Jezus historyczny – w stronę chrześcijaństwa z ludzką twarzą

Znak

Do pewnego stopnia konieczne jest „odreligijnienie” postaci Jezusa, bo wyniesiona zbyt wysoko traci ludzkie kontury, staje się Bogiem na miarę ludzkich wyobrażeń o Bogu, które – z konieczności skrzywione – dodatkowo jeszcze przesłaniają Jego człowieczeństwo.

 

W dyskusji, jaka toczy się na łamach „Znaku” wokół najnowszych badań nad historią początków chrześcijaństwa, głos merytorycznej analizy spotyka się z tendencją apologetyczną. Niepokój polemistów jest jakoś zrozumiały: nie było jeszcze takiego wyzwania, jakie dziś stawiają tradycji chrześcijańskiej badania historyczne zwane „trzecim poszukiwaniem” (third quest). Byłoby jednak błędem uchylać się przed stanięciem oko w oko z nową interpretacją początków chrześcijaństwa. Potrzeba otwartości, która unika sprowadzania wszystkiego do własnych kategorii – toleruje odmienność perspektywy. „Nie ma nic trudniejszego, ale też nic bardziej podstawowego i koniecznego niż myślenie wbrew sobie” – pisał Charles Péguy. Jeśli tego zabraknie, celem zabiegów polemicznych stanie się już tylko neutralizacja niepokojących kwestii.


Już wiem, co wiem

 

Głębszej refleksji wymaga najpierw reguła badań historycznych, która zakazuje myślenia o przebiegu wydarzeń z perspektywy ich rezultatu końcowego: wyklucza ona przypisywanie postaci historycznej idei, które zrodziły się po jej śmierci. Trzeba się zdecydować, czy to założenie ma sens, i wtedy zaakceptować jego konsekwencje. Jeśli zaś nie ma ono sensu, należałoby to jakoś uzasadnić. W tej kwestii nie wszyscy autorzy kwietniowego numeru „Znaku” zajmują czytelne stanowisko.


Zawieszanie własnych przedzałożeń – chleb powszedni hermeneutycznego rzemiosła – to warunek konieczny rozumienia. Kiedy bowiem już wiemy, jak jest, wtedy dalsze badanie staje się iluzją, utwierdzaniem się we wcześniej powziętym przekonaniu. Powiedzenie: „Bóg pisał prosto po krzywych ścieżkach mego życia”, owa konstatacja ex post sensu wcześniejszych wydarzeń, bynajmniej nie jest prezentacją ich pierwotnego znaczenia. Jest nadaniem im nowego sensu. Ex post bowiem dopowiada coś, czego wcześniej nie było. Nadawanie nowych znaczeń jest, oczywiście, uprawnione, pod warunkiem jednak, iż wiemy, że interpretujemy.


Dla przykładu: socjologiczna i psychologiczna analiza procesu wtórnego ureligijnienia i ubóstwienia postaci Jezusa w pierwszych pokoleniach chrześcijan (dzieło Gerda Theissena, w Polsce popularyzowane przez Tomasza Polaka) wynika z założenia, że po Jego śmierci wpływ na to, co o Nim mówiono, miały także potrzeby środowiska uczniów: emocjonalne i społeczne, organizacyjne i dyscyplinarne. Stąd tego typu rekonstrukcja historyczna ucieka przed przyjmowaniem za prawdziwą i bezalternatywną interpretacji zapisanej w dogmacie, który ukształtował się pod koniec pierwszego wieku jako rezultat (!) złożonych procesów religijno-społecznych.


Asystencja Ducha Świętego

 

Jezus nie tworzył świata, który powstał po Jego śmierci. Tworzyli go inni ludzie, żywi, z krwi i kości, a więc podlegli nie tylko Duchowi Świętemu (w co wierzą chrześcijanie), lecz także uwarunkowaniom kulturowym, socjologicznym i psychologicznym swojej epoki. Były tam tarcia, możliwe były różne drogi interpretacji przesłania Jezusa.


Czy jednak takie rekonstrukcje nie naruszają „depozytu wiary”? Otóż niekoniecznie, choć domagają się jakiejś reinterpretacji. Jedno jest pewne: ogólna przesłanka, że całość historii Kościoła była dziełem Ducha – jako założenie dogmatyczne – nie może być przesłanką dla badania historycznego. Tego typu założenie pojawia się w tekście ks. Henryka Witczyka, kiedy stwierdza on, że popaschalna ewolucja świadomości uczniów Jezusa była pogłębianiem rozumienia prawdy o Jezusie (już wcześniej obecnej), a nie nadawaniem nowego sensu. Twierdzenie to jest w istocie wyznaniem wiary w bezpośrednie zaangażowanie Bóstwa w wydarzenie Jezusa. Nie sposób go skutecznie dowodzić, bo jest z innego porządku. To decyzja konfesyjna, stwierdzenie w rodzaju: „Pan Bóg pisał prosto po krzywych liniach mego życia”. Z punktu widzenia logiki badania historycznego jest ona nadaniem nowego sensu, interpretacją przenoszącą późniejszy stan świadomości na wcześniejsze wydarzenia. A tego badanie historyczne zakazuje.


Obydwa podejścia wykluczają się w ramach jednej metodologii, mogą jednak współwystępować, na wzór modelu chalcedońskiego: czym innym jest badana naukowo historia ewolucji chrześcijańskich grup religijnych z I wieku, a czym innym przyjmowana na wiarę boska logika dziejów Ducha (w tym sensie Tomasz z Akwinu odróżniał teologię od filozofii – zob. I pars, q. 1, a. 2). Tego jednak ks. Witczyk nie akceptuje, kiedy w lekceważącym tonie odmawia wartości pytaniu o możliwe przyczyny ludzkie (psychologiczne, socjologiczne, kulturowe), sterujące procesami wewnątrz grupy uczniów Jezusa po Jego śmierci. Zgodność ludzkiego z boskim prowadzi u niego do usunięcia z pola widzenia wszystkiego, co ludzkie, a odkrywania jedynie logiki działania boskiego, z założenia zresztą nieróżniącej się od tradycyjnej katolickiej dogmatyki. Temu też zostaje instrumentalnie podporządkowana Gadamerowska Wirkungsgeschichte. Staje się ona sposobem na „ucieczkę do przodu”, by patrzeć już tylko na wynik (rezultat oddziaływania tekstu jako całości), a nie na proces doń prowadzący.


Ginące człowieczeństwo

 

Gubienie wymiaru ludzkiego w iluzyjnym wyobrażeniu boskości, gdzie wielkie słowa, takie jak działanie Boga, inspiracja Ducha Świętego, natchnienie, zasłaniają ludzkie uwarunkowania, to trwała tendencja katolicyzmu. Rzecz dotyczy zarówno mówienia o wspólnotach chrześcijańskich pierwszych wieków, jak i stylu wypowiedzi o współczesnym Kościele, który niekiedy przedstawia siebie jako instytucję tak bardzo nadprzyrodzoną, że niepodlegającą właściwie prawom ludzkim: socjologicznym, ekonomicznym, psychologicznym.


Przy takim nastawieniu rekonstrukcja kontekstu kulturowego, socjologicznego i psychologicznego ewolucji grup uczniów Jezusa odbierana jest jako zagrożenie dla realności działania Ducha. Gdy jednak gubimy człowieczeństwo uczniów Jezusa, pozostaje nam już tylko logika dziejów Ducha Świętego. Filozofia Hegla – szczytowe osiągnięcie tego typu myślenia o obecności Boga w świecie – jest tu dobrą ilustracją. Wsparta słynną formułą: „tym gorzej dla faktów”, przemienia religię w ideologię, tj. doktrynę na użytek władzy. Tej osobliwej gnozie ulegają teologowie (i egzegeci), jeśli nie dość konsekwentnie odróżniają wiarę od wiedzy.


Tymczasem, zgodnie z katolicką tradycją, przyczyny naturalne nie znoszą nadprzyrodzonych. I vice versa. Podobne zasady obowiązują w katolickim rozumieniu natchnienia biblijnego. Tomasz z Akwinu twierdził, że wiara nie bierze się z widzenia (wierzyć to „przystać na to, co nie jawi się człowiekowi w żaden sposób” – assentire non apparentibus). Wszystkie te dyrektywy teologiczne są ekstrapolacją dogmatu chalcedońskiego. Stąd teza o procesie wtórnego wyniesienia i ubóstwienia postaci Jezusa z uwagi na konieczność uwolnienia napięcia powstałego w grupie Jego uczniów na tle ich rozczarowania klęską Mistrza i wyrzutów sumienia z powodu popełnionej zdrady nie jest z konieczności sprzeczna z dogmatem katolickim, bo nie jest tezą negującą boskość Jezusa. Stanowi jedynie odtworzenie kontekstu ludzkiego. Natura nie usuwa łaski – jedno drugiemu się nie sprzeciwia, jeśli tylko mamy łaskę wiary. Wiara jest jednak czymś innym aniżeli motywowaną religijnie manierą nieprzyjmowania do wiadomości niewygodnych pytań.

1 2  
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

2

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook