Jestem singlem, bo mam zbyt pojemne serce

Szymon Żyśko
(fot. saeed mhmdi / Unsplash)

W Biblii znalazłem przynajmniej dwa przykłady bycia singlem. I to wśród najbliższych Jezusowi ludzi. Może więc Bóg dopuszcza, że niektórzy po prostu nie nadają się do małżeństwa ani kapłaństwa? Na pewno nie są w niczym gorsi od innych.

 

Świat nagle odkrył singli. "Znak czasu" - mówią ludzie. I może rzeczywiście coś w tym jest, że liczba osób żyjących samotnie wzrosła tak bardzo, że trzeba było jakoś nazwać i opisać zjawisko. Bo tak naprawdę single istnieli od zawsze, tylko wydaje się, że nie mieli wcześniej potrzeby definiowania siebie i domagania się jakichś szczególnych praw. Dawniej mówiono po prostu o kawalerach i pannach, wskazując wyłącznie na to, że są to osoby świeckie stanu wolnego. Dziś za słowem singiel idzie wręcz przynależność subkulturowa. Można nawet spotkać się z zarzutami o dyskryminację, a różne grupy samotnych mężczyzn i kobiet domagają się raz na jakiś czas pewnych przywilejów. Ale singiel singlowi nierówny. Bo czym innym jest moda, czym innym niedojrzałość do wchodzenia w relacje lub niezdolność do podejmowania decyzji na całe życie, a czymś zupełnie innym oddanie swojego życia służbie, idei i innym ludziom. Tym ostatnim najbliżej do bycia chrześcijańskimi singlami. Po co Bogu ludzie samotni?

 

Na pytanie, kim jest singiel, bardzo chcielibyśmy odpowiedzieć krótko i zmieścić w jednej definicji wszystkich, którzy z jakichś powodów żyją w pojedynkę. Sami w redakcji próbowaliśmy zmierzyć się z definicją bycia singlem i trochę się z tego powodu spieraliśmy. Bo jakkolwiek byśmy spojrzeli, to zdecydowana większość dochodziła ostatecznie do wniosku, że w byciu singlem jest coś nienormalnego, a może nawet nieludzkiego. Najczęściej rozbijaliśmy się o to, że człowiek jest istotą relacyjną, tak jak Bóg, na którego podobieństwo zostaliśmy stworzeni. I nasze życie obiektywnie zależy od wielu relacji: naszych rodziców względem siebie (bez tego nie byłoby poczęcia), naszych rodziców do nas (w końcu opiekowali się nami i zapewniali bezpieczeństwo). Nawet to, jacy jesteśmy dzisiaj i jak rozwinęliśmy nasze zdolności, zależy przecież od wielu innych ludzi, których po drodze spotkaliśmy. Jesteśmy mieszaniną różnych wrażliwości.

 

Człowiek najpełniej - a wielu powie też, że najpiękniej - wyraża siebie w relacji. Rodzi się jednak we mnie wątpliwość, czy relacja jest jedynym sensem naszego istnienia? Tym bardziej że z perspektywy ziemskiej pewne relacje doceniamy bardziej niż inne, np. małżeństwo i kapłaństwo. W czym osoba samotna miałaby być gorsza? Czy relacje, jakie ma w życiu, są mniej warte? Czy wyznacznikiem tej ważności jest tylko sakrament lub konsekracja? Jeśli uznamy, że tak, to nasze przyjaźnie stają się zwyczajnie mniej warte, a przecież wszyscy wiemy, jak przyjaciele potrafią stać się częścią naszego życia. Nie ma też dobrego małżeństwa bez przyjaźni.

