Problem z męską emocjonalnością? [WYWIAD]

(fot. shutterstock.com)

Istnieje wiele stereotypów dotyczących mężczyzn. Facet ma wszystko potrafić, wiedzieć i nad wszystkim mieć kontrolę. Dlaczego jest to nieprawda? - mówi dr Grzegorz Iniewicz.


Karol Wilczyński, DEON.pl: Co oznacza "wrażliwość emocjonalna"? Dlaczego wierzymy w to, że mężczyźni mają mniej rozbudowane emocje, są mniej chętni do tego, aby je okazywać?

 

Dr Grzegorz Iniewicz, Zakład Psychologii Klinicznej UJ: Spójrzmy na to z szerszej perspektywy. Sto lat temu w naszym kręgu kulturowym mieliśmy do czynienia z mocno rozwiniętym patriarchatem i "wiktoriańskim" modelem seksualności, w tym i męskości. Mężczyzna miał być silny i nie pokazywać uczuć.

 

Kobieta mogła pokazywać emocje. Uznawano taki właśnie układ za naturalny. Zasadniczym pytaniem jednak jest to, czy ten układ rzeczywiście jest naturalny? Czy też może jest on uwarunkowany jakimiś czynnikami biologicznymi lub/i kulturowymi? 

 

Wiele badań w psychologii wskazuje na to, że emocje są w nas "zaprogramowane" przez naturę. Mamy je, bo są dla nas ważnym sygnałem - choćby o tym, co się dzieje w naszym otoczeniu. Na przykład lęk jest sygnałem, że jest coś, co nam zagraża. Jednak sposób ich ekspresji w znaczącym stopniu kształtowany jest przez czynniki zewnętrzne: rodzinne, społeczne, kulturowe czy religijne.


Na czym polega ten model męskości i jakie są jego konsekwencje?

 

W naszej kulturze mamy do czynienia z pewnym wariantem funkcjonowania mężczyzn i kobiet uwarunkowanym różnymi czynnikami. Mężczyznom zostały przypisane pewne role, a kobietom inne. Wpadliśmy jednak w pułapkę silnej polaryzacji, podziału. Z jednej strony myślimy o tym, co męskie jako o tym, co racjonalne, co jest pod kontrolą, co wiąże się z władzą.

 

Z drugiej zaś mamy to, co kobiece - słabe, uczuciowe, bierne. Badania psychologiczne pokazują jednak, że życie według takiego wzorca nie służy zdrowiu. Najlepiej bowiem radzą sobie tzw. osoby androgyniczne, tzn. takie, które mają w sobie zarówno cechy typowe dla mężczyzn, jak i dla kobiet. Mogą one bowiem w zależności od okoliczności uruchamiać różne strategie radzenia sobie z problemami.

 

Z tej perspektywy osoby krańcowo "męskie", podobnie jak krańcowo "kobiece" będą gorzej radziły sobie z trudnościami.


Czy tak silny podział między płciami obowiązuje też w innych kulturach?

 

Oczywiście. Kultury różnią się między sobą naciskiem na spełnianie ról związanych z płcią i z tym wszystkim, co ta przynależność niesie ze sobą, czyli na przykład z wyrażaniem swojej emocjonalności. Podział ten może być bardzo wyraźny albo zamazany.

 

Z jednej strony mamy do czynienia z jasno określonymi wzorcami, co na przykład jeszcze nie tak dawno obowiązywało w naszej kulturze, a z drugiej mamy dość swobodną wymianę wzorców zachowań. To jest to, co opisujemy jako płeć kulturową, czyli gender. Kulturowo uwarunkowane wzorce wyrażania swojej emocjonalności.

 

Są takie badania, które pokazują, że gdy dziecko wychowywane jest tylko przez ojca, to mężczyzna jest w stanie uruchomić taką część swojej emocjonalności, która pozwala mu nawiązać relację z dzieckiem, jaka jest charakterystyczna dla matek. Być może w obecności matek ojcowie nie wykorzystują w pełni swoich możliwości budowania emocjonalnych relacji, na przykład z dziećmi. Mężczyźni mogą zatem rozwijać bardzo różne relacje emocjonalne.


W rozpoznawaniu i przełamywaniu naszych wzorców kulturowych dużą rolę odegrał feminizm, a także badacze zajmujący się problematyką gender. Dzięki nim zostały opisane mechanizmy wyznaczania nam ról związanych z płcią, a co za tym idzie - sposobów ekspresji naszych emocji czy też szerzej wzorców, według jakich mamy funkcjonować. Jeśli sięgniemy do amerykańskich poradników kobiecych z lat 50. czy 60., to jest tam mowa przede wszystkim o tym, jak kobieta ma przygotować dom na przyjście mężczyzny: dom ma być posprzątany, dzieci uczesane, pan domu wchodzi, a wszystko jest mu podporządkowane.

 

Teraz te poradniki koncentrują się bardziej na tym, jak kobieta może zadbać o siebie, a najczęstszym modelem związku jest partnerstwo, możliwość wymieniania się obowiązkami, ale też dopuszczenie emocjonalnego sposobu funkcjonowania jeszcze do niedawna zarezerwowanego tylko dla jednaj płci.


Czyli kobieta jest z Wenus, a mężczyzna z Marsa?

 

Chciałbym powiedzieć "byli", zamiast "są". "Wenus" i "Mars" pokazują nam tutaj, jak dalece bycie mężczyzną i bycie kobietą jest konstruktem. Niektórzy dobrze się w nim czują, bo mają jasne reguły postępowania, ale dla wielu osób konstrukty te to sztywne ramy, które nie sprzyjają ich rozwojowi i dobremu funkcjonowaniu.

 

W naszej kulturze role związane z płcią narzucamy bardzo wcześnie. Pierwsze pytanie o nowo narodzonego (a nawet jeszcze wcześniej!) brzmi: "Chłopiec czy dziewczynka?". I tu już zaczynamy interpretować jej/jego zachowania według wzorca płci.

 

Jeśli na przykład mała dziewczynka płacze, to ją wspieramy, traktujemy ten płacz jako coś naturalnego, ale gdy chłopiec płacze, to mówimy "Nie bądź babą". Gdy chłopiec się zezłości i rozbije talerz, to mówimy "O, rośnie prawdziwy mężczyzna". Gdy zrobi to dziewczynka, to jest po prostu bardzo niegrzeczna, "bo dziewczynkom tak nie wypada".

 

Te różnice zaczynają się kształtować bardzo wcześnie. Dziewczynki zazwyczaj o wiele szybciej i o wiele łatwiej nazywają swoje emocje. Mają też większe przyzwolenie na ich uzewnętrznienie. Mogą płakać, mogą być smutne, mogą się bać... Chłopcy nie mają tak łatwo. Oczywiście, wynika to z uwarunkowań kulturowych, które niestety narzucają taki "system" - nie tylko w domach, ale również w szkołach czy w kościele.

 

I stąd problemy z emocjonalnością mężczyzn?

 

Między innymi. Posłużmy się przykładem: mamy płaczącego chłopca, który słyszy "Nie bądź babą", "Chłopcy nie płaczą" i zaczyna tłumić w sobie te emocje.

 

I mamy problem, jeśli będzie tak robił również 20-30 lat później. Wiele badań wskazuje, że tłumienie emocji przez mężczyzn jest jednym z głównych zagrożeń dla ich zdrowia psychicznego i somatycznego. Dlatego ten nasz stereotyp mówiący, że dziewczynka/kobieta może dokonać ekspresji swoich emocji, a chłopiec/mężczyzna nie - jest bardzo niebezpieczny. Bez niego byłoby łatwiej żyć.

 

Myślę, że stary wzór "silnego mężczyzny" jest zabójczy. Badania nad zdrowiem pokazały, że podwyższa śmiertelność, podwyższa stres, przyczynia się do zawałów, choroby nadciśnieniowej i innych.

 

Feministki w latach 80. zaczęły opisywać kryzys męskości. Okazało się, że dotychczasowy ideał mężczyzny to pewna pułapka. Nasze życie zmieniło się na tyle, że stał się on mało przydatny.

 

Teraz potrzeba było mężczyzny pokazującego swoje uczucia i potrafiącego zająć się domem i dziećmi. Niektórzy badacze zwracali uwagę, że do tego kryzysu przyczynił się brak męskich wzorców. Po II wojnie światowej, kiedy wielu mężczyzn z niej nie wróciło, kobiety zajęły się wychowaniem chłopców.

 

Zjawisko to nazwano fatherless society - społeczeństwem bez ojców. Jednak okazało się, że nie mogą one zastąpić męskich relacji. Chłopcy wyrastali w otoczeniu kobiet i nie dostawali odpowiedzi na pytanie, co to znaczy być mężczyzną.


Czyli ten wzorzec, ideał "mężczyzny twardziela" już nie obowiązuje? Chyba sporo się od tamtych czasów zmieniło.

 

Podam przykład. Do dzisiaj w przedszkolach i szkołach, właściwie aż do studiów wyższych, edukacja opiera się na kobietach. Dziewczynki w ten sposób mają większe oparcie dla swojej kobiecości we wzorcach, jakie dają nauczycielki.

 

Pozostaje natomiast kwestia chłopców. W oparciu o jaki wzór mają się rozwijać, skoro uczą i wychowują ich wyłącznie kobiety?

 

Nagle okazało się, że mężczyźni mają problem, bo nie bardzo wiadomo, co zrobić, gdy wzór "jaskiniowca zdobywającego jedzenie" nie jest już adekwatny. Ten kryzys męskości, choć pierwotnie rozpoznany przez feministki, wszedł do powszechnej debaty - zaczęli o nim pisać również mężczyźni.

 

I rzeczywiście - powstał dzięki temu nowy wzór mężczyzny, który pokazuje uczucia, pokazuje emocje, jest z dziećmi w domu od samego początku ich życia, jest włączony do opieki nawet nad niemowlęciem. Wzór ten został powszechnie zaakceptowany na zachodzie Europy i w Stanach, natomiast u nas dopiero powoli się rozwija, chociaż na placach zabaw czy w kolejkach do lekarza coraz częściej można zobaczyć ojców.

 

Przemiany jednak pozwoliły zdjąć z mężczyzn to, co było ciężarem - ideał nie do osiągnięcia. Doszło do tego dosyć wyraźnie w latach 90. Ilustrują to dwa filmy, można by rzec kultowe, z których cytatami wtedy rozmawialiśmy. Mam na myśli Psy oraz Kilera. Przedstawiają one dwa zasadniczo różne wzorce mężczyzny. Mamy Lindę w Psach oraz Pazurę w Kilerze.

 

Pierwszy z nich to niezłomny twardziel, drugi: trochę niezdarny, trochę pechowiec, boi się, wpada w panikę i co najważniejsze: pokazuje emocje. To nie przypadek, że te filmy ukazały się w podobnym czasie, pokazały te dwa wzorce.

 

Wówczas zaczął się powolny okres oswajania uczuć przez mężczyzn. W tym czasie zaczęto mówić, aby mężczyźni dopuścili uczucia do życia, żeby zaczęto mówić, że mężczyzna nie musi grać twardziela, jeśli ma problemy, ale że może sobie nie radzić.


Jest duża grupa mężczyzn, która pozwala sobie na swoją emocjonalność. W moim gabinecie często spotykam się z sytuacją, w której mężczyźni skarżą się na to, że ich partnerki czy żony stosują wobec nich przemoc fizyczną. Co jakiś czas zdarza się mężczyzna, który przychodzi i płacze.

 

Dla wielu jest to nie do pomyślenia. "Jak to? Nie może zrobić z nią porządku?" "Prawdziwy mężczyzna nie pozwoliłby sobie na takie traktowanie". A tu okazuje się, że nie jest on tym "twardzielem", ale pokazuje swoje uczucia. Przyznaje się do czegoś, z czym sobie nie radzi.

 

Jest wielu mężczyzn, którzy godzą się z tym, że uczucia są. Nie tłumią ich i często je pokazują, na przykład podczas zabaw z dziećmi. Spotykam się jednak i z takimi, którzy żyją starym wzorcem "twardziela", "żywiciela rodziny", który wszystko ma mieć pod kontrolą i ma mieć władzę.

 

Czy, oprócz szkoły lub urzędów, w Kościele, jako instytucji też mamy jakiś problem z emocjami?

 

Myślę, że tak. Na przykład katolicki ideał świętości polegający na tłumieniu emocji, na sentymentalnie rozumianej miłości i bezustannej radości. Pan Jezus też odczuwał gniew, złość -mamy tą niezwykłą ewangeliczną scenę w świątyni, z której powyrzucał kupców. On był wtedy, mówiąc kolokwialnie, wściekły. I katolik, mężczyzna, też ma prawo do tego, by okazać gniew. Nie tłumić go.

 

Nie musi być tylko aniołkiem, bo w każdym z nas jest i "aniołek", i "diabełek". W religijnym wymiarze należałoby dopuścić istnienie tej drugiej skrajności, tj. negatywnych emocji - to je najczęściej tłumimy. Dopuszczenie tych emocji nie oznacza oczywiście zgody na przemoc. Każdy musi znaleźć sobie bezpieczny sposób na wyrażenie swojej złości czy gniewu.

 

Myślę, że powinniśmy przestać bać się emocji w kontekście praktyki duszpasterskiej, zrezygnować z traktowania ich jako czegoś "gorszego", mało istotnego w człowieku. Katolicy powinni bardziej zaufać emocjom.

 

Mamy tu zresztą przykład chociażby św. Franciszka, który - jak się wydaje - był postacią bardzo emocjonalną i pod wpływem właśnie emocji rozmawiał ze zwierzętami, rzucał się w pokrzywy czy też - jak opisują to Jacques Le Goff i Nicolas Truong w książce poświęconej cielesności w średniowieczu - nago stanął przed swoim biskupem, a kiedy indziej również nago wygłosił kazanie z katedralnej ambony, dając tym samym wyraz zaangażowania w ideę ubóstwa.

 

Interesujące, że wątek nagiego św. Franciszka nie został podjęty chociażby w malarstwie, z wyjątkiem bodaj jedynie dwóch obrazów Tadeusza Boruty "Św. Franciszek oddaje się pod opiekę Kościoła". Taki gest jest według mnie wynikiem ogromnej akceptacji siebie samego, swojej cielesności, ale też emocjonalności.


Co to znaczy, że mężczyźni "nie radzą" sobie z emocjami? Czy to oznacza, że nad nimi nie panują lub że je odrzucają, tłumią?

 

Możemy przyjąć, że każdy człowiek ma emocje. Inną sprawą jest to, czy je pokazuje i czy nad nimi panuje.

 

Co to znaczy "radzić sobie" z emocjami? Najczęściej rozumiemy to jako ich tłumienie - to taka "męska" metoda. Problem w tym, że emocje wtedy wcale nie znikają. One są gdzieś "upchane". Każdy z nas ma taki zbiorniczek, jakby balon, w którym upycha te stłumione emocje. Ale jeśli one nie znajdą ujścia, jeśli nasze emocje nie zostaną w jakiś sposób uwolnione, to ten balon w końcu wybuchnie.

 

Każdy z nas może w sobie tłumić pewną ilość emocji, nie zawsze bowiem możemy je od razu wyrażać, ale musimy mieć możliwość, by je z siebie wyrzucić. Pobiegać, wyjść do lasu, pokrzyczeć...

 

I tu jest zasadnicza kwestia: czy ja tłumię swoje emocje, czy też znajduję okazję, by je z siebie wyrzucić. Gdy przed snem staram się uspokoić, na przykład. poprzez lekturę książki czy kąpiel, to nie oznacza to, że wyrzucam z siebie gdzieś te emocje. One cały czas mogą być we mnie.

 

Jeśli tłumimy emocje zbyt często, jeśli jest to nasza "metoda" radzenia sobie z nimi, to wtedy pojawia się problem. Czym innym zatem jest tłumienie emocji, które może doprowadzić do emocjonalnych problemów, a czym innym jest ich uzewnętrznianie w bezpieczny, oczywiście, sposób.

 

Co zatem powinniśmy robić z emocjami? Jaka "metoda" byłaby lepsza?

 

Czasami pomaga już samo uświadomienie sobie, co odczuwam. Na przykład jeśli wiem, że coś mnie denerwuje, to potrafię to wyrazić, potrafię to nazwać. Mam wielu pacjentów, którzy nie są w stanie zrobić najprostszej rzeczy - nie są w stanie nazwać swoich emocji.

 

Z perspektywy mojej praktyki, o wiele częściej u mężczyzn pojawia się ten problem świadomości, umiejętności nazywania tego, co się w nich dzieje. Gdy pytam o to, co czują, jakie emocje odczuwają, to często słyszę na przykład "A, tutaj mnie tak ściska w żołądku". Używają fizjologii, języka związanego z ciałem, do opisu emocji. Mężczyźni nie nauczyli się rozpoznawać swoich emocji.

 

Z czego to wynika? Pewnie z doświadczeń z dzieciństwa. Gdy małe dziecko się denerwuje czy boi, to rodzic powinien je zapytać mu "co cię denerwuje?", "czego się boisz?" - tak, aby pomóc mu nazywać to, co się w nim dzieje. Mówiąc "coś mnie ściska", "czuję napięcie", ludzie wskazują mi, że tak naprawdę nie wiedzą, co się w nich dzieje.

 

Bardzo często brak tej podstawowej świadomości prowadzi do tłumienia tego, co w nas się pojawia. Potem "balon pęka" i mamy przemoc w domu. Nie mogąc nazwać emocji, tłumią je i nie potrafią ich z siebie wyrzucić.

 

Czasami praca jest tą aktywnością, która pozwala wyzwolić, wyrzucić z siebie tłumione emocje. W ten sposób można też spojrzeć na pracoholizm. Kiedyś nazywano go "nerwicą niedzielną", bo człowiek nie umiał się powstrzymać od pracy - właśnie z tego względu. Teraz ta nazwa jest trochę nieaktualna, bo i tak często pracujemy w niedziele.

 

Ale pracoholizm został, jest sposobem rozładowywania napięcia, pozbywania się emocji. Dobrym obrazem jest biznesmen leżący z laptopem na plaży, sprawdzający notowania na giełdzie. Człowiek, który nie jest w stanie wytrzymać bez pracy, bo ta pozwala mu się pozbyć emocji.

 

Jeśli nie umiemy uświadomić sobie emocji, nazwać ich i uporządkować, to albo je tłumimy, albo pozbywam się ich w niekontrolowany sposób. Muszę przyznać, że taki sposób wyrażania emocji - choćby jak ten pracoholik - jest lepszy, bo jest dla niego zdrowszy, choć na pewno cierpią na tym jego relacje z innymi ludźmi. Ten, kto tłumi emocje, na pewno żyje lepiej z innymi, bo się nie kłóci, nie krzyczy, ale potem może mieć problemy zdrowotne.

 

Ale przecież w niektórych relacjach, na przykład w związkach, nie da się stłumić emocji do końca. One muszą z nas w końcu "wyjść".

 

Tak, są takie relacje, w których emocji jest znacznie więcej niż w innych. Dlatego tak często w małżeństwie pojawiają się zarzuty typu "Czemu kłócisz się tylko ze mną?". Ano właśnie dlatego, że to jest ta najbliższa relacja, w której czujemy się bezpiecznie, w której możemy pokazać swoje emocje - nawet te negatywne.

 

Wydaje mi się, że pokazywanie takich emocji jak gniew, smutek czy zazdrość jest objawem pewnej szczerości i poczucia bezpieczeństwa w tej relacji. Okazywanie radości czy zadowolenia jest w tym sensie nieco prostsze.

 

Więc może na koniec tej rozmowy powiem tak: nie bójmy się swoich emocji, miejmy czas na refleksje, co odczuwamy w różnych sytuacjach, znajdźmy sposób na wyrażanie swoich emocji, a przede wszystkim nie żałujmy sobie nawzajem tych dobrych.

 


Dr Grzegorz Iniewicz - psycholog. Pracuje w zakładzie Psychologii Klinicznej UJ.

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.27

Liczba głosów:

11

 

 

Komentarze użytkowników (1)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

Tomm 18:59:04 | 2016-01-19
Bardzo dobry, madry wywiad.
Sam obserwuje to na sobie. Tlumie emocje, nie mowie tego co mysle i czuje. Czemu? Nie chce nikogo zmartwic, obrazic, wchodzic w nieprzyjemne sytuacje. Czemu? Nie mam tej pewnosci w sobie ze sobie poradze bez tej osoby, ze poradze sobie z reakcja otoczeniam boje sie ze moj wizerunek ucierpi, ze konflikt z dana osoba to bedzie koniec. 
Wszystko sprowadza sie do pewnosci siebie, a raczej jej braku. Bo jak jestem pewny siebie to wiem ze sobie poradze nawet jak wyraze negatywne emocje i relacja ulegnie radykalnej zmianie albo zakonczeniu. A jak nie jestem to ludze sie ze lepiej byc milym, bo jestem w strefie bezpieczenstwa.
Ile mi zajelo dojscie do tych wnioskow? Dlugo, lata uciekalem w robienie czegokolwiek zebyy o tym nie myslec.
Obserwujcie sie, notujcie swoje odczucia, myslcie o tym, wypracowanie samoswiadomosci to proces.

Oceń 6 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook