Logo źródła: Dziennik Polski Alicja i Zbigniew Bartuś / "Dziennik Polski"

Pytają mnie o to w kółko, że tu były więzień, a gra oprawcę, a ja odpowiadam szczerze: nie miałem z tym problemu, absolutnie żadnego obciążenia. Nie robiło mi żadnej różnicy granie kardynała, generała, złodzieja czy esesmana - rozmowa z Augustem Kowalczykiem, aktorem, uciekinierem z KL Auschwitz.

August Kowalczyk: Pewien rybak narzekał kiedyś w Ustce: "Panie, ja przez pana nie mogę telewizji oglądać! Jak moja żona pana zobaczy, to zaraz cała roztrzęsiona wyłącza telewizor i krzyczy, że nie będzie patrzeć na tego bandytę!". Byłem zachwycony. O to szło.

Nie. Bo w ogóle nie w tym rzecz. Ludziom się wydaje, że skoro ja tych zbrodniarzy widziałem, to mogę ich teraz naśladować. To nieprawda. Ja ich zachowań nie pamiętam. Zapamiętałem za to doskonale, jakie emocje, reakcje, jaki strach budzili we mnie. Grając te postaci starałem się u publiczności wywołać takie same emocje. I to jest cała tajemnica.

Pytają mnie o to w kółko, że tu były więzień, a gra oprawcę, a ja odpowiadam szczerze: nie miałem z tym problemu, absolutnie żadnego obciążenia. Nie robiło mi żadnej różnicy granie kardynała, generała, złodzieja czy esesmana.

DEON.PL POLECA

Z końcem kwietnia 1942 roku do Auschwitz przyjechało gestapo. Sprawdzali kartoteki obozowe. Około pięciuset więźniów, w tym mnie, "udekorowali" specjalnym czerwonym punktem, co oznaczało, że nasz powrót z obozu jest niepożądany. To były w rzeczywistości wyroki śmierci. Początkowo nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Ale jak wzięli piątkę, potem piętnastkę, a potem kolejną grupę - odczytywali im wyrok śmierci i rozstrzeliwali, nie było wątpliwości, co nas wszystkich czeka.

Postanowiliście uciec.

To była jedyna szansa na przeżycie. Pod koniec maja Mietek Kawecki spytał mnie, czy włączyłbym się do ucieczki. Nie było czasu na przygotowania.

Mietek tego nie przeżył. Zastrzelili go, podobnie jak 12 innych uciekinierów. Kolejnych dwudziestu złapali, a potem jeszcze siedmiu. Przeżyło nas dwóch. Ja i Tadeusz Chruściński. Pozostałych w obozie 320 więźniów, oznaczonych czerwonymi punktami, następnego dnia zagazowano w Białym Domku.

Zrzuciłem ubranie i buty w różnych kierunkach, żeby zmylić psy. Znalazły mnie miejscowe kobiety, dały kobiece przebranie, wskazały schronienie. Ukrywałem się siedem tygodni na poddaszu domu w podoświęcimskich Bojszowach. Później z fałszywymi dokumentami wyjechałem na Śląsk, po czym dotarłem do Krakowa.

To ciekawe, ale kiedy uciekałem, nie bałem się. Strach pojawił się po trzech miesiącach, zaczęły mnie nawiedzać koszmary, że mnie gonią, łapią, sprawdzają wytatuowany numer...

Było to wiele lat po wojnie. Przyszedł kierownik produkcji filmu, usiadł na fotelu i mówi: "Tyle się pana naoglądałem w mundurze esesmana, a więźnia nigdy pan nie zagrał". Niemcy się kłaniają i zapraszają pana na zdjęcia próbne. A ja wtedy grałem Mefista w "Fauście", więc łeb miałem ogolony...

Robiliśmy zdjęcia w Auschwitz. Rozmawiam o roli. Niemka wybiera mi pasiak. I nie pozwala założyć skórzanych butów, identycznych jak te, które miałem w obozie! Mówi, że wie lepiej, jakie buty noszono w Auschwitz, jakie ubrania, gdzie trzeba przyszyć numer na pasiaku. Ma dokumentację. Wskazuje na stos drewnianych chodaków. No to ja wyciągam z portfela obozowe zdjęcie, zrobione parę bloków dalej. Przymocowuję do lustra. "Oto moja dokumentacja. Nr 6804" - mówię. Bardzo się speszyła.

Kostium i ruch nagle wszystko ożywiły. Muzeum stało się na powrót Konzentrationslager Auschwitz. Dziwnie się poczułem, patrząc na mój pasiak. Wróciłem do obozowego rytmu: "biegiem marsz!" Po ostatnim dniu zdjęciowym, już w hotelu, kolacja. Czarny kawior, grzanki, masło... Jedna, druga wódka... Wszystko, co najlepsze, a ja nic nie czuję. Ogrania mnie niepokój. Wstaję od stolika. Idę do pokoju. Siadam i zaczynam płakać. To był gwałtowny szloch, nie do opanowania. Narodził się gdzieś w podświadomości. Chyba z nim jeździłem przez te cztery dni. Aż na koniec mnie dopadł. Trwało to może kwadrans. Potem zszedłem na dół. W porządku.

Sprawa imion została załatwiona w ten sposób, że ojciec położył mnie, noworodka, pytając, "Co on tu ma?". Dlatego nie zostałem Marią. Mam na drugie Marian. Gustaw też mu nie leżało, więc kompromisowo zostałam Augustem.

Mama miała problemy zdrowotne i obiecała, że jak wszystko będzie dobrze, to jej pierworodny zostanie księdzem. Obiecała Matce Boskiej. A ja to potem jakoś naturalnie przyjąłem. Byłem ministrantem, mieliśmy bardzo dobrych katechetów...

Wojna.

Też.

Pisarzem. Ale w październiku Mieczysław Kotlarczyk zaangażował mnie do Teatru Rapsodycznego. Zostałem tam 8 lat.

Przynależność do zespołu Rapsodycznego dawała faktycznie poczucie wyjątkowości. A Kotlarczyk był wspaniałym aktorem, reżyserem - i nauczycielem.

Szybko zadebiutował Pan w filmie. 1953: "Piątka z ulicy Barskiej". Dawało to frajdę? Sławę?

Autentyczna robota była w teatrze, ale w sensie przygody większą frajdę dawał film. Przyjeżdżali koledzy z całej Polski. Spotykamy się na pół roku, na rok i zaczyna nas coś łączyć. Powstawała taka półrodzina. W teatrze jest inaczej. Czeka się na moment premiery i podpatruje. Ciekawe historie. Np. Bronek Pawlik na pierwszej próbie dukał rolę, jakby był półanalfabetą, a kiedy dochodziło do premiery, miał fantastycznie zrobioną postać.

Po raz pierwszy zaznałem jej w 1955 r. W Warszawie był wtedy światowy kongres młodzieży. Na placu przed nowo wybudowanym Pałacem Kultury zebrało się mnóstwo młodych w narodowych strojach. Idę tam, a mnie wszyscy całują i obłapiają. Okazało się, że przed wyjazdem na festiwal każda delegacja przychodziła do ambasady i tam wyświetlali im "Piątkę". Ja grałem Zenona - pierwsza rola i od razu szwarccharakter. To zawsze ciekawsze niż papierowe amanty. Wszyscy mnie znali. No i tak poznałem drugą żonę, Gabrielę, córkę ministra. Też obejrzała ten film we włoskiej ambasadzie. Była wtedy mężatką...

 

Tak. Ja, były więzień Auschwitz, akowiec, uznałem, że to jest moja Polska i innej nie ma. I nie będzie innej władzy, więc trzeba się z tą jakoś ułożyć. Ale oni i tak niszczyli mi repertuar. Kiedy zaraz po wypadkach na Wybrzeżu w 1970 zrobiłem "Śmierć gubernatora" - nie dali mi tego grać. W sztuce "Podporucznik Kiże" Tynianowa wymyśliłem scenografię - jedno okno, którego wielkość się zmieniała. Im dalej od Petersburga, im bliżej Syberii, tym stawało się mniejsze. Świetne kostiumy. Historia Rosji. Zdjęli. Cenzura mówi mi: "Wszystko dobrze, towarzyszu Kowalczyk, ale jest taki układ, że nie będziecie tego grać."

Tak. Ale tylko tacy ludzie, jak Bryll czy Wańkowicz nie podlegali cenzurze. Ich władza mogła co najwyżej posadzić, przypuszczałam nawet, że oni by tego chcieli. Byli niezwykle popularni. Z drugiej strony ich sztuka to była sztuka nie opozycji, tylko protestu. Władza takich potrzebowała, żeby utrzymać jako taką opinię w świecie.

Zdarzały się dziwne rzeczy. Kiedy zostałem szefem artystycznym warszawskiego Teatru Polskiego, ogłosiłem obsadę "Marii Stuart": tytułową rolę miała zagrać Elżbieta Barszczewska. Nie wiedziałem, że ta rola jest "od zawsze" zarezerwowana dla Niny Andrycz. Była wtedy akurat po rozwodzie z premierem Cyrankiewiczem. Chciałem ją obsadzić w roli królowej Elżbiety. Wybuchła awantura. Andrycz chodziła po sekretarzach. Żeby zrobić na złość premierowi, po raz pierwszy na afiszu w Katowicach użyła podwójnego nazwiska Andrycz-Cyrankiewicz. No i dzwoni do mnie sekretarka ministra kultury Lucjana Motyki, abym się pofatygował do niego. Poszedłem, a ten mówi: "Andrycz nie daje Józkowi spokoju. Twierdzi, że pan jej odebrał rolę. Musimy coś zrobić".

Pomysł był taki. Powiem Ninie Andrycz, że muszę zrobić nowe tłumaczenie "Marii Stuart". To nam da czas. Erwin Axer ma dwie wspaniałe aktorki: Halinę Mikołajską i Zofię Mrozowską. Motyka poprosi Erwina, żeby to on wystawił "Marię Stuart". A wtedy było tak, że jak w jednym teatrze grali jakąś sztukę, to w drugim nie można było zrobić tego samego. Nie wystawiłem "Marii Stuart", ale za to Andrycz się uspokoiła.

Mam dwóch takich patronów bliskich mi - jednym jest właśnie Augustyn, drugim - Majakowski.

I właśnie dlatego jest mi taki bliski. Wiecznie w drodze, poszukujący. W miarę upływu lat coraz bardziej żałuję, że brakowało pewnego ładu moralnego w moim życiu.

...koniecznie chciałem się ożenić, aby mieć dom. Pamiętam taki obrazek: Częstochowa, niedziela, cukiernia, gdzie małżeństwa po mszy przychodzą po ciastka. Mąż niesie paczkę zawiązaną kokardką. To był mój ideał.

Nie znam drugiego tak niedobranego i nieudanego małżeństwa jak moi rodzice. Bez przerwy byli w separacji, tyle że się nie rozwiedli. Ojciec przez 30 lat mieszkał w Lublinie, mama w Krakowie, potem na wsi. Na 50-lecie małżeństwa ojciec zjawił się nagle - prosić o rozwód. Mama nie wpuściła go nawet przez furtkę. Ojciec był mocno zaprzyjaźniony z żoną tragicznie zmarłego przyjaciela. To była jego ostatnia miłość. Kiedy ciężko zachorowała, przez 5 lat się nią opiekował.

Pana pierwsze małżeństwo trwało siedem lat, w następnym wytrwał Pan 17, w trzecim 10, od dziesięciu lat jest Pan z czwartą żoną. Pierwsza żona zmarła, a jak to było z następnymi?

Gabriela była prawniczką, a prywatnie córką ministra przemysłu lekkiego Eugeniusza Stawińskiego. Wyszła za mąż, a ojciec urządził zięcia na placówce w konsulacie we Włoszech. Na wspomnianym już wcześniej pokazie, w tymże konsulacie, Gabriela zobaczyła mnie po raz pierwszy - w "Piątce z ulicy Barskiej". Kiedy przyjechała na urlop do Polski, siostra wzięła ją do teatru na komedię "Gdzie ta ulica, gdzie ten dom". Tam zobaczyła mnie znowu...

Tak. Wróciła do kraju. Potem urodził się nasz syn. Chciałem na cały Kraków krzyczeć, taki byłem szczęśliwy. Prałem pieluchy, gotowałem butelki. Wszyscy mówili z zazdrością: ożenił się z córką ministra.

Właśnie. A ja dopiero, kiedy Marcin skończył 8 miesięcy, wymogłem na teściu przydział na pralkę frania.

Bywało. Ale żeby pieluchy załatwić tetrowe, nieflanelowe, musiałem się mocno nastarać. A potem, kiedy byłem już z trzecią żoną, Krystyną Królówną...

 

...niezapomnianą Hanką Borynową z "Chłopów"; Pan grał tam wójta...

...miałem ciekawy układ dotyczący mięsa. Do naszego mieszkania na Nowolipie przyszła kobieta, która przedstawiła się jako była więźniarka Ravens-brück. "Postanowiłam, że ludzie nie mogą być głodni" - oświadczyła. Dostarczała mięso mieszkańcom dwóch czy trzech klatek. Miała za sobą wielki dramat. Po wojnie zaopiekowała się żydowskim chłopcem z Węgier. Matka tego chłopca, wówczas dwuletniego, została ranna tuż przed wyzwoleniem obozu, przed śmiercią błagała, by zająć się jej dzieckiem. Polka je zabrała, wychowywała. Ona i mąż to byli bardzo prości ludzie. Pewnego dnia zjawił się tatuś tego chłopca. I świat im się zawalił. Dzieciak był wtedy w trzeciej klasie podstawówki. Któregoś dnia węgierski ojciec, wbrew wcześniejszym deklaracjom, odebrał syna ze szkoły. I kamień w wodę. Nigdy już dziecka nie zobaczyła.

Przychodziła do jednego sklepu, kupowała flaki byle jakie, czyściła je, gotowała, przyprawiała i zanosiła do innego sklepu. Tam dostawała za nie mięso, jakie chciała.

Ślub wzięliśmy dopiero, kiedy nasz syn miał 5 lat. Pamiętam jak dziś: wybieramy się do Urzędu Stanu Cywilnego i szukamy Marcina po całym mieszkaniu. Otwieram jedne drzwi, drugie i wreszcie jest. W łazience. Mówię: Synku, bądź grzeczny. Wrócimy za godzinkę. "A gdzie idziecie?" - pyta. Do USC. "A po co?" - docieka. Wziąć ślub. On na to: "Tu mam małpkę, tu mam misia, a tu kręconego fisia". Reakcja 5-letniego dziecka na naszą decyzję o małżeństwie.

Z poczucia odpowiedzialności. Musiałem długo walczyć z przyszłym teściem, bo nie chciał się zgodzić na nasz związek. Z Gabrielą byłem 17 lat. Przez ostatnich siedem miałem obóz, a nie dom.

Kiedy kierowałem Teatrem Mickiewicza w Częstochowie wdałem się w romans z aktorką. Okazała się myśliwym. Ja byłem jej zwierzyną. Ona sobie wyobraziła, ze zaprzyjaźni się z moją żoną i jej opowie, co miedzy nami jest i wtedy moja żona wystawi za drzwi moje walizki, a wtedy ja do niej przyjdę. Tak się nie stało. Żona mnie nie wyrzuciła, ale nigdy mi nie darowała tego romansu.

Najpierw mnie interesowała tylko jako aktorka. To było takie stopniowe wchodzenie w związek. Uznanie dla jej aktorstwa, potem fascynacja aktorstwem, potem to już był chyba flirt, aż w pewnym momencie ona mi powiedziała, że chyba zanosi się na coś poważnego... Po tej rozmowie dostałem zawału.

Nie miałem świadomości, że jestem chory. Coś się zaczęło dziać niedobrego, zadzwoniłem z domu do teatru, przysłali samochód, zawieźli do szpitala i okazało się, że to zawał. Był 1974 rok.

To było 10 lat wspaniałego małżeństwa. Jednak nagle przyszedł ktoś inny, 13 lat młodszy od niej, zaufała mu. Zapytałem ją tylko w spokojnej rozmowie, czy to jest romans, czy miłość. Powiedziała, że miłość. Odeszła.

Nie akceptowała ich. Była takim generałem. Wiedziała najlepiej, jak się wychowuje dziecko, co ono powinno jeść, kiedy powinno spać, "ten rondelek nie powinien tu wisieć". Typowa teściowa ze strony syna. Matka żony nie jest w stanie osiągnąć takiej precyzji. Było dramatycznie. Z jednej strony żona, z drugiej mama, a pośrodku ja.

Bo nie dało się już niczego naprawić miedzy nami. Czułem, że nie zdążyłem jej wszystkiego powiedzieć i pewnych rzeczy wyjaśnić. Potem to wszystko przerzuciło się na ojca. On dożył 96 lat. Dzwoniłem do niego codziennie, każdego wieczoru pytałem, jak minął dzień. Kiedy umarł, zrozumiałem, że jak się starci obojga rodziców, to człowiek czuje się naprawdę sierotą, bez względu na to, ile ma lat.

Mój życiorys wydał mi się nagle zbyt uładzony. Zawsze pisałem o obozie, dochodziłem do przysięgi w AK... Bohaterszczyzna i koniec. Zdałem sobie sprawę, że to fałsz. Przecież życie prawdziwe, niby bezpieczniejsze, ale o wiele trudniejsze, zaczęło się potem, kiedy przyszyła wolność.

Człowiek nigdy nie wie, co go w życiu spotka. I kiedy. Jak miałem 63 lata - byłem już wtedy na emeryturze, przekonany, że wszystko ciekawe za mną - zdarzyło się coś najbardziej niezwykłego w moim życiu. I trwało 10 lat. Miłość. Wszystko, co napisałem, powstało dzięki kobiecie, którą wówczas poznałem.

Wrażliwością, wyobraźnią, potem śmiałością. Była moją połówką. Jadąc z Warszawy do Krakowa, potrafiliśmy rozmawiać własnym językiem o intymnych sprawach, a nikt nie wiedział, o czym mówimy. Stworzyliśmy słownik znany tylko nam. Było to dla mnie absolutnie niezwykłe. Miałem 63 lata, a jednak sfera fizyczna we mnie rozkwitła. Intymność pozwalała nam na odkrycie czegoś nowego, doświadczenie czegoś niezwykłego. Dochodziło do zaskakujących historii, takiej ekscytacji fizycznej kończącej się rekolekcjami we dwoje. Tyle że to wszystko zdarzyło się za późno. Ona była mężatką, kilka razy bliską decyzji o rozwodzie, ale nie zrobiła tego. Z powodu dzieci.

Wisiały u mnie dwa zasuszone bukiety: moje 63 róże i jej 63 róże. I przyszedł taki moment, że spaliłem oba.

Ogromną. Trzeba się było z tym uporać. Mam taką naturę, że jeżeli nawet największa miłość się kończy, to nie ma powrotu. Można wyć z tego powodu. Przetrwać pomogły mi wiersze.

Alfred Przybylski, były więzień Auschwitz, wciągnął mnie w więźniarski krąg. Przyszedłem do Klubu Oświęcimiaków w Warszawie. Mija mnie jeden z laską, drugi z dwoma, ten znowu kuśtyka. Trochę mi było wstyd, że się tak dobrze trzymam. Zacząłem działać w Towarzystwie Opieki nad Oświęcimiem.

Robię to, by dać świadectwo, jak żyć po Auschwitz. Doszedłem do wniosku, że przyjeżdżam do Oświęcimia, bo szukam siebie. Nigdy nie miałem na to czasu.

Znajduję. Bywam bardzo szczęśliwy. A czasem przychodzą okresy, gdy człowiek popełnia wiele błędów i bywa przez to bardzo nieszczęśliwy. Bo wartości mu się pomieszały. Ale przychodzi następny dzień...

Właśnie i znów za sprawą miłości, której na imię Eugenia.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Jest po co żyć
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.