Czy rodzina ma jeszcze przyszłość?

Wychowawca
(fot. dmx leeds / flickr.com)

Historia cywilizacji nie zna żadnej zorganizowanej społeczności ludzkiej, która nie miałaby u swych podstaw najmniejszej grupy, określonej przez Arystotelesa mianem podstawowej komórki społecznej, a w naszym języku - ze względu na jej funkcję rozrodczą - rodziną.

 

Jest ona zawsze osadzona na różnorako, ale zawsze solennie formalizowanym związku kobiety i mężczyzny (w kulturach poligamicznych − kobiet i mężczyzn), co między innymi wyraża społeczny wymiar samego wydarzenia. Fakt ten potwierdzają wszyscy antropologowie i etnologowie badający formy życia ludów pierwotnych. Rodzina i małżeństwo, w swym wymiarze kulturowym i funkcjonalnym, stanowią punkt wyjścia dla socjologii od samego początku jej instytucjonalizacji jako dyscypliny naukowej. Swym dokumentowanym dorobkiem badawczym potwierdza uogólnienie teoretyczne tamtych dyscyplin w odniesieniu do społeczeństw ostatnich stuleci.


Małżeństwo i rodzina - zarówno w swym wymiarze modelowym, jak i wzorów zachowań - zostały osadzone w cywilizacji ogólnoludzkiej na prawie natury, a w sposób szczególny dowartościowane w kulturze i cywilizacji chrześcijańsko-europejskiej, w której wypracowano ich kształt wewnętrzny i zewnętrzny. Ów kształt stanowi pochodną przyjętej tu integralnej wizji człowieka. Wizji wolnej od wszelkiego rodzaju wypaczeń czasu współczesnego, określonych przez Jana Pawła II mianem błędu antropologicznego. Odwołując się do prawa natury, integralna wizja człowieka uwzględnia jego sferę cielesno-seksualną, psychiczno-uczuciową, społeczno-moralną i religijną. W odniesieniu do sfery seksualnej uwzględnia aspekty: biologiczno-fizjologiczny, psychiczno-uczuciowy i wychowawczy, moralno-religijny i społeczno-demograficzny. Wszystkie te odniesienia odnajdujemy (aczkolwiek z różną rangą i kładzionym akcentem) zarówno w systemach wychowawczych na przestrzeni wieków, jak i w kształtowanych formach życia społecznego i państwowego.


Sfera seksualna została ujęta w precyzyjnie określone ramy i poddana ostrym rygorom ze względu na trzy okoliczności:

 

  • 1) ze względu na jej funkcję prokreacyjną: powoływanie do życia nowych istot ludzkich i gwarantowanie ciągłości gatunku ludzkiego;
  • 2) ze względu na jej związanie z małżeństwem: rozumianym jako dozgonny związek kobiety i mężczyzny obdarowujących siebie pełnią swego człowieczeństwa i oddających się wyłącznie sobie w swej seksualności otwartej na dawanie życia jako konsekwencję miłości; życia, za którego rozwój i wychowanie wzajemnie podejmują odpowiedzialność. Związek ów stanowi drogę do ich samorealizacji jako kobieta i mężczyzna, ojciec i matka − drogę ich wspólnego zmierzania do zbawienia, a w tym zadaniu i dążeniu wspiera ich sakrament małżeństwa;
  • 3) ze względu na wyzwania procesu rozwoju fizycznego, psychicznego i moralnego młodego (i nie tylko młodego) człowieka. Opanowanie skłonności i pożądania seksualnego, panowanie nad popędami, wyrabianie zdolności rezygnacji i wyrzeczenia, ponoszenie ofiary na rzecz ukochanej osoby - to niekwestionowane wyzwania i czynniki prawidłowego rozwoju i wychowania.


Podważanie funkcjonującego przez wieki w cywilizacji zachodniej, a osadzonego na wspomnianych założeniach modelu małżeństwa i rodziny jako podstawowym środowisku wychowania i samorealizacji małżonków rozpoczyna się od okresu Oświecenia i Wielkiej Rewolucji Francuskiej, a następnie Rewolucji Październikowej. W naszych czasach pogłębia to zjawisko pojawienie się kilku czynników, jak:

 

  • 1) ideologia gender i budowanie na niej "nowej" wizji ludzkiej seksualności i jej funkcji;
  • 2) osadzenie na nich propagandy radykalnego feminizmu;
  • 3) poznanie możliwości przeciwdziałania poczęciu, jak i sztucznego zapłodnienia oraz możliwości manipulowania w sferze prokreacji.


Proces ów osiąga swe apogeum w drugiej połowie XX wieku w postaci tzw. rewolucji seksualnej, określanej też mianem "rewolucji genderowej". Zgodnie z tą ideologią, płeć nie jest pierwotnym faktem natury, który człowiek musi przyjąć i osobiście wypełnić sensem, lecz jest rolą społeczną, o której decyduje się autonomicznie, podczas gdy dotychczas decydowało o tym społeczeństwo. Reprezentanci tego stanowiska chętnie przywołują doniesienia z badań antropologicznych Margaret Mead, a myślą przewodnią jest zdanie: "nikt nie rodzi się kobietą, tylko się nią staje", wybrane z książki Simone de Beauwoir pt. Druga płeć.


Mamy tu zatem do czynienia ze swego rodzaju "rewolucją antropologiczną", którą należy określić raczej mianem błędu antropologicznego. Tu bowiem człowiek kwestionuje, że ma uprzednio ukonstytuowaną naturę swej cielesności, charakteryzującą go jako istotę ludzką, i że kobieta i mężczyzna wzajemnie się dopełniają w sferze cielesnej, psychicznej i społecznej, a przede wszystkim małżeńsko-rodzinnej. Poza akademickimi ośrodkami (studia gender) upowszechnieniu tej "rewolucji antropologicznej" ma służyć tzw. nowoczesne wychowanie seksualne (poczynając od wieku przedszkolnego), które winno uwzględniać nie tylko oddzielenie sfery seksualnej od małżeństwa, funkcji seksualnej małżeństwa od prokreacji, ale też tzw. nowe formy seksualnej i małżeńsko-rodzinnej samorealizacji człowieka.

 

Owe "nowe formy samorealizacji" opisuje się w ramach teorii "alternatywnego rodzinnego bycia człowieka". Nowością w stosunku do dotychczasowych nurtów kwestionujących naturalny charakter małżeństwa i rodziny jest tu poszukiwanie "podbudowy teoretycznej" w psychologii ewolucyjnej, genetyce behawioralnej i teorii socjalizacji grupowej. A to wszystko czyni się dla przygotowania "naukowych podstaw" do dokonania redefinicji dotychczasowego rozumienia ludzkiej natury, ludzkiej seksualności, a w konsekwencji także małżeństwa i rodziny. Sama idea zasadza się na dwóch przesłankach, z których pierwsza głosi, że dotychczasowa definicja ludzkiej natury, seksualności a przede wszystkim małżeństwa i rodziny jest osadzona na ideologiczno-religijnym podłożu. Druga natomiast wyrokuje, że owa definicja jest nieadekwatna do "współczesnych w kulturze zachodniej form życia seksualnego i wspólnotowego traktowanych jako rodzinne".


Obie przesłanki posłużyły niemal jako hipotezy robocze dla licznych dochodzeń badawczych (mniej czy bardziej naukowo poprawnych) zmierzających do tego samego celu, którym jest odrzucenie zapisanej w "starych księgach" i zakotwiczonej w świadomości minionych i odchodzących pokoleń wizji małżeństwa i rodziny. Jak pisze Tomasz Szlendak w Socjologii rodziny (2010), owa dotychczasowa wizja jawi się jako nieadekwatna do współczesnej rzeczywistości, bowiem obejmuje w swych ramach sformalizowany związek kobiety i mężczyzny, rodzicielstwo i wspólne gospodarstwo domowe. Nie ma natomiast w niej miejsca na małżonków tej samej płci, rodziców tej samej płci, ani na wolny związek partnerski homo- czy heteroseksualny.


Tymczasem - jak to zapisują "nowe księgi" - współcześnie mamy do czynienia z wieloma typami małżeństw i rodziny. Ten fakt wyznacza konieczność mówienia o rodzinie nie jako o strukturze, w ramy której wchodzą jednoznacznie określone stałe elementy, ale raczej jako o procesie. Dzisiejsza struktura rodziny jest zmienna: głównie pod względem składu przedmiotów wchodzących do zbiorowości określanych często przez badanych jako rodzina. Co więcej, dawna definicja osadzająca rodzinę na naturalnym sformalizowanym małżeństwie i określająca, kto do rodziny wchodzi, nosi znamiona "prawnego narzędzia opresji", wyłączając niektóre podmioty i formy "rodzinnego bycia" z obowiązującej normy. Jedynym zatem wyjściem z tej sytuacji jest rezygnacja z jednej obowiązującej definicji małżeństwa i rodziny (skoro ona prowadzi do opresji) i przyjmowanie definicji, jakie tkwią w świadomości badanych i pytanych o to osób. Przemawia za tym także Jona Bernardesa "nowa teoria działania", która w zastosowaniu do małżeństwa i rodziny zakłada, że "jednostki konstruują rodzinę, dokonując samodzielnych wyborów, jednocześnie będąc ograniczone wymaganiami środowiska politycznego, ekonomicznego i kulturowego, w którym faktycznie żyją". Życie rodzinne ludzi jest dziś bowiem umieszczone "poza definicjami wpisanymi do starych ksiąg".


A co z rodziną jako podstawowym środowiskiem wychowawczym? Jak wiadomo, tak była traktowana w "starych księgach". Dla podważenia tej tezy przywołuje się wyniki badań, realizowanych w ramach koncepcji teoretycznej Erica Turkheimera, "dowodzących" ogromnego wpływu wyposażenia genetycznego na osobowość człowieka i jego cechy behawioralne. Zdaniem owych badaczy (za: T. Szlendak, Socjologia rodziny), wpływ ten jest bezwarunkowo większy aniżeli wychowanie rodzinne: rodzice mają niewiele do powiedzenia w odniesieniu do tego, jak zachowują się ich dzieci, istotną bowiem rolę w wychowaniu odgrywają (poza wyposażeniem genetycznym) grupy koleżeńskie i zabawowo-podwórkowe tworzące "swoiste środowisko wychowawcze".


Tą drogą podważa się dotychczasowe ustalenia teoretyczne nauk społecznych podkreślających niekwestionowane znaczenie rodziny w procesie rozwoju i wychowania dziecka. Formułuje się nawet tezę, zgodnie z którą "wychowanie rodzinne jest mitem": rola rodziców winna się sprowadzać do sterowania grupami rówieśniczymi, do których przynależą ich dzieci. Winni troszczyć się o to, by "dzieci pozostawały przy życiu i dotrwały do okresu, w którym będą mieć własne dzieci". Autorzy tych rzekomo naukowo udowodnionych tez pomijają zupełnym milczeniem doświadczenia wychowania prorodzinnego, łącznie z podejmowanymi w tym zakresie głośnymi ekspertyzami, jakie miały miejsce w pierwszej połowie XX wieku. 


Jaką zatem rodzina ma przyszłość? Czy prawdziwa jest obowiązująca od wieków w cywilizacji zachodniej teza głosząca, że rodzina jako mała grupa, oparta na sformalizowanym związku małżeńskim tworzonym przez mężczyznę i kobietę, jest naturalnym i niezastąpionym środowiskiem "stawania się człowieka" i warunkiem normalnego funkcjonowania społeczeństwa?


Dla zdroworozsądkowo myślącego człowieka odpowiedź jest tylko jedna: jak wiele innych, tak też i scharakteryzowane wyżej "osiągnięcia badawcze" i promowane modele oraz wzory "zachowań małżeńsko-rodzinnych" przejdą do historii. Rozważmy trzy przemawiające za tym argumenty.


1. Za utopijnym charakterem ideologii gender, głoszącej "nowe formy rodzinnego bycia człowieka", przemawia przede wszystkim jego naturalna konstytucja jako człowieka, to znaczy określająca jego seksualność jako mężczyzny i kobiety, zdolnych powołać nowe życie i stworzyć ludzkie warunki jego zachowania i rozwoju, dzięki swemu naturalnemu wyposażeniu psychiczno-uczuciowemu. Kobieta czy mężczyzna nolens volens mają naturalne cechy wyznaczone przez biologię, roli ojca względnie matki nie mogą się nauczyć wbrew swej naturalnej konstytucji. Natura bowiem jest czymś wcześniejszym od indywidualnego ludzkiego wyboru; człowiek nie jest w stanie swej natury zmienić, a tym bardziej ją stworzyć - niezależnie od tego, że chciałby to uczynić.

 

Doświadczenie ludzkości niepodważalnie dowodzi, że wyrażająca się w sferze biologiczno-fizjologiczno-psychicznej natura istoty ludzkiej jako kobiety i mężczyzny, autentycznie i w pełni samorealizuje się w naturalnym i trwałym związku nazywanym małżeństwem i osadzonej na nim wspólnocie życia i miłości, nazywanej rodziną. Samorealizuje się także w tworzeniu i funkcjonowaniu szerszych społeczności: normalne życie społeczne wymaga istnienia i pełnienia ról "męskich i kobiecych" (odejście od tej zasady stanowić będą zawsze fakty marginalne). Możliwa jest także samorealizacja pozamałżeńska osób wybierających np. stan życia konsekrowanego, czy też z innych względów rezygnujących z życia seksualnego. Dowodzi tego wielowiekowe doświadczenie kultur i społeczeństw, często zawdzięczających swe duchowe bogactwo właśnie tym, którzy wybierali taką drogę życia.


2. Niedawna historia zna próby zastąpienia naturalnej rodziny jej namiastkami w postaci: sowieckich porewolucyjnych ośrodków "wychowania nowego człowieka" - "człowieka socjalizmu"; słynnych komun rodzinnych w Stanach Zjednoczonych; izraelskich kibuców. We wszystkich tych przypadkach mamy do czynienia z inspirowanymi ideologicznie i politycznie próbami "stworzenia nowego człowieka": człowieka przychodzącego na świat niekoniecznie w rodzinie, natomiast socjalizowanego poza jej wpływami. Jak się jednak okazało, zastąpienie rodziny jako funkcjonalnej struktury społecznej, zbudowanej na monogamiczny, sformalizowanym związku małżeńskim: rodzącym dzieci i przejmującym na siebie pełną za ich rozwój i socjalizację odpowiedzialność i zastąpienie jej przez wspólnotę jako całość, względnie państwo dysponujące instytucjonalnymi formami socjalizacji, pozostało jedynie wizją utopijną.

 

Jak tego dowodzą liczne studia i oparte na nich publikacje, wszystkie eksperymenty stanowiące swego rodzaju "bazę empiryczną" dla rozwijanej i nagłaśnianej teorii kryzysu tradycyjnej, prawno-naturalnej rodziny, stanowiącej naturalne środowisko rozwoju osobowego i społecznego człowieka, zakończyły się niepowodzeniem i przeszły do historii. Okazało się, że można wychować "nowego człowieka" nie w pełni osobowo rozwiniętego, na dalszą skale społecznie "niefunkcjonalnego", duchowo zubożonego. Zabrakło bowiem w jego procesie osobowego i społecznego rozwoju - niejednokrotnie przybierającego charakter "urabiania" - tych czynników i okoliczności, które są w sposób naturalny właściwe jedynie rodzinie.


3. W psychologii rozwojowej i wychowawczej oraz pedagogice wczesnoszkolnej akcentuje się niekwestionowaną rolę rodziny zbudowanej na naturalnym, sformalizowanym małżeństwie jako środowiska a zarazem warunku integralnego rozwoju osobowego. Ów integralny wymiar obejmuje sferę biologiczno-popędową, psychiczno-uczuciową, społeczno-kulturową oraz świadomościowo-moralną. Istota oddziaływań rodziców w wymienionych zakresach sprowadza się do tego, że wyznaczają one kształt osobowy dziecka, niosąc mu pomoc i opiekę od pierwszych chwil jego życia aż do kresu usamodzielnienia się. Dokonuje się to w warunkach właściwych jedynie rodzinie jako małej grupie osadzonej na więzi biologicznej, osobowych relacjach, ofiarności i oddaniu, a wreszcie bezinteresowności, co w sumie pozostawia głęboki ślad w psychice i charakterze dziecka. Rodzina bowiem przedstawia dla dziecka specyficzną formę życia społecznego; mniej lub bardziej zorganizowanego, opartego na współpracy i współdziałaniu, wyrzeczeniu i ofiarności. Przystosowanie do tego rodzaju form życia społecznego w rodzinie ułatwia czy też wręcz umożliwia późniejsze przystosowanie do życia w szerszej społeczności.

 

Jest zatem środowiskiem decydującym o tym, w jakiej formie dokona się późniejsze wejście człowieka do społeczeństwa. Nie ulega wątpliwości, że wychowanie w tzw. rodzinie homoseksualnej także wyznacza ową formę wejścia dorastającego chłopca czy dziewczyny do szersze społeczności...


Należy podkreślić, że wobec dążeń i prób redefinicji rodziny i małżeństwa jako instytucji naturalnej, upowszechnienia się monoparentalnych rodzin, a nawet promowania wychowania pozarodzinnego, warunkiem prawidłowego procesu rozwoju osobowego i wychowania integralnego jest udział w nim obojga rodziców. Każde z nich bowiem wnosi inne, w sumie uzupełniające się treści i wartości stanowiące podłoże osobowego rozwoju i wychowania.


Natomiast wobec dążeń niektórych środowisk do legalizowania nienaturalnego sposobu powoływania życia (niezależnie od etycznego aspektu całego procederu, w czasie którego pozbawia się życia dziesiątków innych istot ludzkich dla uzyskania "oczekiwanego efektu") nie można pomijać milczeniem tego, że przychodzące na świat nowe istoty ludzkie chcą i mają prawo znać swych rodziców, być pewne naturalnego sposobu pojawienia się na tym świecie i dochodzenia do pełni swego człowieczeństwa w naturalnym środowisku rodzinnym zaspokajającym potrzebę miłości. Środowiskiem mającym w pełni charakter wspólnoty, zdolnym do sprostania tym potrzebom i wymaganiom jest naturalna i najbardziej podstawowa komórka społeczna nazywana w każdej kulturze rodziną. Poza wymaganiami natury ludzkiej, niekwestionowanymi uogólnieniami autentycznie naukowych dochodzeń, przemawia za tym odwieczne ludzkie doświadczenie.


Podejmowane we współczesnej zsekularyzowanej kulturze i cywilizacji próby wynaturzenia rodziny, względnie zastąpienia jej taką czy inną namiastką (po dokonaniu spustoszenia na organizmie społecznym i moralnym) przejdą wcześniej czy później do historii. Chyba że zachodnia cywilizacja zdecydowanie zechce się samounicestwić.

 


 

Franciszek Adamski - emerytowany profesor zwyczajny socjologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, autor licznych projektów badawczych i publikacji dotyczących małżeństwa i rodziny



 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

1

 

 

Komentarze użytkowników (3)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~nie w Polsce 23:03:35 | 2014-07-16
Małżonkowie dawniej w 90 procentach mieli kochanki, metresy, utrzymanki, za zgoda żon, które nie miały możliwości rozwiesc się i utrzymać samodzielnie z dziećmi

August II Mocny Sas na łożu śmierci wyznał:
moje życie było nieprzerwanym grzechem...
nie wszyscy jednak naśladowali Sasów, może tylko 10% wypasionych bogaczy...

Oceń 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

XsaweryRicci 19:36:28 | 2014-07-12
Zachodnia cywilizacja zostanie wchłonięta przez islam o ile nic się nie zmieni. A w islamie rodzina jest bardzo ważna choć kobieta ma bardzo niewiele praw w stosunku do mężczyzny. Chyba, że Kościół się obudzi i będziemy tak święcie żyli, że nawrócimy wszystkich muzułmanów w Europie na katolicyzm oraz oczywiście wszystkich ateistów, satanistów, niewierzących i zwykłych ludzi pochłoniętych przez praktyczny materializm. Tak będzie jeśli na siłę opętania odpowiemy siłą wiary, wiarą jak ziarnko gorczycy. Zatem w Duchu Świętym nadzieja, że nas tak uświęci, że wszyscy katolicy będziemy mieli wiarę jak ziarnko gorczycy i nic dla nas nie będzie niemożliwego. Tak wtedy nasza modlitwa o nawrócenie wrogów Kościoła, o nawrócenie wszystkich innowierców będzie bardzo skuteczna. Zaczniemy od własnych parafii o skończymy na całym świecie. Czas Ducha Świętego dopiero nadejdzie.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Ewa 06:44:52 | 2014-07-12
Nie bardzo rozumiem. Niby przesłanki słusznae ale uwazam ze powrót do wszesniejszych uwarunkowań i modeli rodziny jest nieporozumieniem. Małżonkowie dawniej w 90 procentach mieli kochanki, metresy, utrzymanki, za zgoda żon, które nie miały możliwości rozwiesc się i utrzymać samodzielnie z dziećmi -  -  dzieci wychowywane były najczęściej przez mamki i niańki i patrzyły na rozkład i dwulicowośc swojej rodziny powtarzając schemat we własnej - , która gniła od wewnątrz, ale na zewnatrz wyglądala cacy. To doprowadzało  do obłudy i nakładaniu masek. Wystarczy poczyrac literaturę.A chyba nie o to nam wszystkim chodzi.

Oceń 2 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook