Cierpienie trudno zrozumieć

Życie Duchowe
(fot. Send me adrift. / flickr.com)

Człowiek przez doświadczane cierpienie nabywa większej dojrzałości i zaczyna dostrzegać, że życie jest darem. A kiedy ów dar stopniowo traci, tym bardziej go ceni.

 

Oczywiście nie jest łatwo być zadowolonym ze stale degradującego się życia, w sytuacji, gdy postępująca choroba na przykład unieruchamia nogi, ręce, gdy zaczyna się mieć kłopoty z oddychaniem czy mówieniem. Takie ogołocenie można potraktować jako szansę na wewnętrzne oczyszczenie. Bez akceptacji tego, nie dostrzeże się, że zachodzący w nas proces ma także wymiar pozytywny, że Bóg w ten sposób nas oczyszcza. Jezus powiedział przecież, że tylko ziarno, które obumrze, wyda owoc.


Bóg nas oczyszcza przez cierpienie, ale trudno to zrozumieć. Cierpienie rodzi bunt i dopiero z czasem przychodzi akceptacja. Trzeba uświadomić sobie, że to Bóg określa długość naszego życia na ziemi. Wtedy łatwiej przyjąć każdy Boży dar, zwłaszcza jeśli człowiek otrze się o śmierć. Docenia się wówczas życie i kolejne podarowane dni…

 

Każdy z nas ma inne zadanie do spełnienia i każdy z nas musi to zadanie w swoim życiu odkryć. To wartość niepowtarzalna. Jeden z moich współbraci, nieżyjący już, często powtarzał, że oprócz powołania zakonnego mamy też powołanie "poboczne" - pasje i zainteresowania. Jeśli je zaniedbamy, nie będziemy mogli w pełni się realizować w naszym powołaniu podstawowym. Sensu życia nie trzeba szukać gdzieś daleko. On jest w nas samych i w naszym najbliższym otoczeniu. Bardzo szybko można go odnaleźć.


Nie wolno jednak w tych poszukiwaniach zatrzymać się jedynie na sobie. Musimy zawsze poszukiwać go w relacji do drugiego człowieka. O wewnętrznym spełnieniu decyduje także wspólnota ludzi żyjących obok nas. Właściwego odniesienia do Boga i świata winniśmy szukać w relacji do bliźnich. Tylko świadoma miłość bliźniego pozwoli dostrzec nam Boga i wcielić w życie przykazanie miłości.


Dziś coraz częściej można się spotkać z niezrozumiałą niechęcią do życia. Kultura masowa bombarduje nas wzorcami, które trudno realizować. Patrząc na wyimaginowane postaci programów telewizyjnych czy reklam, ludzie nie zadowalają się tym, co mają, co jest dla nich dostępne, i wpędzają się w stan głębokiego żalu i tęsknoty za czymś, co tak naprawdę jest ułudą. Kiedyś starsza kobieta, mająca już ponad dziewięćdziesiąt lat, na pytanie o to, dzięki czemu zachowuje tak świetne samopoczucie, odpowiedziała krótko: "Nie trzeba sobie dogadzać". Myślę, że to mogłoby stać się dla wielu cenną wskazówką.


We współczesnym świecie nie ceni się umartwienia. Rodzice chcą zapewnić swoim dzieciom jak największy komfort. To oczywiście chwalebne, ale warto też pokazywać, że wartością może być brak czegoś. Tymczasem dzieci od najmłodszych lat przyzwyczaja się, że zawsze wszystko mają. I kiedy czegoś im jednak zabraknie, gdy nie dostaną tego, co inne dzieci w szkole już mają, rodzi się frustracja. Dzieci wręcz terroryzują rodziców, byle tylko zaspokoić swoje zachcianki.


Rodzice niejednokrotnie ulegają temu. Pragną zapewnić swoim dzieciom to, czego sami w dzieciństwie nie mieli. Zwłaszcza pokolenie, które wychowywało się w czasach komunizmu. Chcąc jednak zapewnić swoim dzieciom dobro, nie można myśleć jedynie o dobrach materialnych. Dziś od dzieci, od ludzi młodych niczego się nie wymaga, nie kształtuje się w nich poczucia obowiązku i odpowiedzialności. Mówi się tylko o ich prawach. Tymczasem już od najmłodszych lat trzeba uczyć przekraczania własnego egoizmu: "Możesz się podzielić", "Możesz pomóc". W przeciwnym razie w młodych kształtuje się niezdrowe przyzwyczajenie, że są najważniejsi i wszystko powinni mieć podane na tacy.


To powoduje, że wchodzą w dorosłe życie i nie wiedzą, że rzeczy wartościowe kosztują, wymagają wysiłku, nieraz potu i łez. Trzeba się napracować, by do czegoś dojść. Nie można przecież w godzinę nauczyć się języka obcego czy jakiejkolwiek innej umiejętności. Nie postawi się domu w jeden dzień. Nie zbuduje się przyjaźni w tydzień. To, co najcenniejsze, nie przychodzi łatwo. Nie dostaje się tego za darmo. Jest jednak w tym głęboki sens. To rozwija nasze człowieczeństwo.