 

Każda forma ma swoje wypaczenia i skrajności. Wśród szeroko pojętej grupy określającej się jako single występują też ludzie, którzy szukają wytłumaczenia dla własnego egoizmu lub bezkompromisowej potrzeby niezależności. Dla mnie prawdziwy singiel to człowiek, który nie wyróżnia żadnej relacji w swoim życiu; decyduje się na samotność, mając jednocześnie pojemne serce. To ktoś, o kim możemy pomyśleć na pierwszy rzut oka, że na nikim nie zależy mu bardziej, ale ludzie rzeczywiście czują się w relacji z nim akceptowani, kochani i ważni - tak samo ważni. Dlaczego więc taka osoba nie wybiera życia zakonnego lub kapłańskiego? Bo Bóg to taka sama osoba jak wszystkie inne - realna osoba. I nie czyni to relacji z Nim jako mniej ważnej. Prawdziwy chrześcijański singiel rozdaje siebie innym.

 

Singiel z woli Bożej?

 

Najlepiej rozmawia się na konkretnych przykładach. Długo zastanawiałem się, jakich znanych singli można przywołać, żeby dobrze zrozumieć, kim są naprawdę. Pierwszym singlem, którego śmiało można nazwać też chrześcijańskim, był… Jan Chrzciciel. W czasach Jezusa prorocy również mieli rodziny, bezżeństwo było bardzo źle postrzegane w judaizmie. Jan z nikim się nie związał. Odrzucił też kapłaństwo, chociaż pochodząc z kapłańskiego rodu Aarona, miał ten przywilej. Nie był ani zaślubiony, ani konsekrowany. Został pustelnikiem, co też jest dziwne jak na Żyda, dla którego bardzo ważna jest przynależność wspólnotowa.

 

"Małżeństwo jest nakazane w Torze, dlatego ludzi unikających ślubu nie ocenia się najlepiej. Gorzej jednak ocenia się mężczyzn. Judaizm uważa, że małżeństwo jest pewnym rodzajem utemperowania mężczyzny, ma sprawić, że mężczyzna będzie bardziej odpowiedzialny, będzie musiał się troszczyć o rodzinę. Mężczyzna unikający ślubu na pewno nie jest osobą, którą darzy się szacunkiem. Nie powierza się mu ważniejszych funkcji, nie może być rabinem, ponieważ powinien swoim życiem dawać przykład. Jeśli tego nie robi, uważany jest za egoistę. Kobiecie raczej współczuje się, że nie znalazła odpowiedniego męża" - mówiła w wywiadzie dla portalu Interia Anna Lebet-Minakowska z Muzeum Narodowego w Krakowie.

 

Jesteśmy kulturowo mocno osadzeni na takim podejściu do relacji. I chociaż w przypadku Jana Chrzciciela wydaje się, że taką najważniejszą relacją w jego życiu była relacja z Bogiem, to na poziomie deklaracji trudno szukać tutaj szczególnego poświęcenia się temu. Jednak na poziomie decyzji był cały dla Boga i ludzi. Ostatecznie powrócił z pustyni i nauczał. Zgromadził wokół siebie rzeszę uczniów, a swoje oddanie sprawie przypłacił życiem. Jan potrzebował doświadczenia pustyni, by odnaleźć siebie. Miał naturę introwertyka, który czerpiąc siłę z wewnątrz, potrafił spożytkować ją w świecie. Robił coś konkretnego i choć wydawał się też szorstkim cholerykiem przez swoją radykalność, to w gruncie rzeczy był cały dla innych. Zabiegał o ich dobro.

 

Patronka wszystkich singli

 

Przy Jezusie było więcej osób, które nie żyły w rodzinach. Tylko nielicznych powołał do kapłaństwa rytualnego. W ówczesnej wspólnocie chrześcijanie przyjmowali różne role. Taką najbardziej charakterystyczną postacią tego okresu jest kobieta nazywana Apostołką Apostołów, czyli Maria Magdalena. Biblia nie mówi o tym, by była szczególnie posłana, w jakiś sposób konsekrowana do swojej roli. Zresztą jej rola polegała na tym, że towarzyszyła Jezusowi z własnej woli.

 

O jej relacji z Jezusem krążą różne legendy. Niektórzy wskazują, że mogła być w Nim skrycie zakochana. Inni badacze podkreślają wielkie przywiązanie Marii Magdaleny powodowane wdzięcznością do człowieka, który uchronił ją przed śmiercią i przywrócił czystość, wypędzając siedem złych duchów. Niektórzy próbują też przypisać jej rolę kobiety cudzołożnej, ale Biblia tego nie potwierdza. Jedno jest pewne - zanim spotkała Jezusa, była kobietą odtrąconą, bardzo głęboko zranioną. Być może jej singielstwo było oparte właśnie na zranieniach, na braku zdolności do wejścia w relację małżeńską. Jako kobieta nieczysta (zniewolona) nie mogła też wybrać drogi konsekracji. Ta zresztą była przewidziana jedynie dla młodych dziewcząt i kończyła się najczęściej z chwilą wejścia w dorosłość, co wiąże się z utratą rytualnej czystości.

 

Maria Magdalena miała jednak bardzo pojemne serce i choć jesteśmy pewni jej wielkiej miłości do Jezusa, to trzeba też zauważyć, że z chwilą śmierci swojego Mistrza i przyjaciela nie odeszła od Apostołów. Została we wspólnocie, która przecież w Wielki Piątek wyglądała tak, jakby miała już na zawsze się rozpaść. Podjęła decyzję, żeby dalej iść tą drogą i była pierwszą osobą, która zobaczyła Jezusa po zmartwychwstaniu.

 

Maria Magdalena miała niezwykłą wrażliwość, która pozwalała jej kochać wszystkich i spełniać się również jako kobieta, nie posiadając rodziny. Dla wielu z nas taką rodziną mogłaby być przecież wspólnota, do której należała Maria Magdalena. Ale to dość poetyckie i abstrakcyjne myślenie jak na czasy, gdy prawo żydowskie (którego przecież Jezus nie odrzucił) definiowało każdy aspekt życia ówczesnych ludzi. Rodzina to rodzina, wspólnota to wspólnota - dwa odrębne zbiory. Myślę, że Maria Magdalena jest dziś patronką wszystkich singli. Niezależnie od powodów, jakie kierują nimi przy wyborze takiej drogi: zranienia, odrzucenie, świadomość misji, idea, poświęcenie. Ona jedna w życiu posmakowała tego wszystkiego.

 

Samotność wybiera się tak samo, jak partnera. Po prostu to wiesz

 

Tego typu ludzi możemy spotkać nawet dzisiaj. Są obecni na każdym etapie historii i mam wrażenie, że maksymalnie wykorzystują swój potencjał, żeby zmieniać świat na lepsze. Nie mówię, że posiadanie rodziny jest przeszkodą, bo uczy patrzeć z zupełnie nowej perspektywy - czystego altruizmu. Ale choć to ryzykowna szansa, którą warto podjąć, to w pewnym stopniu jest też ograniczeniem. Nie wyobrażam sobie, że można posiadać rodzinę i być społecznikiem, aktywistą, człowiekiem zaangażowanym w misję na 100%. Coś zawsze poświęca się kosztem czegoś innego. Można to pogodzić raz na jakiś czas, ale nie da się z tego zrobić normy. W idealnym świecie deklaracja miłości wystarczy nam, by czuć się kochanym i nie domagać się ciągłego potwierdzania jej. Ale jesteśmy tylko ludźmi - miewamy gorsze dni, pokonujemy trudności, potrzebujemy bliskości i zrozumienia. Wyrażamy się za pomocą zwykłych codziennych gestów i trudno nam zrozumieć, że czasem są sprawy ważniejsze od nas w danej chwili. Poczucie bycia zaniedbywanym może bardzo konkretnie krzywdzić drugą osobę. To powód zdrady w wielu małżeństwach, jeśli nie odpowiada się własnym zaangażowaniem na zaangażowanie partnera. Wzajemność jest ważna.

 

Nie dziwię się więc temu, że istnieją ludzie, którzy nie decydują się na założenie rodziny lub drogę konsekracji. Myślę, że może być to nawet oznaka pewnej dojrzałości i docenienia wrażliwości, jaką posiadają. Nie każdy musi przecież przeskakiwać siebie. Nasze emocje i wewnętrzne granice nie są niczym złym, ale bardzo konkretną informacją o tym, jacy jesteśmy i co czujemy. Pytanie jest zawsze o to, do czego ostatecznie prowadzą.

 

Moim ulubionym singlem jest Jean Vanier, którego bardzo szanuję. To założyciel wspólnoty Arka (L’Arche). W latach sześćdziesiątych zamieszkał z dwoma niepełnosprawnymi chłopcami, Filipem i Rafaelem, w Trosly. Tak zaczęła się historia jednej z najpiękniejszych wspólnot. "Nie mieliśmy planów na przyszłość. Chcieliśmy tylko kochać każdą osobę i każdy nadchodzący dzień" - wspomina Vanier.

 

Przez te wszystkie lata Arka pojawiła się w 40 krajach, gdzie nie tylko opiekuje się niepełnosprawnymi, ale przede wszystkim tworzy z nimi więź. Arka to nie fundacja, to nie pomoc społeczna, ale środowisko. Wolontariusze nie opiekują się niepełnosprawnymi, ale z nimi żyją. Większość z nich podporządkowała temu całe swoje życie, a na pewno zrobił to Jean Vanier. Nigdy się nie ożenił i nie założył tradycyjnej rodziny - dla niego rodziną stała się Arka. Jest on ideałem chrześcijańskiego singla. Swojej samotności nadał głębszy sens, a może nawet jest ona wtórna i odnalazł się w swoim życiowym powołaniu właśnie dzięki spotkaniu niepełnosprawnych. W wywiadzie udzielonym Justinowi Brierleyowi powiedział zresztą kilka bardzo ciekawych słów o tym, jak zrozumieć, kim się jest i do czego dąży:

 

Przed tobą była dobrze zapowiadająca się kariera naukowa. Co sprawiło, że poszedłeś inną drogą?
 
Chciałem pójść za Jezusem. Jest kilka rzeczy, które robisz bez rozmyślania. Czy jest Pan żonaty?
 
Tak.
 
Dlaczego poślubił Pan swoją żonę?
 
Ponieważ - tak sądzę - wiedziałem, że to właśnie ona.
 
To jest to. Są rzeczy, których jesteś pewny i nie musisz nad nimi myśleć; bez szukania plusów i minusów. Wiesz, że właśnie to powinieneś zrobić i robisz. To coś podpowiada ci sumienie, mały wewnętrzny głos.
 
Czego nauczyłeś się od podopiecznych?
 
Że każda osoba jest piękna i że każdy ma coś do zaoferowania.
 
Widzisz Jezusa w codziennym życiu wspólnoty? W czym najbardziej?
 
W kochaniu ludzi takimi, jakimi są. Nie tylko osób niepełnosprawnych, ale także wolontariuszy. Kochać ludzi to nie znaczy tylko robić dla nich coś, ale przede wszystkim uświadamiać im, że mają wartość. Pomagam im odkryć, że są cenni, ponieważ są zdolni do miłości. Nie skupiam się na rozwijaniu ich talentów, ale przede wszystkim na rozwijaniu relacji (…). Myślę, że cała wizja, jaką miał Jezus, polega na zbliżeniu ludzi. Potrzebujemy się nawzajem.

 

Biorę sobie siebie - czyli sakrament bycia singlem

 

Nie da się powiedzieć, kim naprawdę jest singiel, ani czy istnieje coś takiego jak powołanie do samotności. I myślę, że to się nie zmieni. Bo singiel zawsze będzie kimś, kogo można tak nazwać już po fakcie, gdy przeżyje swoje życie do końca. Wcześniej traktuje się ich deklaracje trochę żartobliwie. Ludzie patrzą podejrzliwie na to, że ktoś chce żyć sam. "Przejdzie mu"; "Nie poznał jeszcze tej jedynej" - mówią i po cichu liczą, że to zwyczajne pogubienie. A stary kawaler i stara panna wciąż brzmią w naszych głowach pejoratywnie. Nie ma sakramentu, który potwierdzałby z mocą "od teraz jesteś singlem". To nie jest małżeństwo ze sobą samym.

 

Singiel to człowiek świadomy swojej samotności. Niezależnie, czy stoi za tym decyzja, czy jakieś zranienia i blokady. Wszyscy je mamy. Nieudane związki też kształtują nasze przyszłe relacje, a nawet małżeństwo. Doświadczenia pomagają nam zrozumieć, dlaczego wybieramy w przyszłości coś jednego, a coś innego odrzucamy. Single są samotni, ale potrafią kochać. To nie tak, że im czegoś brakuje. Są siłą Kościoła we wszystkich duszpasterstwach, wspólnotach i parafiach. Ludzie samotni oddają swoje życie innym.

 

Jest przecież też cała grupa osób niepełnosprawnych, którzy z różnych przyczyn, prawnych bądź mentalnych, nie są zdolni do zawarcia małżeństwa. Dla niektórych to tragedia, bo to wbrew ich wielkiemu pragnieniu. Dla innych coś normalnego, bo nie mają w sobie takiej potrzeby. Ale nie są mniej warci tylko dlatego, że wchodzą w relacje na zupełnie innym poziomie. Tak naprawdę nie wiemy do końca, jak bogate jest ich życie wewnętrzne. Nawet osoba głęboko sparaliżowana lub taka, która urodziła się pozbawiona możliwości komunikowania się ze światem, czuje i przeżywa swoje życie. Ona też potrafi wchodzić w relacje tworząc prawdziwą więź, i może to nam tak naprawdę brakuje narzędzi, by odczytać jej subtelne komunikaty. Świat relacji jest bardzo bogaty. Nie wszystko musi być podporządkowane małżeństwu lub kapłaństwu.

 

Szymon Żyśko - dziennikarz i redaktor DEON.pl. Autor książki "Po tej stronie nieba. Młodzi święci". Prowadzi autorskiego bloga www.nothingbox.pl

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3

Liczba głosów:

25

 

 

Komentarze użytkowników (2)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

Jacek Rozpędowski 23:10:23 | 2018-08-11
Sam Pan Jezus był singlem! Singlem był Św. Paweł, Św. Tomasz z Akwinu oraz wielu wielu świętych!1 Czzy trzeba jeszcze przykładów? Teraz wielu ludzi nie ma czasu na małżeństwo, na dzieci, to nie dla każdego. Są związki nieregularne, dlatego właśnie kościół towarzyszy singlom. Ktoś może być gejem ale nie chce wspórzyć, wienc zostaje singlem.

Oceń 1 8 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

bulwaPapieska 15:59:21 | 2018-08-10
tak jest, trzeba wziąć w obrone tych biednych ludzi. To nie ich wina że współczesna cywilizacja tak ich powykrzywiała, że nie są w stanie wejśc w normalną relację. Ja sam mam wielu kolegów singli i ... są szczęśliwi: mają kupę kasy, wygodne życie i są bardzo mili. Kto powiedział, że człowiek się ma spełnić w małżeństwie? Szczerze? po wielu latach małżeństwa żałuje że nie było singli w moich czasach - byłbym jednym z nich. Lepiej życ wygodnie i pomagać innym, niż się poświęcać tylko dla rodziny i być wiecznie zmęczonym. MOje kredo brzmij dla siebie, to inni też skorzystają. Szanuję singli.

Oceń 318 2319 odpowiedz