Zapiski kuracjuszki. Za rączkę po deptaku?

Zapiski kuracjuszki. Za rączkę po deptaku?
Zawiązują się znajomości i przyjaźnie - panie grupkami chodzą na spacery, poznają uzdrowisko, panowie ruszają w dalszą okolicę. (fot. jsrcyclist / flickr.com)
Barbara Rotter-Stankiewicz / slo

Pijalnia, śniadanie, gimnastyka, hydromasaż. Pijalnia - obiad - laser. Pijalnia, kolacja... Losy sanatoryjnego wniosku mogłam przez kilkanaście miesięcy śledzić na stronie internetowej NFZ. Gdy mi się już znudziło - niespodzianka.

Zawiadomienie o wyjeździe przyszło wcześniej, niż się spodziewałam, bo zamiast dwóch lat czekałam tylko półtora roku. I co najważniejsze - dostałam to, co mi się marzyło: leczenie w Krynicy.

Teraz trzeba było tylko zarezerwować jednoosobowy pokój. Lepiej zapłacić więcej, a mieć swobodę. Wbrew pozorom zadanie okazało się karkołomne, bo nie w każdym sanatorium można sobie "zaklepać" pokój. To takie pomieszanie kapitalizmu z socjalizmem: zapłacić trzeba więcej, ale komitet kolejkowy obowiązuje. Niektórzy pacjenci przyjeżdżają dzień albo nawet dwa dni wcześniej, żeby zdobyć samodzielny pokój. Przydatne jest też zaświadczenie od lekarza, mówiące, że spokój i samotność są nam nieodzowne. Na szczęście nie brakuje i takich pacjentów, którzy samotności mają dość na co dzień i proszą o pokój z jak najliczniejszą "obsadą". Sporo jest też "dwójek" zajmowanych przez małżeństwa.

Za pobyt w tzw. sezonie, czyli od początku maja do końca września, płaci się dodatkowo, chociaż pacjent nie ma przecież najmniejszego wpływu na to, w jakim terminie zostanie mu przydzielone leczenie. A poza tym, na rozum biorąc, pobyt latem powinien być tańszy, bo nie trzeba budynku ogrzewać, mniej zużywa się prądu itp. Ale przepisy są przepisami. Ktoś je kiedyś wymyślił i tak już zostało. W niektórych sanatoriach np. pobiera się też dodatkowe opłaty za korzystanie z telewizora (np. w Ustroniu sięga ona 4 zł dziennie), wszędzie dolicza się opłatę klimatyczną.

DEON.PL POLECA

***

Pierwszy dzień. Miłe powitanie - zostaję "zmuszona" do zjedzenia śniadania, chociaż pora posiłku dawno minęła. - No, ale nie może pani być głodna do obiadu. To jeszcze godzinka! - troszczą się panie z kuchni. Do tego chyba najtrudniej mi przywyknąć - jedzenie o tych samych porach, podane pod nos. No i nie trzeba myć garów po obiedzie. Przy stole towarzystwo sympatyczne, choć wyjątkowo małomówne - pani spod Kielc, jeden pan spod Zgorzelca, drugi spod Sanoka. Jeden z nich na sanatoryjnym wikcie przytył 4 kilogramy. Może dlatego, że oddawałam mu swoją porcję masła? - dręczy mnie sumienie.

Wymiana zdań ogranicza się do minimum. Pewnie to i moja wina, bo nie mam ochoty na bujne życie towarzyskie. A takie kwitnie choćby przy sąsiednim stoliku, gdzie toczą się rozmowy o podróżach, roślinach, problemach z kominkami i samochodami. Prym wiedzie małżeństwo w średnim wieku z okolic Łodzi. Jeżdżą na wszystkie wycieczki, proponowane w niezwykłej obfitości przez biura turystyczne. Można się więc wybrać zarówno na zwiedzanie Ziemi Sądeckiej, jak i do Wiednia czy Budapesztu. Co kto woli, na co ma siłę i na co go stać. Pod względem aktywności mogą biurom turystycznym dorównać tylko firmy handlowe.

Niemal co wieczór, szczególnie na początku turnusu, kiedy kuracjusze są jeszcze "przy pieniądzach", zapraszają na spotkania organizowane w sanatorium. Można więc kupić stalowe garnki, wełnianą pościel, odzież. Wszystko oczywiście jest wyjątkowe, dostępne na raty (byle podpisać od razu cyrograf - przepraszam - umowę) i jest szczególną okazją, która już się nie powtórzy. Ale ofiary złapać coraz trudniej, nie przekonują ich do transakcji nawet rozdawane na spotkaniach upominki. Drobni handlowcy oferują towar już na innych zasadach - pojawia się sklepik z ciuchami, pamiątkami, biżuterią, sprzedawca oscypków. Chętnych nie brakuje, bo ceny faktycznie sporo niższe niż "w uzdrowisku".

