Jak nie stracić męża?

(fot. shutterstock.com)

W małżeństwie łatwo jest się poddać. Uwierzyć zranieniom i niedopowiedzeniom bardziej niż miłości. I pewnego dnia obudzić się obok męża, który wydaje się być kimś obcym.

 

Kilka dni temu znajoma powiedziała mi, że chce rozwieść się z mężem. Bardzo mnie to zasmuciło, szczególnie, że ślub brali niecałe 4 lata temu, mają malutkie dziecko… Wiem, że borykali się z wieloma trudnościami od początku. Teraz nie mają już chęci, żeby dalej walczyć. Ale modlę się, żeby chcieli, żeby otworzyli swoje serca na nowo, tak aby Bóg mógł wlać w nich pokłady miłości i wytrwałości.

 

Nasz wróg nie śpi

 

Łatwo jest dojść do takiego momentu w naszym małżeństwie, kiedy przestaje nam się już chcieć walczyć. Bo przez miesiące, lata nazbierało się tyle zranień; rzeczy, które nas wkurzają; słów, których nie da się już cofnąć; głupich przyzwyczajeń, które uważamy za normalne, a które w gruncie rzeczy powoli niszczą nas związek.

 

Wcale nie jest trudno obudzić się pewnego dnia obok osoby, która kiedyś była nam najbliższa na świecie i stwierdzić, że właściwie to już się jej nie zna. I on nie zna nas - naszych myśli, marzeń, małych i dużych walk, które staczamy na co dzień w sobie.

 

Naprawdę łatwo znaleźć się w takiej sytuacji. Nasz wróg zdecydowanie nie śpi, a do tego przecież dochodzą nasze odmienne charaktery, różnice płci (wenus i mars to zupełnie inne planety!), codzienne obowiązki, dzieci, które wymagają naszej nieustannej uwagi, zmęczenie materiału…

 

Prawda jest taka, że wiele czynników działa przeciwko nam jeśli chodzi o budowanie i trwanie w zdrowym małżeństwie. Ale z drugiej strony, jeśli się dobrze zastanowisz, to czy jest coś ważniejszego w twoim życiu od relacji z mężem? Od twojego małżeństwa? Ważniejsza powinna być jedynie relacja z Bogiem. A jeśli twoje małżeństwo jest drugą najważniejszą rzeczą w twoim życiu, to czy nie warto zrobić wszystko co w twojej mocy, żeby ta relacja nie tylko przetrwała wiele lat, ale żeby te lata spędzone razem były piękne, budujące, pełne cudownych wspomnień i znaczenia?

 

Co jest dla ciebie numerem 1?

 

Mimo, że moje małżeństwo jest dla mnie znaczące, to były takie momenty, że coś innego stawało na pierwszym planie. Raz był to intensywny czas w pracy, kiedy wracałam późno do domu i nie miałam sił na nic poza zjedzeniem czegoś i rzuceniem się na łóżko - ciężko mi było wtedy wydusić z siebie nawet kilka słów do T. On był ciągle dla mnie ważny, ale wiem, że mało mu to wtedy okazywałam. I chociaż rozumiał, że to tylko taki przejściowy okres, to widziałam, że nie było mu z tym łatwo i że tęsknił za tym, żebym mogła dać mu więcej z siebie niż tylko "Cześć kochanie… zmęczona jestem, sorry… idę spać, OK?".

 

Te pierwsze tygodnie po tym jak urodziła się Leilunia też nie były najbardziej romantycznym czasem w naszym życiu;p Ja dochodziłam do siebie fizycznie i psychicznie, mało spałam, a resztę czasu całą naszą uwagę poświęcaliśmy malutkiej. Na głębokie rozmowy i patrzenie sobie w oczy już nie starczało nam sił i czasu!

 

I to jest normalne! Wiadomo, że pracować trzeba, rachunki ktoś musi płacić, a dziecko same sobie obiadu nie zrobi, podczas gdy my pójdziemy na długi romantyczny spacer. Ale wydaje mi się, że to jak będzie wyglądać nasza relacja z mężem czy żoną zależy w dużej mierze od naszego nastawienia. Gdzie na mojej liście wielu priorytetów jest moja druga połówka, mój najlepszy przyjaciel i towarzysz życia?

 

Czy jest drugi po Bogu, czy może bardziej gdzieś tam po środku, zaraz po pracy, wychowaniu dzieci (nasze dzieci są największym skarbem i darem od Boga, kochamy je nad życie, ale na naszej liście priorytetów powinny być po mężu - o tym kiedyś osobny post), obowiązkach w kościele i przyjaciołach?

 

Warto zadać sobie te pytania

 

Łatwo to sprawdzić w codziennych sprawach. Czy robiąc plany, uwzględniam mojego męża w nich? Czy biorę pod uwagę jego preferencje co do tego jak chciałby spędzić następną niedzielę, czy też narzucam mu swój plan, bo naszym znajomym tak pasuje? Czy przygotowując obiad, zawsze robię tylko to co lubią dzieci (i ja), czy staram się też pomyśleć o tym co smakuje mojemu mężowi (u nas to jest wyzwanie, bo ja nie jem mięsa, a T. tak)? Czy kiedy wracam z pracy (albo kiedy on wraca z pracy, bo jestem w domu), to czy staram się słuchać uważnie tego co mówi, dowiedzieć się jak minął jego dzień, czy biegam jak szalona, załatwiając tysiąc innych spraw, które najczęściej naprawdę mogą poczekać, a świat się nie zawali? Ja wiem, że mam z tym problem, bo jestem małą pedantką i jak na przykład widzę, że ubrania są rozrzucone na sofie, to aż się trzęsę w środku, żeby je pozbierać - zamiast skupić się na tym, co mówi do mnie T.

 

Czy podejmując ważniejsze decyzje (większe wydatki, wybór szkoły dla dziecka, dekoracja domu), konsultuję je najpierw z mężem? Kilka razy zdarzyło mi się podjąć pewne decyzje bez skontaktowania się z T. Niektóre z nich nie były super istotne, ale jednak kiedy dowiadywał się, że nie uzgodniłam ich z nim, to wiem, że poczuł się pominięty - jakbym nie potrzebowała jego porady. I to nie jest tak, że oni są dyktatorami, którzy chcą przejąć kontrolę nad naszym życiem - oni po prostu lubią czuć się potrzebni. Chcą czuć, że ich zdanie się dla nas liczy, że je szanujemy. To jest dla nich ogromnie istotne. Myślę, że dużo bardziej niż dla nas, kobiet. Jeśli chcesz, żebyście byli być team’em, to zachowujcie się jak team - a nie "każdy sobie rzepkę skrobie".

 

Kiedy jesteście u znajomych, zanim opowiesz jakąś śmieszną historię dotyczącą waszego małżeństwa, pytasz męża czy nie ma nic przeciwko? Dla ciebie ta anegdota może być zabawna, ale jemu może wydawać się ośmieszająca. Pytając go wcześniej o zdanie, pokazujesz mu, że bardziej zależy ci na jego uczuciach i zachowaniu jego, "dobrego imienia" niż na rozbawieniu znajomych. A przecież to później z mężem wrócisz do domu, nie z nimi, prawda?

 

Czy wybierając ubrania, myślę o tym co podoba się mojemu mężowi, czy kieruję się bardziej radą przyjaciółki, mimo że wiem, że on nie lubi na przykład kwiaciastych wzorów albo indiańskich kolczyków? To wszystko może wydawać się mało ważne. Przecież nic się nie stanie jak czasem założę coś, co nie jest w jego guście, kiedy wychodzimy razem, prawda? No pewnie, że nie, przecież masz prawo do własnego. Sama nie raz to robię. Ale gdyby te wszystkie małe rzeczy ignorować przez dłuższy czas, to może okazać się, że nasz mąż już nie czuje, że jest najważniejszą osobą w naszym życiu. Może nam się tak ciągle wydaje, może nawet tak mu mówimy, ale czy nasze czyny idą w parze ze słowami?

 

Zmiany zaczynaj od siebie

 

Zawsze będzie tak, że znajdzie się tysiąc rzeczy, które będą domagać się naszej uwagi i czasu. Łatwo jest rzucić się w wir codziennego życia i zepchnąć nasze małżeństwo na dalszy plan. Bo przecież on zawsze będzie. Przecież i tak mnie kocha. Może i mnie kocha. Ale czy na pewno zawsze tak będzie? I czy na pewno on zawsze będzie? A nawet jeśli tak, to czy chcę, żeby był, ale tak jakby go jednak nie było?

 

Najczęściej to te niewielkie rzeczy robią dużą różnicę. Małymi krokami możesz sprawić, że twój mąż poczuje, że jest dla ciebie priorytetem. A myśląc o potrzebach twojego męża, automatycznie zbliżysz się do niego. On poczuje się pewniejszy siebie, szanowany doceniony. "No tak, ale co ze mną i moimi uczuciami - przecież i tak już się staram, a on w ogóle się nie zmienia?", pomyślisz może.

 

To co siejemy, będziemy też zbierać. Jeśli chcesz lepszego, pełniejszego małżeństwa, to zmianę na lepsze musisz zacząć od siebie. Ale owoce przyjdą. Niektórzy muszą czekać na nie dłużej, ale często pozytywną zmianę w relacji; w tym jak mąż zaczyna postrzegać i odnosić się do żony widać bardzo szybko. Musimy tylko pamiętać, że tu nie chodzi o żadną manipulację, czy nastawienie typu - ja zrobiłam coś dla ciebie, to teraz twoja kolej. Tak naszego małżeństwa nie odmienimy. Ale kiedy zaprzemy się samej siebie i bezinteresownie będziemy dawać - to uruchomimy w naszym małżeństwie taką moc, której ciężko się będzie przeciwstawić.

 

I nie polegaj na sobie. Ciężko ci będzie znaleźć w sobie taki pokłady miłości i wytrwałości jakich potrzebujesz, żeby twoje małżeństwo było zdrowe i pełne. Ja ich na pewno nie mam… Ale dzięki temu, że jakiś czas temu podjęłam decyzję o tym, żeby oddać swoje życie Jezusowi - On żyje we mnie. On wypełnia mnie swoją miłością, uczy mnie szybko przebaczać - bo On przecież tak wiele mi przebacza.

 

Bóg, który jest blisko

 

Kiedy zwracam się do niego o pomoc, łatwiej mi czekać na zmianę. Mogę czerpać satysfakcję przede wszystkim z tej relacji, która powinna być dla mnie najważniejsza. A kiedy On będzie na pierwszym miejscu, kiedy moje serce będzie naprawdę wypełnione Jego miłością i pokojem, to "nie ma bata", żeby ta druga najważniejsza osoba w moim życiu tego nie odczuła.

 

Małe szanse wtedy, że obudzę się pewnego dnia z myślą, że nie znam już tego człowieka obok mnie. Dlatego co człowiek sieje, to i żąć będzie.

 

"Kto sieje dla swojego ciała, z ciała będzie żął skażenie, a kto sieje dla Ducha, z Ducha będzie żął życie wieczne. Bądźmy niestrudzeni w szlachetnym postępowaniu. Jeśli w nim wytrwamy, czeka nas czas wielkich żniw. W związku z tym, gdy tylko mamy możliwość, świadczmy dobro wszystkim, a zwłaszcza domownikom wiary".

 

Tekst pierwotnie ukazał się na blogu Żona i Mąż

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.33

Liczba głosów:

9

 

 

Komentarze użytkowników (4)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

no_name 23:00:45 | 2016-09-22
Dziękuję za to piękne świadectwo.
Szkoda tylko, że tak mądrze i dojrzale myślących Kobiet nie ma już wiele na tym świecie. A szkoda.

Gietku takie "T" z kropką to właśnie jeden z przejawów miłości autorki felietonu do swojego męża. Bez jego wyraźnej zgody na publikowanie w Internecie (także przez żonę) danych osobowych taka forma jest jak najbardziej zasadna i właściwa. :-)

Oceń 1 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Gietek 20:38:45 | 2016-09-22
Szanowny Deonie, weźcie mnie oświećcie kto to jest ten T.
czy to jest Tuman, czy Truciciel ,Truteń ??? 
 Ten skrót chyba nie oznacza że jest to małżonek(tak tak, jest takie słowo i można go użyć)
Jeszcze nie dawno modne było "partner" ale Deon idzie za duchem czasu i mamy T. - Brawo!!!.
W każdym razie gdyby moja żona napisała do koleżanki : "mój T.(czyt.Te) wyniósł śmieci" to na pewno by nie poprawiło naszych relacji. poczułbym się źle.

Oceń 1 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook