Gdy zachorował na raka zaczął pisać książki. I zmienił polską medycynę

WAM
(fot. Adolfo Félix / unsplash.com)

Znacie historię tego polskiego lekarza? To był wyścig z czasem. W ciągu kilkunastu miesięcy chciał zapisać wszystko, co odkrył. To, co zrobił, odmieniło życie tysięcy ludzi.

 

Kępiński pisał swoje książki właściwie do końca. W maju 1971 roku, kiedy leżał w Klinice Psychiatrycznej, której nadal był szefem, jego stan nagle się pogorszył, wystąpiła wysoka gorączka, wymioty jak przy zatruciu, szpiczak dawał przerzuty. Tracił wtedy przytomność, był bliski śmierci. W tym samym dniu przewieziono go znów do Kliniki Nefrologicznej pod opiekę prof. Zygmunta Hanickiego. Rozpoczęły się stałe dializy, trzy razy w tygodniu po dziesięć godzin.


Wrócił do Kliniki Nefrologii, do specjalnie dla niego przygotowanego pomieszczenia, skąd windą zwożono go na dializy. Cierpiał coraz bardziej, a ciągle dołączały się nowe dolegliwości - bóle, biegunki, zatrucia, wymioty, pojawiły się też dokuczliwe zmiany skórne. Znosił je z nadzwyczajną cierpliwością, bez skargi. Już nie można było tak łatwo go odwiedzać jak dotąd, jednak nadal przyjmował nie tylko gości, ale także swoich wieloletnich pacjentów. Interesował się ich sprawami, wspierał, nawet starał się być towarzyski i nie dawał im odczuć, jak bardzo cierpi.

 

Był otoczony dowodami pamięci swoich pacjentów i przyjaciół - kwiatami polnymi, które lubił, bibelotami, drobiazgami. Z całej Polski napływały do niego listy i kartki z życzeniami, często pogodne, humorystyczne czy naiwne - laurki, wierszyki. Czytał wszystkie uważnie.


Mimo dolegliwości i osłabienia chciał wziąć udział w badaniach chorych dializowanych, jakie wówczas w tej Klinice prowadzono, rozmawiał z prof. Hanickim o przygotowaniu wspólnej publikacji nefrologiczno-psychiatrycznej na ten temat. Skupiał się jednak głównie na pisaniu swoich książek, pracował nad nimi coraz intensywniej, chociaż, jak opowiadali potem ci, którzy wtedy się nim opiekowali, miał obolałe ręce, w klawisze maszyny uderzał dopiero po rozmasowaniu palców, a pióra już nie mógł utrzymać. Jego mózg jednak nadal dobrze funkcjonował, a pamięć jakby się jeszcze wyostrzyła i zwiększyła zdolność percepcji, kojarzenia, syntezy.


"Każdą chwilę wykorzystywał na przygotowanie swych książek do druku - potwierdza prof. Bomba. - Ale też na pisanie tekstów nowych, takich jak wspólny z prof. Hanickim artykuł o stresie w śmiertelnej chorobie i o zależności chorego od urządzenia technicznego podtrzymującego życie. Pamiętam Jego postępujące wyniszczenie, ból kości atakowanych przez szpiczaka, osłabienie i (...) kpiarski stosunek do tego wszystkiego. Siedział w fotelu odziany w szlafrok osłaniający niezbyt dokładnie ortopedyczny gorset, który utrzymywał go w pionie. Do gorsetu przypiął świeżo otrzymany order Polonia Restituta. Na głowie miał czerwony fez z czarnym frędzlem". Czyżby chciał i teraz zakpić z siebie i z okoliczności, w jakich się znalazł? Był w końcu znany z autoironii.

 

Pisał jednak nadal, całkiem oddał się pisaniu swych książek, uważał pewnie, że to jest teraz najważniejsze. "Człowiek (...) chce swój porządek zaszczepić w otoczenie, zostawić po sobie ślad, nie umrzeć całkowicie (...) Każdy wysiłek włożony w pracę jest wkładem w ten ogólnoludzki i swoiście nieśmiertelny zbiór informacji, stanowiący kulturę (...) człowiek jest jakby podwójnie przed śmiercią zabezpieczony, przez nieśmiertelność swej substancji genetycznej i przez nieśmiertelność kultury, którą stwarza". Walczył z czasem. Chciał zdążyć przekazać ludziom to, co uznał za najistotniejsze, pozostawić im zdobytą wiedzę, doświadczenie, bo uważał, że są im potrzebne.

 

Pracował nadal, pokonując ból, o czym z podziwem opowiadał już po jego śmierci prof. Hanicki w audycji radiowej: "Antoś obolałymi palcami stukający na maszynie to, co dzisiaj czytamy (...) uśmiechnięty, nigdy się nie skarżący (...), żeby nie sprawić przykrości tym, którzy się nim opiekowali, śmiejący się z wierszyków, które do siebie pisaliśmy (...) Ta choroba, która głęboko zaburzyła jego metabolizm, nie tylko nie zakłóciła metabolizmu jego mózgu, nie tylko nie zdusiła jego psyche, ale przeciwnie (...) otwarła najszerzej jego pamięć, odkryła najgłębsze pokłady jego doświadczeń, umożliwiła spojrzenie i z bliska, i z dystansu, szczegółowo i ogarniająco, zwielokrotniła jego siły duchowe. Musiało się uwierzyć, że trzeba dać szansę na przekazanie tego wszystkiego, co w jego wnętrzu się rodziło, przez wiele lat gotowało, kipiało, przetrawiało i dojrzewało (...) aby mógł wyrzucić z siebie, oddać ludziom to, co w ciągu życia nagromadził i przemyślał".

 

Antoni Kępiński


Był jednak coraz słabszy, coraz bardziej cierpiący, toteż od początku 1972 roku próbowano już ograniczać liczbę odwiedzających go osób, bo wizyty stały się dla niego zbyt męczące. Chyba nie wiedział o tym, że na drzwiach od zewnątrz lekarze przyklejali kartki: "Ludzie!!! Zlitujcie się! Nie odwiedzajcie go!!!". "Stan chorego ciężki". "Z przykrością zawiadamiam, że mimo imienin nikogo z miłych gości przyjąć nie możemy. Proszę nie stukać!". Zostawiali więc pod drzwiami kwiatki, liściki, wierszyki, życzenia, świeży wiejski chleb i odchodzili.

 

A on pisał. W czasie choroby Kępiński nie tylko opracował i przygotował do druku wcześniej napisane teksty, ale też napisał nowe książki, które przyniosły mu największą popularność, także poza środowiskiem psychiatrycznym: Schizofrenię, Melancholię i Lęk, a potem jeszcze Psychopatie.

 

* * *

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.81

Liczba głosów:

21

 

 

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook