Nie wiesz, jak reagować? Jest sposób na asertywność po chrześcijańsku

(fot. shutterstock.com)

Zbyt głośne zachowanie sąsiadów, niezapowiedziana wizyta teściów, wykonywanie zadań kolegi z pracy. Wybuchasz czy wycofujesz się? Miłość zna inne standardy. Podpowiada Maria Krzemień.

 

Godzina 23:00. Gasisz światło i zwijasz się w kłębek pod kołdrą. Po całym dniu pracy i różnorodnych zmagań marzysz o regenerującym śnie i cieszysz się, że udało ci się położyć o rozsądnej porze. Mija kilka minut i zaczynasz odpływać w objęcia Morfeusza… aż tu nagle z sąsiedniego mieszkania zaczynają dochodzić dźwięki głośnej muzyki, krzyki i śmiech.

 

Wyrwany ze snu w pierwszej chwili myślisz, że ktoś pewnie się pomylił i gdy spojrzy na zegarek, to zobaczy, że jest już cisza nocna i wyłączy muzykę. Owijasz się więc kołdrą jeszcze szczelniej i próbujesz spać, ale szybko orientujesz się, że hałas nie milknie. Nie możesz spać, jesteś wściekły, rośnie w tobie frustracja…

 

Wybuchasz czy wycofujesz się?


Moment taki jak ten szybko weryfikuje, jak u każdego z nas ma się sprawa asertywności. Zazwyczaj bowiem w tego typu sytuacjach zachowujemy się na dwa sposoby. Albo w porywie złości wybieramy się w odwiedziny do sąsiada i wyładowujemy na nim swój gniew przy okazji wyzywając go i obrażając, albo zbyt boimy się zrobić cokolwiek, ponieważ blokuje nas obawa przed reakcją na prośbę o ciszę, w związku z czym dalej pozostajemy sfrustrowani w łożku, zarywając noc i wściekając się już nie tylko na sąsiada, ale jeszcze na siebie samych, że nie potrafimy być stanowczy.

 

Obie te postawy to skrajne odmiany możliwego zachowania w sytuacji, w której trzeba postawić granice - jedna to agresja, druga to uległość. Czymś, co znajduje się pomiędzy nimi i jest właściwą formą rozwiązywania tego typu trudności, jest asertywność.

 

Niepopularna asertywność


Niewiele jest psychologicznych tematów, które w środowisku chrześcijańskim są owiane tak złą sławą, jak właśnie asertywność. W potocznym rozumieniu przyjęło się uznawać asertywność za formę egocentryzmu czy egoizmu albo wręcz zaprzeczenie miłości gotowej do poświęceń i przekraczania siebie. Wydaje się, że wielu chrześcijan myśli, że właściwą postawą jest pozwalanie na to, by ktoś naruszał nasze granice, jeśli tylko ma taką potrzebę.

 

Podam przykład - wyobraź sobie, że przyjeżdża do ciebie teściowa na dwa tygodnie, która ma ci pomóc w opiece nad rocznym dzieckiem i jednocześnie spędzić z twoją rodziną trochę więcej czasu. Nie jest tajemnicą, że teściowa ma ciężki charakter i potrafi podgrzać emocje do czerwoności. Postanawiasz jednak w duchu, że staniesz na wysokości zadania, będziesz cierpliwa i zniesiesz wszystko w imię miłości…

 

Ona już taka jest...


Pierwsze trzy dni są trudne i wydaje ci się, że twój zapas cierpliwości szybko się wyczerpie. Rozmawiasz jednak z mężem, który prosi, byś wytrzymała jeszcze trochę, bo "mama już taka jest". Myślisz, że problem leży w takim razie po twojej stronie i musisz się jeszcze bardziej wysilić. Kolejny dzień rozpoczynasz z nowym zapasem wytrwałości, ale nie musi minąć dużo czasu, byś znowu się wściekła. Teściowa zaczyna bez twojej zgody robić porządki w szafie, przestawiać meble, kompletnie dezorganizować sposób spędzania czasu przez twoje dziecko. Nieustannie krytykuje twój sposób wychowywania i twierdzi, że za jej czasów nikt tak nie traktował dzieci. Nie podoba jej się to, w jaki sposób karmisz, pory drzemki twojej pociechy są według niej nieodpowiednie…

 

W tym wszystkim jednak przez cały czas powtarza, jakie masz cudowne dziecko, jak to dobrze, że może z wami tutaj być, że gdyby nie wy, to nie miałaby już po co żyć. Słyszysz w jej słowach wdzięczność zmieszaną z krytyką i czujesz się totalnie zdezorientowana. Kiedy w końcu wybuchasz w złości, ona oburza się, a ty po chwili zaczynasz czuć się winna, bo przecież "mama już taka jest", "mama nas potrzebuje" i "to ja nie umiem docenić jej pomocy". Ostatecznie lądujesz u spowiedzi, masz do siebie pretensje, że kilka razy się uniosłaś, ksiądz mówi, że trzeba być cierpliwym i… nadal tkwisz w dokładnie tym samym miejscu. Podczas kolejnej wizyty teściowej nie zmienia się nic, wszystko się powtarza  - ona jest, jaka jest, ty nie potrafisz nad sobą zapanować…

 

Miłość, która wymaga


Historia opisana powyżej to jeden z przykładów różnorakich sytuacji, kiedy przekraczane są nasze granice, a my w imię miłości próbujemy to akceptować. Od razu zaznaczę - tak naprawdę nie ma to nic wspólnego z miłością! Przypatrzmy się Panu Bogu - ustanowił on dziesięć przykazań, których osoby przyjmujące wiarę w Niego muszą przestrzegać. Czy zmienia je, gdy próbujemy je naginać? W żadnym wypadku! To my musimy się do nich dostosować.

 

Co mówi to nam o Jego miłości? Że jest ona miłością wymagającą, prowokującą do rozwoju. Prawdziwie i mądrze kochamy drugiego człowieka wtedy, gdy równocześnie kochamy samych siebie - szanujemy własne możliwości i ograniczenia. Miłość jest asertywna również wtedy, gdy oczekujemy od drugiej osoby szacunku dla własnych granic. Kiedy ktoś je przekracza, a my to akceptujemy, raczej zgadzamy się na przemoc, niż szerzymy miłość.

 

Chyba najbardziej skrajnym przypadkiem tego stanu rzeczy jest, gdy żona zgadza się na to, by mąż ją bił, bo przecież "on jest słaby", "on sobie nie radzi", "on mnie kocha, tylko nie potrafi przestać". Usprawiedliwiając w ten sposób zachowanie męża, niestety tylko sprawia, że nie ulegnie ono zmianie. Również i my, jeśli akceptujemy to, że ktoś nadużywa naszej cierpliwości, tym samym zgadzamy się na to i w żaden sposób nie zmieniamy naszej sytuacji.

 

Wracając do przykładu z hałaśliwym sąsiadem: jeśli nigdy nie uświadomimy mu, że nam przeszkadza, sytuacja z hałasem może powtarzać się każdej nocy. Sąsiad nie potrzebuje naszej akceptacji, a raczej prawdy o swoim zachowaniu - tylko wtedy będzie miał szansę je zmienić. Asertywność oznacza więc stworzenie komuś szansy do rozwoju!

 

Sposób na asertywność


Wiemy dobrze, że mądry teoretyczny wywód na niewiele się zda, jeśli nie uzupełnimy go o konkretne wskazówki praktyczne. Codzienność często wymaga od nas, byśmy potrafili się odpowiednio zachować, nie wchodząc w sytuacje, z których nie będziemy zadowoleni. Wiemy już, że ani agresja, ani uległość nie rozwiązują problemu. Jak w takim razie być asertywnym?

 

Posłużmy się naszym przykładem z hałasem. Jakie zachowanie byłoby w tej sytuacji najlepsze? Załóżmy, że postanowiłeś już, że nie chcesz zarwać nocy z powodu imprezującego sąsiada. Narzucasz więc na piżamę jakieś nadające się do wyjścia ciuchy i wędrujesz pod jego drzwi. Stajesz, już chcesz pukać, ale… co właściwie masz powiedzieć? Jak? Co zrobić, by z jednej strony uzyskać pożądany efekt, a z drugiej nie obrazić sąsiada ani mu nie wygarnąć? Jest na to prosta metoda - musisz zbudować komunikat oparty o kilka zasad:

 

1. Powiedz NIE. Zakomunikuj, na co się nie zgadzasz, co konkretnie ci przeszkadza, jakiego zachowania nie akceptujesz. Może to brzmieć tak: "Nie podoba mi się to, że o 23:00 leci u ciebie taka głośna muzyka…".


2. Wytłumacz DLACZEGO. Powiedzieć "nie" to nie sztuka, trzeba jeszcze wyjaśnić, dlaczego coś przekracza twoje granice. W tym wypadku jest to oczywiście uniemożliwienie ci zaśnięcia. Możesz więc kontynuować rozpoczęte zdanie: "…ponieważ przeszkadza mi to w spaniu, a jutro muszę wstać rano do pracy…".


3. Nazwij PROŚBĘ/POTRZEBĘ. Powiedzenie "nie" oraz podanie powodu to wciąż niekompletna informacja - nie wskazujesz bowiem drugiej osobie w ten sposób, jak może zmienić swoje zachowanie. Koniecznie musisz określić, o co chcesz poprosić oraz jaką masz w tej sytuacji potrzebę. Dodaj więc: "…proszę, byś wyłączył tę muzykę…", "…zależy mi, byś nie hałasował w nocy".


4. Pamiętaj o RELACJI. Nawet najbardziej zgrabny komunikat będzie oschły, jeśli nie podlejesz go miłością. Pamiętaj, że nawet jeśli sąsiad wkurzył cię do granic możliwości, wciąż musisz go kochać. Warto więc uzupełnić klasyczną asertywność o chrześcijańską miłość - możesz się uśmiechnąć, podziękować za ustosunkowanie się do prośby, uścisnąć mu rękę, zadbać o waszą relację. Nie chodzi przecież o to, byście od tego momentu mijali się z sąsiadem na klatce i patrzyli na siebie spode łba. Chodzi raczej o poprawienie waszych stosunków i sprawienie, że będziecie się lepiej rozumieć!

 

Maria Krzemień - psycholog chrześcijański, psychoterapeuta i trener. Prowadzi warsztaty psychologiczne w oparciu o Słowo Boże. Pracuje w poradni psychologicznej Fundacji Chrześcijańskiej Głos na Pustyni. Jej teksty można przeczytać na blogu Żyj po Bożemu >>

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.94

Liczba głosów:

34

 

 

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook