Biskup i narkomani

Życie Duchowe

Najważniejsze jest jednak środowisko rodzinne. Każdy człowiek chciałby być akceptowany i kochany przez najbliższych, chciałby czuć się bezpiecznie w rodzinie. Chce, żeby rodzice mieli dla niego czas, kiedy ma jakieś problemy. Nikt z nas nie jest samotną wyspą - z ks. bp. Antonim Długoszem, opiekunem Wspólnoty Chrześcijańskiej "Betania" zajmującej się pomocą narkomanom, rozmawiają Józef Augustyn SJ i Cezary Sękalski.

 

Ksiądz Biskup spotyka się bardzo często ze zranioną młodzieżą. Z czego wynikają zranienia młodych ludzi?

 

W okresie dzieciństwa, a szczególnie w okresie młodzieńczym, największy wpływ na człowieka ma środowisko domowe, szkolne i parafialne. Spotykając się z młodzieżą, odnoszę wrażenie, że zranienia młodych pojawiają się wtedy, gdy te trzy środowiska są patologiczne. Stwierdzenie, że parafia może być patologiczna, jest szokujące, ale rzeczywiście czasem tak bywa. Jeżeli w jakimś środowisku brakuje akceptacji i poczucia bezpieczeństwa, należałoby nazwać je "patologicznym".


Najważniejsze jest jednak środowisko rodzinne. Każdy człowiek chciałby być akceptowany i kochany przez najbliższych, chciałby czuć się bezpiecznie w rodzinie. Chce, żeby rodzice mieli dla niego czas, kiedy ma jakieś problemy. Nikt z nas nie jest samotną wyspą, dlatego rodzina winna także uczyć postaw społecznych, w tym ofiary, ponieważ życie bez niej jest niemożliwe.


Szkoła staje się patologiczna, kiedy nauczyciele oceniają ucznia tylko i wyłącznie pod względem przygotowania do zajęć, przestrzegania regulaminu, zewnętrznej prezentacji, a zupełnie nie obchodzi ich to, dlaczego uczeń wagaruje albo przychodzi do szkoły brudny, nieprzygotowany czy zaspany. Innym rodzajem patologii w szkole jest sytuacja, kiedy wśród uczniów nie ma więzi koleżeńskich albo tworzą się zantagonizowane grupy, na przykład bogatszych i biedniejszych.

Z kolei wspólnotę parafialną nazywam patologiczną, gdy księża ograniczają swoją misję tylko do spełnienia urzędowych zadań duszpasterza: Msza święta, dyżur w konfesjonale, kancelaria itp. W takiej sytuacji parafia nie funkcjonuje na zasadzie zdrowej rodziny, gdzie proboszcz dostrzega nie tylko tych, którzy przychodzą "coś załatwić", ale cieszy się, gdy ktoś przyjdzie tylko po to, żeby się z nim spotkać albo zaproponować jakieś usprawnienie w parafii.


Najczęstsza jest jednak patologia rodzinna. Jeśli młodzi źle się czują we własnej rodzinie, szukają wspólnot, które by ich zaakceptowały, gdzie mogliby poczuć się bezpiecznie. Często trafiają wtedy na grupy patologiczne, które pozornie niczego od nich nie wymagają. Mówią tylko: "Przyjdź do nas, a będzie ci dobrze!" i proponują narkotyki, alkohol lub przedwczesne doświadczenia seksualne. Dlatego tak ważne j est dziś uzdrawianie więzi w rodzinie, szkole i parafii.


Aby zilustrować ten problem, dam konkretny przykład naszego byłego podopiecznego o pseudonimie "Konrad". Pochodził z bardzo bogatej rodziny, ale matka nigdy nie miała czasu, by przerwać swoje zajęcia, usiąść obok syna i porozmawiać z nim. Zawsze mówił do jej pleców. Do pewnego czasu chłopakowi wystarczał pies, któremu się "zwierzał", ale wiadomo - pies nie zastąpi rodziców. Kiedy wchodził w wiek dojrzewania, przypadkowo znalazł się na Dworcu Głównym we Wrocławiu i tam spotkał narkomana, który miał dla niego czas, wysłuchał go i powiedział: "Nie przejmuj się, ja dam ci środek, który sprawi, że zapomnisz o wszystkich swoich problemach...". Tak się zaczęła jego narkomania. Potem "Konrad" trafił do naszego ośrodka, ale długo nie wytrzymał. Po dwóch latach od jego odejścia z "Betanii" dowiedziałem się, że przedawkował.

 

Ile miał lat?

 

Kiedy zmarł, mógł mieć dwadzieścia pięć lat. Do nas trafił w wieku dwudziestu dwóch lat. To był jego kolejny ośrodek.


Wydaje mi się, że najgłębsze zranienia pojawiają się wtedy, kiedy rodzice nie mają dla dziecka czasu - zwykle tłumaczą się tym, że muszą zarabiać pieniądze - lub kiedy dziecka nie akceptują takim, jakie jest. Znałem narkomana z Krakowa, któremu ojciec narzucił kierunek nauki. Syn miał zainteresowania humanistyczne, ale ojciec był inżynierem i powiedział: "Ty też zostaniesz inżynierem!". Chłopak ledwo zdał do technikum, ojciec jednak miał znajomości, więc go przyjęto. W trakcie nauki z humanistycznych przedmiotów otrzymywał oceny pozytywne, ale ze ścisłych same niedostateczne. Zaczął więc uciekać ze szkoły i raz, podczas wagarów, spotkał na Plantach narkomanów. Tam zaczęła się jego tragedia.


Rodzice często nie akceptują nie tylko braku zdolności u swoich dzieci, ale na przykład ich płci. Nierzadko potrafią wręcz znęcać się nad dzieckiem, że urodziło się dziewczynką, podczas gdy ojciec czekał na syna. Dziecko podświadomie wyczuwa: "Tata mnie nie chce".


Szczególnie wielkim zranieniem dla dzieci jest sytuacja, kiedy rodzice są ludźmi uzależnionymi albo gdy ich małżeństwo się rozpada, a dzieci oddawane są do domu dziecka lub pozostają przy jednym z rodziców. Buntują się wtedy. Wyrazem tego staje się poszukiwanie przez nich grup, które mogą okazać się patologiczne.

 

Jak wygląda pomoc tak zranionym osobom?

 

Pierwsza pomoc osobom, które mają problemy z własną rodziną czy szkołą, polega na przyjęciu ich takimi, jakimi są, i poświęceniu im czasu. Chodzi o to, by zrozumiały, że jest ktoś, kto chce ich słuchać, interesuje się ich problemami życiowymi i uważa ich za wartościowych. Taka postawa akceptacji bywa dla nich dużym zaskoczeniem.


Pamiętam, jak wielu szokowało to, że w "Betanii" z bliska mogli zobaczyć księdza czy później biskupa. Ujmowało ich zwłaszcza, że tak jak inni miałem dyżur w kuchni. Najłatwiej nawiązywałem z nimi kontakt, gdy razem gotowaliśmy obiad. Kiedyś siostry przygotowywały mi jedzenie, aja tylko je odgrzewałem, ale to nie dawało tak dobrych rezultatów. Teraz, kiedy przychodzę na dyżur, ubieram fartuch, mam do pomocy dwie lub trzy osoby i razem od podstaw przygotowujemy posiłek: najpierw drugie śniadanie, a później obiad. Podczas wspólnej pracy nic im o Panu Bogu nie mówię, ale oni i tak wiedzą, że jestem biskupem. Często rozmawiamy o różnych życiowych sprawach. Czasem słyszę: "Ojcze, zadzwoniła do mnie matka. Byłem na nią zły, a teraz tak się tym telefonem cieszę!".


W takich sytuacjach nasi podopieczni doświadczają, że się nimi interesujemy, rozumiemy ich, chociaż mają pogmatwane życie. Nie domagamy się, by natychmiast stali się świętymi, tylko podajemy argumenty przemawiające za tym, żeby uzdrowić relację z ojcem, matką czy żoną, która odeszła z powodu uzależnienia męża... Podajemy argumenty i czekamy, do niczego takiego człowieka nie zmuszając. Przez te rozmowy nabierają ochoty, by się otworzyć na pytanie: Co mam zrobić, żeby moje życie nabrało sensu? Wtedy rozpoczynamy od naturalnych argumentów. Tylko że one często nie wystarczają i wówczas wielką pomocą są racje religijne, duchowe. W "Betanii" stanowią one istotny czynnik terapii.

Czasem ktoś powie: "Zaćpam się, bo nie chcę dłużej żyć!". Wtedy tłumaczę, że życie jest wartością i że on sam jest potrzebny. Bywa, że ktoś taki zaczyna dostrzegać we wspólnocie świadków wartości, widzi, jak ludzie wokół niego wychodzą ze swoich "dołków" i zaczynają coraz lepiej radzić sobie w życiu. Wtedy podświadomie próbuje sam tę argumentację przyjmować. Nie wszyscy, ale są i tacy, którzy zaczynają głębiej o tym myśleć i starają się, aby wartości religijne kształtowały ich życie.

 

Czy modlitwa rodzi się wówczas jako coś spontanicznego?

 

Ci, którzy nie mają za sobą doświadczenia w praktykowaniu życia religijnego, najpierw obserwują innych. Niewierzący również mają obowiązek przychodzić do kaplicy na modlitwę oraz uczestniczyć w katechezie. Wtedy przysłuchują się modlitwom i rozmowom innych.


Kiedy nie było tak wielkiego zagrożenia wirusem HIV i AIDS jak dziś, w ośrodku była duża rotacja. Szczególnie wielu narkomanów przyjeżdżało w zimie, aby mieć dach nad głową i jedzenie. Gdy jednak zaczynały kwitnąć maki, opuszczali ośrodek. Wtedy nie mogłem prowadzić systematycznej katechezy. Teraz jednak, kiedy ryzyko zakażenia wirusem HIV jest większe, rotacja stała się mniejsza. Narkomani boją się zachorować i większy ich procent pozostaje w ośrodku. Dlatego w katechezie staramy się iść trzema torami.


Pierwszy stanowi próbę odpowiedzi na ich pytania. Takie rozmowy nie dotyczą tylko tematów religijnych, ale także innych, na przykład problemów małżeńskich. Jeśli pojawiające się pytania wymagają obecności specjalisty, na przykład prawnika czy historyka, to go zapraszam. Kiedy ten nurt zainteresowań się wyczerpuje, rozpoczynam objaśnianie ważniejszych świąt czy też wspomnień świętych w roku liturgicznym. Trzeci nurt katechezy dotyczy osoby Jezusa. Jeżeli bowiem ustawią sobie właściwie relację z Chrystusem, mogą porządkować wszystkie inne elementy własnej religijności i duchowości.

 

Na ile wasi podopieczni przyjmują głoszone im treści? Czy budzi się w nich jakaś religijna fascynacja?

 

Zdarza się, że ktoś prosi o spowiedź, chrzest lub bierzmowanie. Wtedy próbujemy przygotowywać taką osobę poprzez katechezy. Aby móc przyjąć dany sakrament, musi ona zdać egzamin przed wszystkimi członkami wspólnoty. Nie tylko ja, ale każdy ma prawo zadawać jej pytania. Tego zawsze wszyscy najbardziej się boją. Mówią: "Ojciec jest łagodny, ale nie wiadomo, jak reszta...". Mieli bowiem już za sobą doświadczenie dzielenia się we wspólnocie, które bywa trudne.


Kiedy przyjmuje się kogoś do "Betanii", rozmowa ta wygląda jak spowiedź z całego życia. Swego czasu buntowałem się co do takiej formy dzielenia. Mówiłem: "Przepraszam, ale jest granica, którą ma prawo przekraczać tylko Pan Bóg! Nie zgadzam się, żeby wszyscy słuchali o tak osobistych grzechach!". Oni odpowiadali: "Proszę Ojca, my robimy jeszcze gorsze świństwa! My tego człowieka nie potępimy i nie dla zaspokajania naszej ciekawości chcemy, żeby on się przed nami obnażał, ale musimy o wszystkim wiedzieć, żeby mu pomóc! Bo kiedy przyjdzie dołek, będziemy pamiętali o jego przeszłości i będziemy mogli odpowiednimi argumentami przekonać go, aby pozostał w ośrodku". Wtedy ustąpiłem.