Jak uczyć się radości życia? W czym szukać jego sensu? Dla chrześcijan odpowiedź jest jedna - to miłość Boga i bliźniego. Tymczasem pośród zabiegania nie mamy czasu, by spotkać się z Bogiem, nie mamy czasu pogłębiać naszych relacji z innymi ludźmi. Paradoksalnie łatwiej dialog z Bogiem nawiązuje się w sytuacjach granicznych, kiedy cierpimy. Wtedy bezpośrednio zwracamy się do Boga, widząc w Nim sprawcę naszego stanu. Pytamy bezradni: "Dlaczego mnie to spotkało?", "Dlaczego ja?". Tyle że na tak postawione pytania można odpowiedzieć tylko: "Nie wiem".


Skoro jednak to cię spotkało, to być może Pan Bóg chce ci przez to coś powiedzieć. I rzeczywiście bywa, że bolesne wydarzenia w naszym życiu w dłuższej perspektywie zbliżają nas do Chrystusa. Ktoś po latach idzie do spowiedzi, jedna się z Bogiem, z najbliższymi. Modlitwa, udział w rekolekcjach, zawierzenie Bogu stają się dla wielu sposobem przetrwania najtrudniejszych chwil, jedynym ratunkiem. Ludzie ciężko chorzy bywają nieraz najlepszymi nauczycielami kontaktu z Bogiem.


Choruję na stwardnienie rozsiane już od ponad trzydziestu lat. Obecnie jestem praktycznie unieruchomiony i uzależniony od innych w najprostszych nawet czynnościach. Całe lata walczyłem, by pogodzić się z tym stanem1. Zresztą nadal proszę Boga o zmniejszenie cierpienia, o to, by choroba się nie rozwijała. Stopniowo jednak, na modlitwie, doszedłem do przekonania, że akceptacja i przyjęcie choroby to z mojej strony swoisty akt pokuty, akt przebłagalny. Uświadomiłem sobie, że Stwórca tego właśnie ode mnie oczekuje, że moje cierpienie ma wartość ekspiacyjną, że ten ciężar nie jest przypadkowy.


Takie podejście nie jest moją zasługą. Nie do końca jest tak, że sami siebie kształtujemy. Tak naprawdę jesteśmy kształtowani i prowadzeni. Hans Urs von Balthasar, z którym miałem bezpośredni kontakt w latach moich studiów teologicznych w Niemczech, pisał, że najważniejsze nie jest to, jaki stopień doskonałości osiągniemy, ale czy w ogóle poddamy się procesowi kształtowania owej doskonałości. Sens życia to nie tyle poszukiwanie, co raczej pozwolenie, by prowadził nas Bóg, by to On nas kształtował i zrobił z nami, co zechce. Także wtedy gdy jest to wymagające, gdy wolelibyśmy pójść inną ścieżką, łatwiejszą.


Jerzy Zakrzewski SJ (ur. 1947), teolog, rekolekcjonista i spowiednik, tłumacz między innymi pism Hansa Ursa von Balthasara. Zachorował na stwardnienie rozsiane wkrótce po święceniach kapłańskich, podczas studiów w Niemczech.

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.82

Liczba głosów:

57

 

 

Komentarze użytkowników (38)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~filip 23:43:34 | 2014-10-03
Witam, może to nie jest dobre miejsce ale bardzo prosił bym was, czytelników o modlitwę za mnie. Choruję na nerwicę lękową. jest mi bardzo ciężko od wielu lat pracuję z psychologiem i modlę się.  Teraz poszedłem na studia i do pracy ...
Objawy się strasznie nasiliły. Sprawiają mi ogromne cierpienia, lęk powoduję że nie mogę się skoncentrować na pracy i nauce . , nie mogę normalnie rozmawiać z ludźmi. Stale boję się... potrzebuję wsparcia.. módlcie się za mną proszę..! Módlmy się też za innych dotkniętych nerwicą czy innymi podobnymi problemami depresja,schizofrenia bo to są straszliwie ciężkie choroby.Pokornie proszę o choć jedną wzmiankę do Boga o mnie..! 

Oceń 9 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Piotr 08:21:23 | 2013-07-26
Pan Bóg nikogo nie oczyszcza przez cierpienie. Cierpienie jest skutkiem grzechu. Pan Jezus już nas odkupił na krzyżu, ale musimy ponosić skutki grzechów. Taki Pan Bóg który by zsyłał na człowieka cierpienie, byłby okrutnym bogiem. Tymczasem nasz Pan Bóg jest Bogiem wszechwładnym, groźnym, ale też kochającym i współczującym. Jak bardzo musiał cierpieć jak jego syn umierał na krzyżu. Po to wszystko to się odbyło żeby nasze cierpienie kiedyś się skończyło. To jest dla każdego z nas z osobna wielki dar. I jak taki Bóg mógły zsyłać na nas cierpienie. Owszem według mnie czasem pozwala nam poczuć na własnej skórze skutki naszych poczynań, ale pewnie to w celach wychowawczych.
Myślę że wypisując takie pierdoły, że Pan Bóg nas doświadcza przez cierpienie, robimy Bogu wielką przykrość.
Tylko wariat może uważać że np. kalectwa, nowotwory dzieci, to doświadczenie zesłane prze Boga.

Oceń 2 5 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~młoda 20:38:29 | 2013-07-25
Nie taka prosta sprawa jest z cierpieniem...Oglądałam film dokumentalnny o kobietach uwięzionych w  domach publicznych dla żołnieży w czasie II WŚ w Japonii. Gwałcone przez 50 mężczyzn w ciągu jednego dnia pracy, przez kilka lat w wieku kilkunastu,góra dwudziestu lat. Naprawdę myślicie ze żyjąc tak, ochoczo brały swój krzyż na siebie i mimo wszystko wzrastały duchowo ? Barbarzyństwo.... 

Oceń 4 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Grybcio 16:18:39 | 2013-03-28
Tekst otwiera nam oczy-Bóg zapłać.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Maciek 16:08:45 | 2013-03-28
a co zrobić, jeśli zmęczony i ustrudzony sobą i zyciem w Bogu nie znajduje oparcia? modlę się , a pociechy nie zaznaję. Dziś idę na Liturgię Wielkiego Czwartku, a mam nerwicę i nie wiem tak sie cieszyłem, a teraz w wielkim cierpieniu i utridzeniu będę szedł? Co wtedy robić?

Oceń 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~kocham i tęsknię za Tobą Pani 15:28:49 | 2013-02-01
Dziękuję Ci Panie Boże za wszystkich cierpiących i chorych, biednych i samotnych - ucza mnie pokory i cichości... uczą mnie łączyć się z Panem umierających na Krzyżu.

Oceń 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~dobra rada 09:34:48 | 2013-02-01
niech się raczej nie odzywa ktoś, kto nie rozumie, że drugi człowiek nie może znieść cierpienia. Dobre rady w stylu "nie trać nadziei" dla kogoś, kto wiele lat cierpi są pustymi słowami

Oceń 4 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~prawda jest taka 00:55:55 | 2013-02-01
że Bóg nas nie kocha, a jego jedynym celem jest zniszczenie człowieka cierpieniem. Zwłaszcza tego, który jest mu najbardziej wierny, tak jak Hiob. Dlatego nie nalezy liczyć na Boga, na jego pomoc ani na nic dobrego, dobrze sobie to uświadomić i wziąć się za swoje życie samemu. A jak wszysko działa przeciwko tobie i wali się na głowę, to zawsze można uciec w samobójstwo. Bóg da nam tylko cierpienie. Kto chce przetrwać, musi walczyć z Bogiem. Jak osłabnie to bracia i siostry katolicy pomogą mu umrzeć no bo przecież się nie będą wstawiali, a jezuici wręcz wymodlą mu śmierć. Człowiek w obliczu Boga i chrześcijaństwa jest tragicznie samotny.

Oceń 3 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~z Dzienniczka 00:44:06 | 2013-02-01
„Dziś adoracja nocna. Nie mogłam brać udziału w niej z powodu słabego zdrowia, jednak nim zasnęłam, łączyłam się z siostrami adorującymi. W godzinie od czwartej do piątej nagle zostałam zbudzona, usłyszałam głos, abym wzięła udział w modlitwie z tymi osobami, które teraz adorują. Poznałam, że jest wśród adorujących dusza, która się za mnie modli. Kiedy się pogrążyłam w modlitwie, zostałam w duchu przeniesiona do kaplicy i ujrzałam Pana Jezusa wystawionego w monstrancji; na miejscu monstrancji widziałam chwalebne oblicze Pana i powiedział mi Pan: co ty widzisz w rzeczywistości, dusze te widzą przez wiarę. O, jak bardzo mi jest miła ich wielka wiara. Widzisz, że choć na pozór nie ma we mnie śladu życia, to jednak w rzeczywistości ono jest w całej pełni i to w każdej Hostii zawarte; jednak abym mógł działać w duszy, dusza musi mieć wiarę. O, jak miła Mi jest żywa wiara.”

(św. s. Faustyna Kowalska, Dzienniczek, nr 1421)

Oceń 2 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~<>< 00:15:13 | 2013-02-01
Bóg Zapłać Ojcze za ten tekst..

Oceń 3 odpowiedz

Pokaż więcej komentarzy

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook