MAK: w polskim raporcie nic nowego

Załoga Tu-154 podejmowała niewłaściwe decyzje, chciała lądować, skoro zeszła poniżej 100 m.; obecność gen. Andrzeja Błasika w kokpicie była bezpośrednią presją, a na rosyjskich kontrolerów presji nie było - twierdzi MAK, komentując polski raport o 10 kwietnia.

 

Zarazem MAK podtrzymał ustalenia swego raportu, że po stronie rosyjskiej także były uchybienia, ale żadne z nich nie stanowiło bezpośredniej przyczyny katastrofy smoleńskiej. Przyznano, że dane o kursie i ścieżce przekazywane załodze przez kontrolerów nie były ścisłe, jednak według MAK odchylenia mieściły się w normach. Według MAK także informacja, że kontroler na wieży utwierdzał załogę, że leci prawidłowo, nie znalazła potwierdzenia w faktach.

We wtorek w siedzibie Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego wiceszef MAK Oleg Jermołow, szef komisji technicznej MAK Aleksiej Morozow oraz rosyjscy eksperci komentowali ogłoszony w piątek w Warszawie raport z badania katastrofy smoleńskiej autorstwa Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, który większość odpowiedzialności za katastrofę przypisał stronie polskiej, ale dopatrzył się też jej po stronie rosyjskiej - gdy chodzi o pracę kontrolerów ze Smoleńska oraz przygotowanie tamtejszego lotniska.

- Komitet przestudiował zarówno polski raport, jak i piątkową prezentację komisji oraz publikacje prasowe i wpisy na forach internetowych poświęcone tej sprawie - oświadczył Jermołow.

Polski raport Komitet uznaje za "wewnętrzny dokument" strony polskiej, zaś raport MAK - jak podkreślano na konferencji prasowej - jest jedynym prawnym dokumentem z badania katastrofy, bo to MAK działał na podstawie 13 załącznika Konwencji Chicagowskiej, a Polska wyraziła na to zgodę. Według Morozowa, w polskim dokumencie nie ma niczego nowego wobec uwag, jakie Polska przedstawiła zimą do raportu MAK, zaprezentowanego w styczniu tego roku. Jak dodawał, MAK nie uwzględnił tych uwag w swoim raporcie, bo uznał, że "nie miały one charakteru technicznego", ale uwagi te są "nieodłączną częścią" raportu MAK z badania katastrofy smoleńskiej.

Co do głównej przyczyny katastrofy - zejścia poniżej minimalnej wysokości oraz niepodjęcia na czas przez załogę decyzji o odejściu - oba raporty są zgodne - zauważył we wtorek Morozow. Jego zdaniem, strona polska "nie potrafi albo nie chce" przyznać, że lot do Smoleńska według rosyjskich reguł miał status lotu "międzynarodowego nieregularnego", co w kontekście tej sprawy oznacza, że nie było możliwości zamknięcia lotniska 10 kwietnia, zaś samo lotnisko Smoleńsk Siewiernyj było "otwarte i działające", a nie "czasowe otwarte" - jak podawał polski raport.

Morozow poinformował też, że MAK nie przesłał raportu z badania katastrofy smoleńskiej międzynarodowej organizacji lotnictwa cywilnego ICAO, bo - według MAK - polski samolot i lot do Smoleńska nie miały charakteru lotu cywilnego, co nakładałoby taki obowiązek.

Rozbieżności między wynikami badań komisji Jerzego Millera i MAK co do niektórych innych okoliczności pozostały. Według polskiej komisji piloci "nie byli samobójcami" i próbowali wykonać manewr odejścia, co okazało się jednak niemożliwe. Morozow oświadczył, że MAK pozostaje przy własnym ustaleniu: polska załoga Tu-154M podeszła do lądowania, podejmowała niewłaściwe decyzje i nie mogła ich zrealizować.

Rosyjscy eksperci uznali też, że nie ma "obiektywnego dowodu", by załoga wcisnęła przycisk "uchod", który powoduje włączenie automatu ciągu i automatyczne odejście samolotu na drugi krąg, bo rejestratory samolotu tego nie zapisują. Za taki dowód polska komisja uznaje przeprowadzone na polskim TU-154M nr boczny 102 eksperymentalne odejście automatyczne. Dla MAK - jak mówił Morozow - to tylko hipoteza, a nie twardy dowód.

Członek MAK, doświadczony pilot Ruben Jesajan poinformował, że "uchod" mógłby zadziałać, gdyby lotnisko w Smoleńsku było wyposażone w system precyzyjnego lądowania (ILS). - Zatem wciśnięcie "uchodu" nie miało wpływu na samolot - powiedział. Jak mówił, "jedynym wytłumaczeniem" działania kapitana samolotu było to, że dopiero w ostatniej chwili zobaczył ziemię i wtedy zrezygnował z lądowania - do którego wcześniej prowadził maszynę. - Dopiero wtedy zobaczył, w jak krytycznej jest sytuacji - powiedział.

Jak wyjaśniał Morozow, gdyby załoga miała zamiar odejścia na drugi krąg, powinna skorygować "reżim silników" już na wysokości 200 m. - Odejście powinno mieć miejsce przy ostrzeżeniach TAWS. Przycisk odejścia na drugi krąg, nawet kiedy były podjęte działania zmierzające do uniknięcia zderzenia z przeszkodą, nie był wykorzystany - "co było trywialne, co jest podstawowym elementem odejściem na drugi krąg" - mówił. Dodał zarazem, że gdyby procedurę odejścia na drugi krąg rzeczywiście wykonano na wysokości 100 metrów, wszystko by się udało. - Ale załoga po prostu lądowała - ocenił MAK.

Eksperci MAK podkreślali też, że zarówno pierwszy jak i drugi pilot mógł odłączyć autopilota, ale nie mieli już na to czasu. - Obu szukało ziemi, kiedy ją zobaczyli, nie mieli czasu odłączyć autopilota. Pociągnęli wolant na siebie i przez takie  przesilenie odłączyli autopilota w kanale wzdłużnym - powiedział Jesajan.

Według MAK obecność Dowódcy Sił Powietrznych w kokpicie Tu-154M można uznać za presję na załogę. Morozow - powołując się na wyniki ekspertyz psychologicznych i zapisy z "czarnych skrzynek" tupolewa - powiedział, że w rozmowie załogi pojawiło się zdanie "będzie niezadowolony, jeśli nie wylądujemy" - co odnosi on do "głównego pasażera". - Dlatego Dowódca Sił Powietrznych dołączył do załogi i osobiście meldował "głównemu pasażerowi" gotowość do lotu. Według psychologów mogło to stanowić presję na załogę - dodał szef komisji technicznej MAK. - To była bezpośrednia presja - dodał do tego inny przedstawiciel MAK.

Eksperci MAK odpowiadając na pytania polskich dziennikarzy podkreślali, że Błasik nie powinien znajdować się w kabinie; powinna ona być "sterylna". Przyznaje to też strona polska, ale podkreśla zarazem, że obecność Błasika w kokpicie była obojętna dla pracy załogi.  - Należy zauważyć, że on (Błasik) był bezpośrednim przełożonym 36. specpułku i to on odpowiadał za wyszkolenie i przygotowanie pilotów i składał prezydentowi meldunki o sytuacji w locie. On tak naprawdę, podając informacje o wysokości, brał udział w sterowaniu samolotem - mówili we wtorek przedstawiciele MAK.

Jak dodali, na obecność Błasika w kokpicie zwróciła uwagę także polska komisja, ale określiła to jako presję pośrednią. Według Jesajana nie ma tu znaczenia fakt, czy piloci byli w słuchawkach czy też nie, bo z jego doświadczenia wynika, że w kokpicie tupolewa wszystko słychać.

Odnosząc się do ustaleń polskiej komisji, że mogła być wywierana presja na kontrolerów na wieży w Smoleńsku, przedstawiciele MAK podkreślali, że zastępca dowódcy bazy lotniczej, któremu mianoby przypisywać naciski na kontrolerów - "był zobowiązany do znajdowania się w bliższym stanowisku kierowania lotami i tam się znajdował. Utrzymywał łączność z przełożonymi, co jest normalną praktyką".

Jak powiedział Morozow, obecność na wieży w Smoleńsku zastępcy dowódcy bazy - płk Nikołaja Krasnokutskiego - była obowiązkowa, a analiza jego rozmów nie wykazała, by wywierał jakąś presję na kontrolerów. Odpowiadając na pytanie, kim był "generał", z którym kontaktował się płk Nikołaj Krasnokutski, Morozow oświadczył, że był to przełożony pułkownika, któremu miał on obowiązek składać meldunki o sytuacji. Podtrzymał, że z opinii psychologicznej nie wynika, by była to jakakolwiek presja na kontrolerów ze Smoleńska.

Podczas konferencji w Moskwie potwierdzono, że nie ma żadnego zapisu tego, co było na ekranach sprzętu radiolokacyjnego na wieży w Smoleńsku. Według MAK, na kasecie wideo, która obecnie jest w dyspozycji rosyjskiej prokuratury prowadzącej śledztwo ws. katastrofy smoleńskiej, nic się nie nagrało.

Przedstawiciele MAK powiedzieli też, że nie będą informować nt. "osób zaangażowanych w rozmowę" z płk. Krasnokutskim. Przyznali, że MAK z tymi osobami rozmawiał. MAK podkreślił też, że tekst tych rozmów jest opublikowany i nie znaleziono w nim żadnych elementów presji psychologicznej czy nacisków.

Morozow dodał, że nie wie, skąd się wziął wniosek strony polskiej, że sprzęt na lotnisku działał nieprawidłowo. Wady lotniska przedstawione w polskim raporcie były opisane w raporcie MAK - dodał Morozow. Wyjaśnił, że strona polska nie uczestniczyła 15 kwietnia 2010 r. w tzw. oblocie lotniska, bo dokonywał go rosyjski samolot wojskowy - dlatego polscy eksperci nie mogli być do niego dopuszczeni.

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

1

Liczba głosów:

1

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?