Zaplątany

Zaplątany
fot. unsplash.com

Choćbym nawet chciał, to faktu bycia zakonnikiem nie mogę przypisać sobie, swoim staraniom czy zasługom. To nie ja wymyśliłem, to do mnie przyszło. Bo głos Bożego powołania wybrzmiewa również w kotłowaninie nieuświadomionych pragnień, a duchowe rozeznanie dokonuje się w bolesnym procesie odsłaniania prawdy.

Nie. Nie słyszałem żadnego głosu mówiącego: „Pójdź za Mną”. I jeśli miałbym szczerze odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zostałem zakonnikiem, jezuitą to powiedziałbym: „Tak się porobiło, że się zaplątałem”. Był to bowiem zbieg wielu okoliczności, splot przypadków. Kotłowanina świętych pragnień, naiwnych wyobrażeń, szczerych obaw i przebijających niebo marzeń, które dopiero miały zostać zweryfikowane przez życie, ale które już wtedy – w ówczesnym dziewiętnastolatku – buzowały. To były rzeczy w większości nieuświadomione, a proces zarządzonego przez życie konfrontowania się z nimi bywał bardzo bolesny. Najbardziej bolało, że tak wiele z nich okazało się nie tylko mało wzniosłymi, ale też zupełnie nieprzystającymi do słodko-pobożnego wyobrażenia powołania: na życie zakonne człowiek decyduje się przecież pobudzony głosem Bożego powołania, po dojrzałym namyśle, albo jeszcze lepiej po duchowym rozeznaniu. A ja się po prostu zaplątałem w Miłość. Takie zaplątanie ma niewątpliwą wartość i zaletę: choćbym nawet chciał, to faktu bycia zakonnikiem nie mogę przypisać sobie, swoim staraniom czy zasługom. To nie ja wymyśliłem, to do mnie przyszło. Bo głos Bożego powołania wybrzmiewa również w kotłowaninie nieuświadomionych pragnień, a duchowe rozeznanie dokonuje się w bolesnym procesie odsłaniania prawdy.

Nie. Nie miałem wyobrażenia tego, na co się decyduję, gdy składałem moje śluby wieczyste. Nie dlatego, że się do nich niedostatecznie starannie przygotowałem, i nie dlatego, że nikt nie spytał mnie, czy jestem świadomy. Przygotowywałem się bardzo gorliwie, pod troskliwym okiem wspaniałego magistra nowicjatu, który nie raz pytał mnie, czy jestem świadomy. Szczerze odpowiadałem, że jestem. Ale czyż młody i rozgrzany wielkimi pragnieniami nowicjusz może być w pełni świadom tego, na co się decyduje, składając śluby wieczyste? Sądzę, że w takim samym stopniu, w jakim para zakochanych stojących przed ołtarzem może być w pełni świadoma tego, co ich czeka w małżeństwie, które właśnie zawierają. Nikt nie jest w pełni świadom. Bo nikt nie wie, co go czeka. Więc albo się boi, albo trwa w błogiej nieświadomości. Jednak u początku drogi nie to jest ważne. Najważniejsza jest oślepiająca łaska zapatrzenia, streszczająca się w słowach: „Jeśli z Tobą, to oczy wypatrzeć, po manowcach się snuć i po snach. Jeśli z Tobą, to raz i na zawsze, na zawsze. Więcej dawać i więcej brać". Bez łaski „zaślepienia” nikt nie odważyłby się zrobić kroku w nieznane. Bez łaski zapatrzenia się, nie ma miłości. W życiu zakonnym też.

Nie. Nie tak to miało wyglądać. Nie tak wyobrażałem sobie moje życie zakonne. Miałem być jezuitą, przy którym świętość Stasia Kostki blednie, a okazało się, że to ja bladłem ze wstydu, patrząc na moje słabości, grzechy i niewierności. Gdyby wtedy, niemal czterdzieści lat temu, ktoś wyświetlił mi film o moim życiu zakonnym pytając, czy tak chcę, to pewnie bym się na to nie zgodził. Ale jeśli dziś cokolwiek z życia zakonnego rozumiem, to tylko dlatego, że tak bardzo namacalnie i boleśnie doświadczyłem w nim swojej kruchości. Naczynie, w którym przechowujemy skarb dlatego przecież jest gliniane, „aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas…”. Bo jak nie ma miłości bez zapatrzenia się, tak nie ma życia zakonnego bez radości bycia uratowanym. To przecież istota chrześcijaństwa.

Wszystko było i jest nie tak. Ale to nie jest historia o nieszczęśliwej miłości. Wręcz przeciwnie. To historia miłości niezasłużenie spełnionej. Im dłużej trwa moje życie zakonne, to – patrząc z zachwytem na to, w co się zaplątałem – nadziwić się nie mogę i mimowolnie nucę słowa, w których coraz bardziej odnajduję te minione czterdzieści lat: „Małą część naszych przejść, tego, co się nam zdarzyło, inni ludzie uważają już za miłość”.

Jezuita, uratowany grzesznik; poprzednio duszpasterz akademicki w Opolu i Krakowie, proboszcz we Wrocławiu, prowincjał (2008-2014), a obecnie proboszcz w Tomsku (Rosja, Syberia); inicjator Deon.pl i Modlitwy w Drodze.

Twitter: wziolek_sj

 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
O. Wojciech Ziółek SJ, Anna Sosnowska

Na pierwszy rzut oka jest to książka o mrocznych zakamarkach ludzkiego życia - o momentach, kiedy dopadają nas różne kryzysy; o lękach, grzechach i naszych ułomnościach. Jednak najważniejszym tematem rozmowy, którą prowadzą o. Wojciech Ziółek...

Skomentuj artykuł

Zaplątany
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.