Procesja z i do Wieczernika

Procesja z i do Wieczernika
Dariusz Kowalczyk SJ

W Uroczystość Bożego Ciała wychodzimy na ulice, aby w barwnych procesjach oddawać cześć Jezusowi Chrystusowi obecnemu pod postacią chleba, a także zaświadczyć wobec innych o naszej wierze w tę obecność (w tym roku na procesje patrzeć będą kibice, którzy zjechali na Euro 2012).

Co jednak  właściwie mamy na myśli, kiedy - wskazując na małą białą hostię - twierdzimy, że jest to prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek? Poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie niejednokrotnie przeradzało się w spory i kłótnie, które z jednej strony owocowały doktrynalnymi potępieniami, a z drugiej... mistycznymi wizjami. U początków święta Bożego Ciała znajduje się właśnie heretyk i mistyczka.

Wszystko zaczęło się prawie dwa tysiące lat temu w Jerozolimie podczas wieczerzy paschalnej, którą Jezus z Nazaretu spożył z dwunastoma uczniami. Jezus łamiąc chleb, dawał go uczniom i mówił "To jest Ciało moje"; podawał też kielich z winem mówiąc: "To jest moja Krew Przymierza". Jak Dwunastu mogło rozumieć wówczas te gesty i słowa? Kiedy pojęli ich najgłębszy sens? Można przypuszczać, że dopiero po spotkaniach ze Zmartwychwstałym oraz po Zesłaniu Ducha Świętego stało się dla nich jasne, że odtąd znaki chleba i wina będą uobecniały na ziemi ciało i krew Jezusa.

           

DEON.PL POLECA


Pierwotne wspólnoty judeochrześcijańskie nie miały problemów ze zrozumieniem tego, czym jest Eucharystia. Dla wszystkich - rozumiejących mentalność semicką - było oczywiste, że "ciało" i "krew" nie oznaczają jakichś elementów człowieka, który w połączeniu z innymi, duchowymi częściami tworzą pełnego człowieka. W języku biblijnym "ciało" wskazuje na całego człowieka, który przeżywa swoje życie w ciele. "Krew", a ściślej jej przelanie, wskazuje natomiast na wydarzenie, na śmierć. Dlatego św. Paweł przypomina: "Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pana głosicie aż przyjdzie" (1 Kor 11,26). A zatem Eucharystia była rozumiana jako dynamiczne uobecnienie wydarzenia, w którym Chrystus przechodzi ze śmierci do życia, a nie jako statyczna, rzeczowa obecność sacrum.

Kolejnym krokiem w rozumieniu Eucharystii było spotkanie nowotestamentalnej wiary z filozofią platońską. Okazało się, że platoński realizm symboliczny, czyli rozumienie symbolu jako realnie zjednoczonego z pierwowzorem, jest pomocny w wyrażeniu tajemnicy eucharystycznej obecności. Jeśli misterium paschalne przyjmiemy za pierwowzór, to celebrowanie Ciała i Krwi byłoby symbolem tegoż pierwowzoru w tym sensie, że sprawując Eucharystię uczestniczymy realnie w tym, czego Jezus Chrystus dokonał. Niestety, wraz z wejściem plemion germańskich do Kościoła zagubiono platońskie rozumienie symbolu. Pojawiło się przekonanie, że tylko rzeczy są realne, a symbol jest jedynie jakimś zewnętrznym znakiem arbitralnie wybranym przez człowieka i odniesionym z zewnątrz do danej rzeczywistości. To, co symboliczne, stało się przeciwieństwem tego, co realne. W konsekwencji w ostatnich wiekach pierwszego tysiąclecia zapomniano o dynamicznym, misteryjnym i symbolicznym (w sensie platońskim) charakterze sakramentu Chleba i Wina. Eucharystia zaczęła być rozważana jako "rzecz sama w sobie" służąca uzyskaniu łaski.

Niejaki Paschazjusz, opat klasztoru Corbie we Francji, twierdził - zgodnie z wymaganiami "nowego" realizmu - że obecność Chrystusa w Eucharystii nie może być symboliczna, lecz realna. Mnich z tego samego klasztoru, Ratramnus, zauważył jednak, że realność oznacza przestrzenność i materialność, a to - w odniesieniu do sakramentalnej obecności Chrystusa - prowadzi do takiej oto niedorzeczności, iż przyjmując Komunię gryziemy materialne ciało Jezusa. Z teologicznego punktu widzenia język wyrażający tajemnicę Eucharystii znalazł się w ślepym zaułku. Nie udało się z niego wyjść również Beregnariuszowi z Tours (zm. 1088), który głosił symboliczną obecność Jezusa w Eucharystii, i którego z tego powodu okrzyknięto heretykiem negującym obecność realną. Jeśli jednak przeczytamy wyznanie, jakie Synod Laterański w 1059 roku kazał podpisać owemu heretykowi, to ciśnie się pytanie, gdzie właściwie w tym sporze przebiegała granica pomiędzy herezją a ortodoksją. Otóż Berengariusz został zmuszony do złożenia takiego oto - szokującego - oświadczenia: "Po konsekracji chleb i wino, które znajdują się na ołtarzu, nie są tylko sakramentem, lecz właśnie prawdziwym ciałem i krwią naszego Pana Jezusa Chrystusa. Jego ciało i krew są dotykane i łamane rękami kapłanów i kruszone przez zęby wiernych, nie tylko w sakramencie, lecz zmysłowo i prawdziwie" (DS 690).

Rozwiązanie tego teologicznego pata wskazał pod koniec XI wieku m.in. Lanfrank z Bec, który - nawiązując do Arystotelesa - odróżnił w eucharystycznych postaciach niewidzialną substancję od widzialnych przypadłości. Przemiana sakramentalna dokonuje się - tłumaczył Lanfrank - na poziomie substancji, a nie przypadłości. W ten sposób udało się odejść od "kanibalistycznych" interpretacji Eucharystii. Podążając tą drogą wypracowano w połowie XII wieku termin transubstancjacja (przemiana substancji chleba w substancję Chrystusa), który podjął Sobór Laterański IV i Sobór Trydencki, a twórczo rozwinął Tomasz z Akwinu.

Zamieszanie wokół Berengariusza i innych dobrze chcących heretyków zaowocowało nie tylko nowymi ujęciami prawdy o eucharystycznej obecności, ale także mistycznymi doświadczeniami potwierdzającymi tę obecność.

Pod koniec XII wieku szesnastoletnia dziewczyna, dziś znana jako Juliana z Cornillon, miała wizję, w której ujrzała świetlistą tarczę z ciemną plamą. Sam Zbawiciel - jak utrzymywała - wyjaśnił jej, że owa plama oznacza brak w Kościele święta ku czci Jego Ciała i Krwi, które powinno przypadać w czwartek po niedzieli Świętej Trójcy. Obdarowana tą wizją Juliana musiała dużo wycierpieć. Wielu uważało ja za niegodną wiary egzaltowaną zakonnicę. Jednak dzięki staraniom kierownika duchowego mistyczki, archidiakona Jakuba Pantaléona, synod diecezji Liége podjął w 1247 roku decyzję o zaprowadzeniu nowego święta. Uczyniono to jednak bez entuzjazmu. W 1263 roku, cztery lata po śmierci Julianny z Cornilln, we włoskiej miejscowości Bolsena wydarzył się cud eucharystyczny. Rozlane podczas Mszy wino przemieniło się fizycznie w krew. To cudowne wydarzenie przyczyniło się bezpośrednio do ustanowienia w całym Kościele święta Bożego Ciała. Uczynił to w 1264 roku papież Urban IV, czyli znany nam już Jakub Pantaléon. W liście okólnym "Transiturus de hoc mundo" napisał on miedzy innymi: "Dowiedzieliśmy się dawniej, kiedy byliśmy na niższym stopniu hierarchicznym, że pewni katolicy mieli od Boga objawienie, aby to święto obchodzić powszechnie w Kościele". A w innym miejscu: "I choć ten pamiętny sakrament sprawuje się w codziennych uroczystościach mszalnych, uważamy jednak za stosowne i godne, aby raz w roku odbywało się uroczystsze i okazalsze jego wspomnienie, szczególnie na zawstydzenie wiarołomstwa i zdrożności heretyków". W ten oto sposób Urban IV wspomniał w liście ustanawiającym Boże Ciało zarówno mistyczkę Julianę, jak i heretyka Berengariusza. Jednak recepcja Bożego Ciała od strony wiernych, czyli niejako od dołu, dokonała się dzięki organizowanym procesjom.

W encyklice, "Ecclesia de Eucharistia", Jan Paweł II zauważa, że "pobożne uczestnictwo wiernych w procesji eucharystycznej w uroczystość Ciała i Krwi Pańskiej jest łaską od Pana..." (nr 10), a jednocześnie niepokoi się, że "istnieją miejsca, w których zauważa się prawie całkowity zanik praktyki adoracji eucharystycznej" (nr 10). Nie brak jednak takich, którzy uważają, że raczej należałoby zadać sobie pytanie, czy sama - oparta na ludowym folklorze - uroczystość Bożego Ciała nie "przeżyła się" wraz z odzyskiwaniem na nowo biblijnej i wczesno-chrześcijańskiej pobożności eucharystycznej. Ktoś powiedział - i słusznie - że gdyby Jezus chciał, aby go jedynie adorować w Eucharystii, to uczyniłby ją ze złota. Tymczasem Bóg daje się nam w nietrwałych ze swej natury postaciach chleba i wina, bo przede wszystkim chce być spożywany podczas liturgii. Nie chodzi tu jednak o krytykę procesji Bożego Ciała, ale  o zwrócenie uwagi na to, że właściwa adoracja Najświętszego Sakramentu jest czymś, co wypływa z pełnego uczestniczenia w Wieczerzy Pańskiej i do niej prowadzi. A zatem idąc w procesjach Bożego Ciała pamiętajmy, że wyszliśmy z Wieczernika i ku niemu zmierzamy...

(pierwsza, szersza wersja tego tekstu ukazała się w "Tygodniku Powszechnym" w 2003 roku)

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Procesja z i do Wieczernika
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.