***

Na ławeczce przed pijalnią siedzi trzech mocno starszych panów. Gdyby ich tylko słyszeć, wydaliby się znacznie młodsi.
- No i jak, przyjdzie dziś ta twoja na wodę?
- Nie, dziś się z nią nie umawiałem. Chyba się obraziła.
- A o co?
- Bo jej nie porosiłem pierwszej do tańca i dwa kawałki przesiedziała pod ścianą.
- To dlaczego jej nie prosiłeś?
- Niech sobie nie myśli, że ma takie rwanie - pada odpowiedź.

Nieopodal spacerują trzy panie, w wieku jeszcze poborowym. - Widziałaś, ten dziadek na dancingu poprosił mnie, a potem ciebie. Makabra, co on sobie wyobraża! Przecież jak mocniej machnie nogą, to się może rozlecieć i będę go musiała zbierać do kupy! Ale mojej sąsiadce z pokoju obok się udało - trafił jej się całkiem niezły facet. Jeszcze na chodzie. Teraz spacerują za rączkę po deptaku... W nocy też pewnie będzie ciekawie, bo ona ma jedynkę.

W "moim" sanatorium ekscesów nie ma. Być może temu spokojowi sprzyja fakt, że na turnusy rehabilitacyjne przyjeżdża wiele małżeństw, co wydatnie łagodzi obyczaje. Ale i tak kilka kuracjuszek bardzo pragnie na siebie zwrócić uwagę. Obcisłe spodnie, dekolty po pępek, złote szpilki... Symbole uzdrowiskowej "panny Krysi".

- Zawsze na początku panie się stroją, dbają o siebie, obwieszają biżuterią - robią wiele, żeby zapewnić sobie męskie towarzystwo - opowiada jedna z pracownic sanatorium. - Ale na ogół jest spokojnie. Raz na dwa, trzy turnusy zdarza się, że trzeba kogoś karnie odesłać do domu, bo za bardzo narozrabia. Przeważnie - po pijanemu.

Zawiązują się znajomości i przyjaźnie - panie grupkami chodzą na spacery, poznają uzdrowisko, panowie ruszają w dalszą okolicę. Wieczorami niektórzy idą na kawę, a inni - do kościoła. Każdemu według potrzeb i upodobań. Wszystkich jednakowo zachwyca fakt, że mają tu czas dla siebie i mogą go zagospodarowywać tak, jak mają ochotę. A to chyba główny warunek tego, by naprawdę wypocząć. Trzy tygodnie lenistwa i dbania tylko o siebie...

***

Po wizycie lekarskiej w pierwszym dniu dostaję rozpiskę zabiegów. Codziennie rano gimnastyka, potem jeszcze na zmianę masaże i wodne przyjemności. No i przed każdym posiłkiem - wody lecznicze. Praktycznie rzecz biorąc przedpołudnie zajęte codziennie, poza niedzielą. Pijalnia, śniadanie, gimnastyka, hydromasaż. Pijalnia - obiad - laser. Pijalnia, kolacja... Kiedy odpoczywać? Okazuje się, że nie jest tak źle.

Po kilku pierwszych zajęciach na sali gimnastycznej można się przekonać, że ćwiczenie czyni mistrza (no, może nie dosłownie). To, co na początku wydawało się niemożliwe, przychodzi z coraz większą łatwością. Nawet piłka, którą trzeba leżąc przekładać pod biodrami, co było nierealne ze względu na jej rozmiary, jakoś się zmniejszyła i teraz daje się przetoczyć... Szybko okazuje się też, że można wygospodarować trochę czasu dla siebie, kumulując zabiegi jeden po drugim. Personel jest wyrozumiały i idzie w tym względzie na rękę. Nikt nie chce tracić dobroczynnej rehabilitacji, każdy stara się "odrobić zajęcia". Są jednak wyjątki - starsza zakonnica na masaż kręgosłupa przyszła tylko raz: na 10 minut to mi się habitu nie opłaca zdejmować - stwierdziła.

Na końcu turnusu - badanie kontrolne. Wyniki - jak marzenie, mój stan posiadania kilogramów zmniejszył się o 3. Pani doktor jest bardzo zadowolona - ja jeszcze bardziej. W najbliższym czasie wybieram się do lekarza rodzinnego po skierowanie do sanatorium. Szansa, że przeżyję następne dwa lata znacznie się zwiększyła.

Źródło: Zapiski kuracjuszki

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Zapiski kuracjuszki. Za rączkę po deptaku?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.