być już takie samo. "Jest tylko życie przed i po".

 

Dramat nie kończy się w chwili zaprzestania przez sprawcę czynności seksualnych

 

Czy jednak wszystkie ofiary jako osoby dorosłe przeżywają swój dramat tak samo? Nie. Są różnej płci, na różnym etapie życia, leczenia i zaakceptowania swojej historii; mają różną wrażliwość, temperamenty, pochodzą z różnych domów. To, co ich dzisiaj łączy, to najczęściej problemy w sferze relacji. Wykorzystanie seksualne uderza w ich poczucie własnej wartości i bycia ważnym dla innych. Niektórzy się z nich wycofują, inni szukają w relacjach spełnienia za wszelką cenę. To bardzo często walka pomiędzy "chcę być czyjś" a "daj mi wolność". To walka pomiędzy skrajnościami. Często towarzyszy temu problem w określeniu własnej tożsamości nie tylko seksualnej, ale zwłaszcza tej związanej z poczuciem przynależności.

 

Osoby wykorzystane seksualnie potrafią zakładać szczęśliwe rodziny, ale przychodzi im to trudniej. A. na przykład ma dzisiaj żonę i dziecko, ale jednocześnie mówi: "więcej w tym szczęścia niż mojej pracy". Towarzyszy mu cały czas lęk, że kiedyś to straci. Nad tym obecnie pracuje z terapeutą. Tymczasem K. unika związków, bo nie wierzy, że może się udać. Nie potrafi mówić o tym, co trudne, nawet o najmniejszych problemach. Czuje, że obarcza nimi drugą osobę: "Na zmianę proszę i przepraszam, to wykańczające". To tylko dwa przykłady, odcieni nieradzenia sobie ze swoją historią i emocjami jest więcej.

 

Ofiary wykorzystywania seksualnego w dzieciństwie często mówią o zniszczonym życiu. Pierwsze lata po tym gwałcie to milczenie, wyparcie i utwierdzanie się w poczuciu winy. "Przez większość życia zbierałem i zapamiętywałem dowody własnej winy" - mówi A. Wykorzystanie nie kończy się w chwili zaprzestania przez sprawcę czynności seksualnych. Chwilę później zaczyna się kolejny dramat - budowanie świata skrzywdzonego dziecka na nowo, w którym zatroskany sprawca zachęca je do milczenia i kłamstwa. Fundamentem tego nowego świata jest wstydliwy sekret, którego "nie możemy nikomu zdradzić, bo nas nie zrozumie". To rzutuje na całe życie.

 

Dziecko bardzo często nie potrafi postawić siebie poza tym, do czego doszło, oddzielić osobę od czynu. Wielu oprawców wykorzystuje to i zaczyna mówić: my, nasz sekret, nasza zabawa. Jeśli w porę nie zareaguje nikt inny i nie dostrzeże, do czego doszło, to z czasem ten strup staje się blizną, a kłamstwa wrastają w człowieka. Wiele lat zajmuje oddzielenie ich od siebie, zrozumienie, że w chwili wykorzystania nie było żadnego "my". Była ofiara, sprawca i czyn sprawcy. "To był mój wuj. Nie chciałam go skrzywdzić" - tłumaczy mi M.

 

Nie ułatwiamy życia ofiarom

 

W rozmowach o pedofilii bardzo często pojawia się temat zadośćuczynienia, co wiele osób sprowadza wyłącznie do rozmowy o odszkodowaniach. Dochodzenie sprawiedliwości ma jednak wymiar przede wszystkim terapeutyczny dla ofiar. Żadna z tych, z którymi rozmawiałem, nie zdecydowała się wejść na drogę sądową, ale rozumieją innych, którzy na niej walczą. "Nasze historie są różne. Człowiek, który mnie zgwałcił, nie żyje, ale gdyby żył, nie chciałabym nic od niego. Nie jest mi nic winien, bo nie może mi oddać tego, co przez niego straciłam" - mówi K.

 

Konfrontowanie się z oprawcą i własną historią jest zawsze trudne. Przychodzi moment, w którym ofiara raz jeszcze przeżywa swój dramat tak, jakby to się działo w tej chwili. Dlatego potrzebujemy stowarzyszeń, fundacji i psychologów, którzy są w stanie je wspierać w tej walce. Ona jest ich prawem. Przechodzenie przez to samotnie jest bardzo trudne. Zadośćuczynienie jest jednak tylko elementem pewnej większej odpowiedzialności sprawcy, który powinien ponieść konsekwencje swoich czynów. Niezależnie od osobistych poglądów ofiary i od jej przebaczenia lub nie, sprawca powinien zostać ukarany zgodnie z prawem za przestępstwo, które popełnił. Sąd nie jest narzędziem osobistej zemsty, a sprawiedliwości.

 

Ale życia ofiarom nie ułatwiamy również my, czyli społeczeństwo. Wystarczy przejrzeć fora internetowe i przeczytać komentarze na portalach społecznościowych, by przekonać się, że nie jest łatwo. Szufladkowanie, posądzanie ofiar o kłamstwo, obrona sprawców, racjonalizowanie ich zachowań - przez to wszystko przemawia brak podstawowej wiedzy i empatii. Nawet jeśli to tylko mały procent, który nie odzwierciedla całości, jest on bardzo widoczny. Najchętniej bowiem wypowiadają się osoby, które nie mają pojęcia o tym, czym jest pedofilia, wykorzystywanie seksualne, które nie znają się na psychologii, terapiach i procesach wychodzenia z podobnych zranień. Osoby te i ich wypowiedzi powodują u ofiar lęk. Dochodzi do ich wtórnej wiktymizacji. Budujemy społeczeństwo, któremu trudno zaufać. Nawet najlepsze wytyczne i procedury prawne nie sprawią, że ofiary zaczną mówić o tym, co im zrobiono i wychodzić z ukrycia, w którym żyją. To wydarzy się tylko dzięki budowaniu wzajemnego zaufania i jednoznacznemu potępianiu przestępstw seksualnych. Gdy do nich dochodzi, nie może być żadnego "ale".

 

Dlaczego powinniśmy być wdzięczni za świadectwa ofiar?

 

Jest w nas pokusa, żeby traktować ofiary pedofilii jako jedno ciało, mówić: "ofiary" i myśleć: "jakaś grupa", "jacyś oni". Takie patrzenie być może pomaga nam zrozumieć skalę, ale nie krzywdę i jej mechanizmy. Im bliżej jesteśmy statystyk, tym - mam wrażenie - dalej od człowieka. Dlatego na szczycie ws. pedofilii występowały konkretne ofiary. Te, które miały odwagę opowiedzieć swoją historię, odsłonić twarz. Myślę, że szczególnie ważne było to podczas nabożeństwa pokutnego w Pałacu Apostolskim. W jego trakcie papież i przewodniczący episkopatów wysłuchali historii młodego chłopaka z Ameryki Łacińskiej. Dzięki jego odważnemu świadectwu ta modlitwa nie była symboliczna, ale do bólu prawdziwa. Biskupi nie modlili się nad swoimi wyobrażeniami i grzechami zamkniętymi w piękne metafory, ale w kontekście prawdziwej historii. To była modlitwa nad grzechem nazwanym wprost.

 

Szymon Żyśko - dziennikarz i redaktor DEON.pl, opiekun blogosfery blog.deon.pl. Autor książki"Po tej stronie nieba. Młodzi święci". Prowadzi autorskiego bloga<<

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

12

 

 

Komentarze użytkowników (1)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

natali.swiderska 23:38:57 | 2019-02-28
Dobrze napisany, wyważony artykuł podejmujący trudny temat. 
"Im bliżej jesteśmy statystyk, tym - mam wrażenie - dalej od człowieka"
Zgadzam się. Gdy dostrzegamy konkretnego człowieka i jesteśmy blisko, nie tak łatwo odwrócić wzrok i powiedzieć, to nie moja sprawa.

Oceń 5 odpowiedz

CZYTAJ ARTYKUŁY Z NUMERU (2/2019) "Milczenie, które boli"