Podobna szczerość jest wymagana w cotygodniowych dzieleniach. Każdy zdaje wtedy sprawozdanie przed całą wspólnotą z minionego tygodnia. Musi opowiedzieć wszystkim o swoich doświadczeniach zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Jeśli coś przemilczy, inni zaraz mu przypomną o jego wykroczeniach przeciw regulaminowi. I nie jest to donos, ale troska o tego człowieka, żeby nie poszedł w kanał. Jeśli bowiem narkomanowi raz czy drugi uda się coś zataić przed innymi, wtedy wchodzi w tak zwane podziemie i przestaje się leczyć.


W "Betanii" człowiek musi mieć jedno oblicze. Podobnie jak w formacji zakonnej czy seminaryjnej. Gdy zataję coś przed swoim stałym spowiednikiem, to prędzej czy później staje się to dla mnie pewnym zagrożeniem. W "Betanii" chodzi o to, żeby między ludźmi nie było nawet namiastki fałszu.

 

Takie wymagania wydają się niezwykłe. Na ogół bowiem żyjemy w społeczeństwie pełnym "masek". Skąd u tych ludzi tak radykalna postawa?


To lekarstwo na bardzo zranioną psychikę ćpuna, którą rządzi subiektywne odczucie. Taki człowiek nie kieruje się dobrem, ale najwznioślejsze uczucia - miłość do rodziców, żony czy męża, dzieci - podporządkowuje chęci "brania". Stąd pojawia się kradzież, oszustwo, w skrajnym przypadku narkoman potrafi posłać swoją dziewczynę czy żonę, aby własnym ciałem zarobiła na narkotyki. Mówi jej, że ją kocha, ale musi mieć za co "brać". Z powodu utrwalenia takich postaw potrzebne są środki, które pomogą całkowicie przekroczyć to zakłamanie. Trzeba zatem sprawić, żeby uzależniony obnażył się i powiedział: "Jestem bardzo słaby i muszę szukać u was pomocy. Nie poradzę sobie bez wspólnoty!". Osoba wierząca doda jeszcze: "Nie poradzę sobie bez Twojej, Panie Boże, pomocy".

Na ile taką postawę otwartości i szczerości można zagrać?

 

Ktoś musiałby być wspaniałym aktorem i wielkim twardzielem, żeby potrafił przy przyjmowaniu do ośrodka zataić jakąś prawdę o sobie. Ludzie ze wspólnoty dobrze znają charakterystyczne postawy ćpuna i rzucają celne pytania. Przepytywany musiałby być idealnie ustawiony, żeby nie zostać przyłapany na kłamstwie.


Na początku, kiedy byłem świadkiem takich rozmów, bardzo się krępowałem. Było mi żal osoby przyjmowanej, którą ktoś ze wspólnoty "dręczył" swoimi pytaniami. Kiedyś na przykład ktoś opowiadał, że narkotyzował się muchomorami. "A jak wyglądają muchomory?" - padło pytanie. Myślę sobie: "Po co o to pytać, skoro on już się przyznał?". Tymczasem chodziło o to, by sprawdzić, czy ten człowiek mówi prawdę. Potem padają inne pytania i prowadzący rozmowę znowu wraca do tego muchomora, żeby sprawdzić jeszcze raz, czy rzeczywiście tak było. Pod takim krzyżowym ogniem pytań narkoman musi "pęknąć". I w pewnym momencie albo pęka i mówi: "Skłamałem, chciałem coś przed wami ukryć!", albo - jeżeli wie, że to mu pomoże - szczerze o wszystkim rozmawia.

 

Na ile tego typu twarde rozmowy wynikają rzeczywiście z troski o drugiego człowieka, a na ile jest to odreagowanie własnej agresji?

 

Uważam, że w tych rozmowach nie chodzi o to, żeby kogoś poniżyć. Takie twarde stawianie sprawy wynika z odpowiedzialności za drugiego człowieka. Szczerość jest warunkiem przyjęcia do wspólnoty. Kiedy ktoś przyjeżdża, członkowie wspólnoty muszą się zorientować, co było powodem sięgnięcia po narkotyk, w jakich okolicznościach ten człowiek ćpał, ile świństw w życiu narobił... Taki człowiek musi też dojść w rozmowie do momentu, kiedy w pełni uświadomi sobie swoją słabość i powie: "Musicie mi pomóc, bo sobie nie poradzę!". Jeżeli bowiem ciągle jest pewny siebie albo ma jakąś tajemnicę, której nie wyjawił innym, to leczenie rzadko bywa skuteczne. Szczególnie, kiedy ktoś łamie regulamin i nie powie o tym innym - wówczas leczenie jest właściwie skazane na przegraną.

 

Ile trwa leczenie?

 

Wstępne odtrucie organizmu zajmuje do dwóch tygodni. Po nim nie doświadcza się już fizycznych bólów, jednak psychikę leczy się do dwóch lat. Po tym czasie wspólnota na ogół stwierdza, że dana osoba poradzi sobie poza ośrodkiem, a kiedy przeżywa trudności, w każdej chwili może przyjechać do "Betanii". Na początku poza ośrodek - na przykład w odwiedziny do najbliższych - narkomana wypuszcza się tylko z "aniołem stróżem", potem jedzie już sam, ale po powrocie musi zdawać relację ze wszystkiego, co się wydarzyło.

 

Czy po opuszczeniu ośrodka podopieczni "Betanii" mają szansę na normalne życie, na przykład na założenie rodziny?

 

Poza ośrodkiem narkomani nadal uzdrawiają swoją psychikę i porządkują relacje rodzinne czy koleżeńskie. Aby stało się to możliwe, muszą przede wszystkim kategorycznie zerwać ze środowiskiem ćpunów. Najważniejsza jest tu świadomość, że tak naprawdę do końca życia będą narkomanami czy alkoholikami, a w ich przypadku skuteczność leczenia polega na wypracowaniu zdolności do życia w abstynencji.


Niektórzy "betańczycy" nie chcą wracać do swoich dawnych środowisk. Dla nich kontynuacją terapii jest hostel. Mieszkają nadal w ośrodku, ale nie obowiązuje ich tak ścisły regulamin jak pozostałych podopiecznych, choć są jeszcze kontrolowani przez wychowawców. Ludzie c i uczęszczają do szkoły albo chodzą do pracy na zewnątrz i część dochodów przekazują na wspólne życie.


Pierwsze dwa lata pobytu w ośrodku nie są dla nich zmarnowane, bo kiedy przejdą już sześciomiesięczną próbę, muszą podjąć jakąś pracę lub kontynuować naukę, którą przerwali. Często wstawiam się za nimi w różnych szkołach czy zakładach pracy w Częstochowie. Chodzi o to, żeby ich terapia odbywała się równocześnie z przygotowaniem do zawodu bądź nauką.


Bywa, że po ukończeniu leczenia w ośrodku niektórzy podopieczni uzdrawiają swoje małżeństwa i wracają do rodziny. W wielu wypadkach jednak jest inaczej. Jeden z moich wychowanków chciał wymusić na mnie akceptację jego nowego związku niesakramentalnego, ponieważ jego żona związała się z kimś innym. Powiedziałem mu wtedy: "Ja ci tego piekła nie zesłałem, nie mogę jako ksiądz powiedzieć, że dobrze robisz. Wiesz, jakie są tego skutki!". On na to: "Proszę ojca, ale ja nie jestem zobowiązany do zachowania celibatu!". Odpowiadałem: "Ale odejście twojej żony jest konsekwencją tego, że uzależniłeś się od alkoholu. Pamiętaj, że jeśli zwiążesz się z kimś innym, nie będziesz mógł przyjmować sakramentów. Ja nie mam takiej władzy, żeby ci w takiej sytuacji udzielić rozgrzeszenia!".

W rozmowach z tymi ludźmi nauczyłem się, że nie można dawać im wymijających odpowiedzi i pewne sprawy trzeba stawiać twardo. Raz chciałem być zbyt delikatny i zostałem całkowicie zdyskredytowany w oczach wspólnoty. Gdyby ktoś mógł mnie wtedy zastąpić, właściwie powinienem odejść, tak się skompromitowałem. Ten sam wychowanek, o którym wspomniałem, miał wiele osiągnięć w okresie leczenia, a podczas dzielenia, gdy komentował wypowiedzi innych, używał takich argumentów, które wszystkich przekonywały. Pomyślałem więc, że byłby dobrym wychowawcą. Kiedy skończył leczenie i wyraził chęć pracy w ośrodku, powiedziałem mu: "Masz odpowiednie predyspozycje, jeżeli tylko wspólnota cię przyjmie, to myślę, że mógłbyś być wychowawcą". Podczas dzielenia chłopak powiedział wszystkim, że wyraziłem zgodę na to, by mógł pracować w "Betanii" jako wychowawca, potrzebna jest jeszcze akceptacja wspólnoty. Na to ktoś mówi: "Ty u nas?! Przecież związałeś się z inną kobietą, jak możesz teraz być praktykującym katolikiem, skoro żyjesz po cywilnym ślubie? Jakie to świadectwo z twojej strony?". W ośrodku panuje bowiem zasada, że wychowawcy muszą mieć unormowane życie religijne i być praktykującymi katolikami. On na to odpowiedział: "Ale ojciec wyraził zgodę!". Wtedy zaoponowałem: "Tak, ale pamiętasz: pod warunkiem że wspólnota cię przyjmie. Skoro wspólnota ci ę nie przyjmuje, to ja przyznaję jej rację!". Mój błąd polegał na tym, że nie powinienem nawet dać mu cienia szansy o ubieganie się o tę funkcję, ale ponieważ jestem księdzem, chciałem, żeby nie miał do mnie żalu.

 

Do "Betanii" trafiają ludzie, którzy spostrzegają, że ich dotychczasowe życie jest destrukcyjne. Na ile ten moment jest okazją do otwarcia się na Boga?

 

W terapii najpierw staramy się uzdrawiać ich relacje rodzinne. Czasem słyszę: "Nigdy nie wybaczę ojcu. Wyrządził mi wielką krzywdę". Potrzeba długich rozmów, tłumaczeń, wyjaśnień, żeby taki człowiek wreszcie zrozumiał, że dalej nie może rozwijać tego typu uczuć. Kiedy taka osoba trwa w abstynencji, nie jest już zamknięta w sobie i bardziej po ludzku zaczyna patrzeć na życie. Dopiero po uzdrowieniu tych relacji pokazujemy jej dalszą perspektywę. Mówimy: "Jeżeli przyjmiesz Jezusowy przepis na życie, to powinny tobą kierować jeszcze racje religijne". Taka formacja jest jednak długim procesem i tu niczego nie da się zrobić na siłę. To tylko propozycja: "Jeśli chcesz...".

Skąd Ksiądz Biskup czerpie siłę w sytuacjach wychowawczych porażek?


Na początku takie sytuacje strasznie mnie bolały. Pan Bóg jednak tak człowieka formuje, aby nie kierował się tylko ludzkimi kryteriami. Najzabawniejsze było zawsze to, że kiedy biskup ordynariusz zapowiadał u nas swoją wizytę, połowa podopiecznych "Betanii" odchodziła i nigdy nie mogłem wykazać się "sukcesem ilościowym". To było dla mnie dobre -uświadamiało mi, że nie ja jestem najważniejszy i robię tylko to, co mogę.


Bywało też, że prowadziłem rekolekcje dla podopiecznych, aby mnie lepiej poznali, a po ich zakończeniu sześciu z nich odchodziło. Powiedziałem im wtedy: "Czyście poszaleli?! To taki jest skutek moich rekolekcji?!". A oni odpowiedzieli: "Ojcze, zaplanowaliśmy odejście przed rekolekcjami, ale zostaliśmy tych kilka dni ze względu na ojca...". Chociaż tyle dobrego dla mnie zrobili.


Kiedyś arcybiskup przyjechał na wigilię i dostrzegł moje rozżalenie, bo znów kilku narkomanów odeszło. Wtedy bardzo celnie określił charyzmat "Betanii". Powiedział, że nie jest ważne, jak długo ktoś przebywa w ośrodku, ale że tu w ogóle trafił. Nawet jeśli jest tylko godzinę, to przez ten czas rodzi się dla Pana Boga, bo nie ćpa.


W ośrodku zwykle musiałem być twardzielem, dużo mówić, celnie argumentować, aby widziano moją siłę. Kiedy jednak mijałem bramkę i już mnie nikt nie widział, czułem się tak, jakby mnie przepuszczono przez maszynkę. Wtedy już nic mnie nie interesowało, tylko żeby jak najszybciej dojechać do domu. Praca w ośrodku to potworny wysiłek. Bywa, że oni nic nie mówią, tylko siedzą i słuchają, a przecież nie możemy przesiedzieć w ciszy całej katechezy. Dla mnie dodatkowym kłopotem bywa problem z niskim ciśnieniem, więc od czternastej chce mi się spać. O piętnastej jest obiad, zaraz potem katecheza. Czasem w najtrudniejszych momentach musiałem przezwyciężać także i tę fizyczną niedyspozycję.

 

Podopieczni nie podwyższają ciśnienia?

 

Nie. "Betańczycy" ustalili, że nie wolno krytykować księży, czyli także mnie. Nie wiem, dlaczego to zrobili. Struktura "Betanii" nie jest ustanowiona jakimiś moimi nakazami. Podopieczni sami wraz z wychowawcami ustalają wewnętrzny regulamin i według niego są później rozliczani. Zdarzały się skrajności. Na przykład kiedy wspólnota mieszkała jeszcze w Częstochowie, wszyscy podopieczni codziennie chodzili na Apel Jasnogórski i na Mszę świętą. Dla uzależnionego to była potworna trudność. Człowiek zdrowy ma kłopoty z codzienną Eucharystią, a cóż dopiero ci ludzie. Miałem wątpliwości, czy taki nakaz jest słuszny, ale skoro oni tak zdecydowali... Potem jednak doszli do wniosku, że to jest ponad możliwości podopiecznych i że mam rację. Teraz Eucharystia wspólnotowa jest w piątek, a w niedzielę i święta nakazane wszyscy idą na Mszę do pobliskiego kościoła parafialnego w Mstowie lub jest ona odprawiana w ośrodku.

 

Jakie były początki "Betanii"?

 

Wszystko tworzyło się nietypowo, oddolnie. Zaczęło się od wspólnego zamieszkania przez dwóch narkomanów w domu przy ul. św. Barbary w Częstochowie. Obaj nie skończyli leczenia w Monarze. Jeden z nich już nie żyje. Nie wyszedł z uzależnienia i zmarł z przedawkowania. Drugi trwa w abstynencji, odszedł z "Betanii", założył rodzinę, mieszka na Wybrzeżu i tam pracuje w podobnym ośrodku.


Ludzie ci spotkali koleżankę będącą "na głodzie", która przyznała się, że idzie do kolegi na Raków, aby razem z nim dać sobie "złoty strzał", bo już sobie ze swoim życiem nie radzą. Zajęli się nią i zaczęli głośno prosić Pana Boga o to, żeby jej pomógł. Kiedy tak się głośno modlili, wydawało im się, że dziewczyna łatwiej znosi narkotyczny głód. Po jakimś czasie przypomnieli sobie o koledze, z którym chciała popełnić samobójstwo. Jeden więc został z dziewczyną, a drugi pojechał na Raków, ale nie zdążył. Zastał chłopaka martwego - zmarł z przedawkowania.


To doświadczenie sprawiło, że odkryli potrzebę i rolę modlitwy w życiu osób uzależnionych. Jednak nie mieli w tym kierunku żadnego przygotowania, więc spontanicznie zapraszali do siebie braci szkolnych, siostry zakonne czy też napotkanego księdza, żeby coś im powiedzieli o modlitwie i Panu Bogu. W końcu doszli do wniosku, że w ośrodku powinna być osoba, która w sposób systematyczny poprowadzi formację religijną. Zwrócili się więc z tym do nieżyjącego już bpa Tadeusza Szwagrzyka, a on poprosił mnie, bym od czasu do czasu tam poszedł jako katecheta. Najpierw pojawiałem się tam nieregularnie, później systematycznie, a potem przejąłem nad ośrodkiem opiekę duszpasterską. I tak wszedłem do wspólnoty.

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

14

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook