O co chodzi z "naznaczonymi dziećmi z in vitro"?

Elżbieta Wiater
(fot. shutterstock.com)

Informacja o wymogu gromadzenia przez Urzędy Stanu Cywilnego oświadczeń o uznaniu ojcostwa w stosunku do zarodków poczętych w procedurze wspomaganego rozrodu wywołała medialną burzę.

 

W mediach społecznościowych pojawiły się głosy, że to przypomina tworzenie list proskrypcyjnych ułatwiających późniejsze prześladowanie osób urodzonych dzięki tej metodzie. Część gazet opatrzyła teksty na ten temat alarmującymi nagłówkami: "Dzieci z in vitro naznaczone urzędniczą bruzdą" (Dziennik Gazeta Prawna) czy "Urząd stanu cywilnego naznaczy dzieci z in vitro" (TVP Info).

 

Tymczasem jeśli wczytamy się w doniesienia, chodzi o to, że urzędy mają gromadzić oświadczenia o uznaniu ojcostwa przed przeniesieniem zarodków do organizmu matki a nie dopiero po porodzie. Nie ma mowy o konieczności takich oświadczeń w przypadku małżeństw, bo w naszym prawie zakłada się, że ojcem dzieci danej kobiety jest jej mąż, a to znaczy, że wszystkie dzieci poczęte in vitro, których rodzicami są małżonkowie, nie będą miały w swoich aktach śladu, że urodziły się dzięki tej metodzie.

 

Tym samym nie chodzi o tworzenie domniemanych list proskrypcyjnych, bo przepis ten nie obejmuje doskonałej większości potencjalnych "ofiar". Przepis ten dotyczy głównie kobiet, które korzystają z nasienia dawcy, żyją w konkubinacie (szczególnie tego przypadku), ewentualnie par jednopłciowych i to kobiecych.

 

W Polsce mężczyzna, nawet jeśli nie jest mężem matki, nie ma obowiązku wydawać oświadczenia, że jest ojcem danego dziecka. To z kolei oznacza, że jeśli dziecko pocznie się z nasienia anonimowego dawcy, w aktach USC znów nie znajdą się żadne dane. Akurat w tym przypadku szkoda - na Zachodzie coraz wyraźniej zaznacza się ruch dzieci poczętych z nasienia dawców, które szukają swoich ojców. W doskonałej większości nie chodzi o uzyskanie świadczeń materialnych, a zaspokojenie potrzeby potwierdzenia swojej biologicznej tożsamości.

 

W sieci można znaleźć strony i fora, na których takie osoby się udzielają, a w Australii ostatnio powstał film dokumentalny "Sperm Donors Anonymous" opowiadający o poszukiwaniu biologicznego ojca. I taka informacja - dotycząca biologicznego ojca - dla wielu osób byłaby ważna i przede wszystkim gwarantowałaby dzieciom realizację ich prawa do wiedzy o swoim pochodzeniu.

 

Jedyne, w czym mogę się zgodzić z krytykami tego przepisu, to potrzeba ograniczenia dostępu do tych danych do bardzo wąskiej grupy osób. Mimo tego, że ten sposób poczęcia dziecka jest w naszym kraju akceptowany, a w niektórych kręgach społecznych wręcz można mówić o modzie na dziecko z próbówki, to jest to informacja, która złośliwie wykorzystana może przynieść wiele cierpienia.

 

Domniemana "urzędnicza bruzda dotykowa" okazuje się tak naprawdę problemem wyłącznie bardzo wąskiej grupy osób: par żyjących w konkubinacie, par jednopłciowych i kobiet korzystających z nasienia dawcy. Tym bardziej dziwi szum, jaki ten przepis wywołał w mediach.

 

Chodzi jedynie o to, by dzieci miały pewność co do tego, kto jest ich ojcem, w sytuacjach, kiedy nie jest to pewne. Większość rodziców dzieci z in vitro mówi im, jak się poczęły, więc trudno też przypuszczać, że chodzi o szok, jaki miałaby wywołać ta informacja, gdyby dowiedziały się o tym już jako dorosłe osoby od urzędnika.

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.09

Liczba głosów:

11

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook