Problemem nie jest śmierć, lecz strach przed śmiercią [ROZMOWA]

(fot. archiwum prywatne)

"To powoduje, że żyjemy w grzechu, niezadowoleniu i cierpieniu. Jesteśmy niewolnikami demona. Ten strach może zabrać tylko Chrystus" - mówi Tomasz Budzyński.

 

Piotr Kosiarski: Słyszałem, że w jednej z krakowskich wspólnot neokatechumenalnych zmarł młody mąż i ojciec. Rodzina przeżyła jego śmierć bardzo boleśnie, ale jednocześnie z nadzieją i pokojem. Takie doświadczenie różni się od tego, jakie znamy z większości pogrzebów.


Tomasz Budzyński: Ja od dwudziestu paru lat jestem na Drodze i byłem na paru pogrzebach braci. To prawda, że dość mocno się one różnią od zwykłych pogrzebów. Panuje kompletnie inny nastrój, że się tak wyrażę. To robi ogromne wrażenie na ludziach spoza Drogi. Pamiętam jak po pogrzebie mamy mojego brata ze wspólnoty jakaś pani powiedziała do drugiej, że na takie pogrzeby to ona może chodzić codziennie. Ale dlaczego? Na pogrzeby? O co chodzi? Przecież pogrzeb z natury nie jest czymś przyjemnym, chowają człowieka do grobu, jest śmierć. Ludzie w ogóle boją się pogrzebów. Jak byłem mały, to tak miałem. Poszedłem z babcią na pogrzeb, to później całą noc nie mogłem spać, prześladował mnie ten "barokowy karawan" i wypolerowana trumna. Całe to widowisko było dla mnie straszne i traumatyczne. Nie wiem, ale teraz wszystko się zmieniło. Tu chodzi o perspektywę życia wiecznego, bo jeżeli tego się nie ma to jest tylko rozpacz. Wierzymy, że śmierć nie jest końcem tylko przejściem. Ta kobieta, nie będąca na Drodze, paradoksalnie zetknęła się nie ze śmiercią tylko z jakąś potęgą życia. Ona chce chodzić na takie pogrzeby!


To przez formację?


Droga neokatechumenalna oparta jest na trójnogu Słowo-Liturgia-Wspólnota. Wspólnota czyli miłość. Spotykamy się dwa razy w tygodniu, czasem częściej. Wiara rodzi się ze słuchania, w czasie liturgii słuchamy Słowa Bożego i dzielimy się tym z braćmi.


Droga neokatechumenalna kładzie duży nacisk na przeżywanie tajemnicy paschalnej - pamiątki zmartwychwstania Jezusa Chrystusa.


Można nawet powiedzieć, że żyjemy od Paschy do Paschy. To jest najważniejsza liturgia w roku i przezywamy ją bardzo uroczyście, do samego świtu. To jest eksplozja radości! Tańczymy i śpiewamy, bo Chrystus Zmartwychwstał! Przyjdź, zobacz i ciesz się z nami!


Zgoda, ale to nie zmienia faktu, że ludzie wciąż umierają.


Dzisiejsza kultura, w której żyjemy, ma w ogóle problem ze śmiercią i cierpieniem. Szpitale i cmentarze są dziś budowane daleko za miastem. Kiedyś pogrzeb szedł przez środek miasta, dziś chyłkiem i w pośpiechu wyprowadza się zmarłego jakby to był jakiś wstyd. Pamiętam jak zmarł mój ojciec, dostaliśmy rano telefon ze szpitala, że zmarł i zaraz tam pojechaliśmy, a ojciec leżał na szpitalnym łóżku w czarnym foliowym worku. To był dla mnie szok! Nie było mowy, żeby czuwać przy nim, bo kazali nam szybko wychodzić. Kiedy zmarł mój teść, a stało się to w domu, to nie śpieszyliśmy się aby ich powiadamiać. Mieliśmy czas do wieczora aby się modlić i czuwać przy jego ciele. To było bardzo głębokie doświadczenie, w którym brały udział nasze małe wtedy dzieci. U naszych południowych sąsiadów Czechów, jest mnóstwo nie pochowanych ludzi, zwłoki leżą w prosektoriach i nikt po nie się nie zgłasza. Tam musi być ta - jak oni to mówią - "pohoda" ale co to za "pohoda" jak ci jakiś bliski nagle umiera? Nie dość ci narobił kłopotu, że umarł to jeszcze kolejny stres z  pogrzebem? Takie są fakty, czytałem o tym w bardzo ciekawych reportażach Mariusza Szczygła "Gottland" i "Zrób sobie raj". Ale śmierć i cierpienie przywołują człowieka do jego prawdziwych wymiarów i wyrywają nas z tej kompletnej alienacji. To rodzi podstawowe pytania o sens życia, o sens cierpienia, a to jest bardzo dobre, bo niektórzy myślą, że życie ,w którym jest cierpienie nie ma sensu. Problemem tak naprawdę nie jest sama śmierć, która nadejdzie czy tego chcesz czy nie, prawdziwym problemem człowieka jest strach przed śmiercią. To właśnie  sprawia, że jesteśmy niewolnikami demona. Z tego strachu może nas wyzwolić tylko Jezus Chrystus. 


W czasie X Zjazdu Gnieźnieńskiego mówiłeś o swoim obrazie Boga sprzed nawrócenia - surowy sędzia, na którego względy trzeba sobie zasłużyć. Jak myśli o śmierci człowiek, który wierzy w takiego Boga?


Zostałem wychowany w "religijności", która z chrześcijaństwem miała niewiele wspólnego. Wmawiano mi, że na wszystko trzeba sobie zasłużyć, a zbawienie zależy od naszych zasług. Nigdy nie słyszałem Dobrej Nowiny, że Chrystus kocha grzesznika i zbawił człowieka za darmo! Wciąż powtarzano mi, że trzeba sobie zasłużyć na niebo, a  św. Mikołaj przynosi prezenty tylko grzecznym dzieciom. Ten moralizm jest jakąś karykaturą chrześcijaństwa, gdzie Chrystus jest prawie całkowicie zasłonięty. W swoim domu nie widziałem przykładów wiary chrześcijańskiej, więc wylądowałem na ulicy. Ja prawie odszedłem od Kościoła. Bo jeżeli trzeba sobie na wszystko zasłużyć, to nasza sytuacja jest wprost tragiczna. Śmierć musi być wtedy czymś przerażającym i panuje ciemność całkowita. Niedawno moja siostra ze wspólnoty była na tzw "świeckim pogrzebie". Mówiła, że temu mistrzowi ceremonii wyrwało się "żegnamy się na wieczność". Ja też byłem jeden raz na podobnej ceremonii i był to najsmutniejszy pogrzeb na jakim byłem w życiu.


Dobra Nowina, którą usłyszałem mówi, że Pan Bóg kocha grzesznika, że Chrystus umarł za ludzi złych i wstawia się za nami. Wstawia się za mną. Dowiedziałem się o tym dopiero jako dorosły człowiek na katechezach Drogi neokatechumenalnej. Na kazaniach w parafialnym kościele nikt mi tego nie powiedział.

 

Może kapłani też nie słyszeli o Dobrej Nowinie.


Dlatego zapraszam wszystkich księży na katechezy Drogi neokatechumenalnej. Mimo że wielu z nich broni się przed tym rękami i nogami. Jeżeli dotąd  nie słyszeli, to usłyszą Kerygmat! Jak tak na nich patrzę, to widzę, że są bardzo samotni i czasem kompletnie wyalienowani ze świata, szczególnie ci hierarchowie. Na Drodze nie będą samotni, będą mieli braci, siostry, matki i ojców... Będą mogli podzielić się swoimi problemami i otrzymać pomoc, a przede wszystkim poczują, że są kochani ! Odwagi!


W perspektywie chrześcijańskiej każdy grzech jest śmiercią, a jednak zdecydowanie mniej boimy się grzeszyć, niż umierać.


Każdy z nas ma permanentną skłonność do zła i dopóki Duch Święty w nas nie zamieszka, ta skłonność będzie się pojawiać. Myślę, że jak człowiek zaczyna się nawracać, to pojawia się bojaźń Boża. Myślę, że nie polega ona jednak na strachu przed tym, że Bóg weźmie pas i nam przywali. To chyba coś zupełnie innego. Ja kiedyś w ogóle nie widziałem wielu swoich grzechów, byłem jak ślepy. Dziś powoli zaczynam dostrzegać to, że jestem zdolny do popełnienia wszystkich grzechów.


A więc niechęć do grzechu powinna wynikać nie tyle ze strachu przed Bożą karą, ile bardziej z miłości do Boga.


Myślę, że to jest trochę tak, jak z miłością. Jeśli się kogoś kocha, nie chce się mu sprawiać przykrości. To jest jasne jak słońce. Choć nie jest to do końca trafne porównanie, bo chyba Bogu przykrości sprawić się nie da, podobnie jak nie da się Go obrazić.


Wspomniałeś, że strach przed śmiercią to kłamstwo demona. Niestety wielu ludzi wciąż bardziej koncentruje się na tym kłamstwie niż na Dobrej Nowinie.


Codziennie są pokusy i dlatego codziennie trzeba się nawracać. Ja jestem grzesznikiem.


Codzienne nawracanie się jest ważne, ale w Twoim życiu miał miejsce olbrzymi zwrot. Jak to się stało, że punk postanowił pójść na katechezy Drogi neokatechumenalnej?


Żeby się zmienić, trzeba doświadczyć pewnych "bankructw". Jak człowiek jest młody i zdrowy, to jest zadowolony. Ale jak się zaczyna poważne życie, w tym trud, choroby i cierpienie, człowiek w swojej pysze maleje i zaczyna szukać prawdziwego sensu życia. I nagle widzi, że jego życie, które do tej pory uważał za dobre, wcale dobre nie jest.


Ja miałem szczęście, że spotkałem ludzi, którzy mi pomogli. Byli to kapłani z zakonu paulinów. Jeden z nich zaproponował mi, żebym posłuchał katechez neokatechumenalnych. Poszedłem i usłyszałem Dobrą Nowinę, po raz pierwszy w życiu. Uważam, że aby stać się chrześcijaninem to najpierw trzeba chrześcijanina spotkać.


Co takie doświadczenie zmienia w życiu?


Absolutnie wszystko. Jeżeli usłyszysz, że jesteś kochany przez Boga, to możesz zacząć kochać innych. A kochać innych to znaczy służyć. Żyć na nowo! Właśnie dlatego to doświadczenie zmienia wszystko. Z egoisty zaczyna powoli rodzić się nowy człowiek, który może tracić swoje życie dla innych i być zadowolonym! To dzieje się nie własnymi siłami, tylko Duch Święty to sprawia. Wszystko niby takie samo, a nagle wszystko zakwitło!

 

Tomasz Budzyński - polski muzyk rockowy, malarz i poeta. Wokalista zespołów Siekiera, Armia, 2Tm2,3 oraz Budzy i Trupia Czaszka. Nagrał także solowe płyty. Żonaty, ojciec dwojga dzieci

 

Piotr Kosiarski - redaktor portalu DEON.pl. Autor cyklu Film na weekend i Ojcostwo. Sport ekstremalny. Prowadzi bloga Mapa Bezdroży

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.55

Liczba głosów:

20

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

CZYTAJ ARTYKUŁY Z NUMERU (4/2019) \\\"TAJEMNICA WIARY\\\"