Resztki, czyli niepotrzebne embriony

Elżbieta Wiater
(fot. youtube.com / Clínica Ginefiv)

Dziś odbyło się głosowanie nad projektem ustawy regulującej kwestie in vitro. Jest w tym projekcie dużo rozwiązań, które ewidentnie służą jedynie interesom klinik oraz banków gamet, jednocześnie całkowicie ignorując dobro dzieci, które mogą się urodzić.

 

Przykładem jest tu całkowita anonimowość dawców gamet, tworzenie nadliczbowych embrionów i ich przechowywanie. To drugie ostatnio za oceanem wywołało sporą debatę i właśnie o niej chciałam tu napisać.

 

W USA w tej chwili przechowywane są setki tysięcy embrionów. Część z nich to zarodki należące do osób, które w ten sposób chciały zachować szansę na dziecko, a z powodów zdrowotnych musiały się poddać terapii skutkującej ubezpołodnieniem (np. chemioterapii). Część należy do par, które podeszły do programu IVF i planują wszczepić te zarodki w późniejszym czasie. Jednak doskonała większość to, jak określa to autorka artykułu w "The New York Times", leftovers (resztki, pozostałości) stworzone jako skutek uboczny rozwijającego się dynamicznie przemysłu in vitro.

 

Jedną z metod podniesienia skuteczności metody jest stworzenie kilkakrotnie większej liczby embrionów od tej, jaka ma być wszczepiona podczas jednego zabiegu. Daje to więcej "materiału" do wyboru oraz pozwala na powtórzenie procedury bez ponownego stymulowania hormonalnego kobiety do produkcji nadliczbowych jajeczek. Jest to sześć, osiem, czasem dziesięć embrionów, z których większość pozostaje (podaje się zwykle od dwóch do trzech zarodków w jednym zabiegu). Można je przekazać innej parze (prawo amerykańskie dopuszcza taką możliwość), sprzedać innej parze (nie wnikając za głęboko w legalność takiej transakcji), opłacać ich przechowywanie, przekazać do ośrodków badawczych, by przeprowadzano na nich badania (tak, są rodzice, którzy tak właśnie dysponują swoimi dziećmi na embrionalnym etapie rozwoju) lub "radośnie" o nich zapomnieć.

 

Jak pisze Tamara Lewin, wiele par, podchodząc do procedury, jest zadowolona z posiadania nadliczbowych embrionów, ale kiedy się tych ludzi pyta, co zrobią z tymi zarodkami, jeśli procedura zadziała od razu, odpowiadają jak Scarlett O’Hara: "Pomyślę o tym jutro". Sądy za bardzo nie wiedzą, co orzekać, kliniki nie mają chęci, by z własnej kieszeni opłacać przechowywanie cudzych zarodków, a rodzice postępują, jak opisałam wyżej. Powoli sytuacja ta idzie w stronę "adopcji" embrionów przez niepłodne pary, jednak problem nadal pozostaje aktualny, a do tego pojawiają się następne.

 

Kilka miesięcy temu wybuchła afera związana z zarodkami Sofii Vergary (latynoska modelka i aktorka) i Nicka Loeba (amerykański multimilioner). W czasie, kiedy byli parą, zlecili stworzenie zarodków, które miały być później wykorzystane do procedury in vitro. Jednak w międzyczasie para się rozstała, a zarodki pozostały. Pani chce urodzić dzieci, pan woli, żeby zostały w ciekłym azocie. Trudno się zresztą panu dziwić - jeśli dzieci się urodzą, będzie musiał płacić, zapewne gigantyczne, alimenty. Kolejne sądy wydają kolejne, odmienne, a czasem sprzeczne ze sobą decyzje. Konflikt trwa ku uciesze lub zgorszeniu tłumów, a gdzieś w zbiorniku trwają w zawieszeniu dzieci tych państwa.

 

To tylko wycinek problemów prawnych i etycznych związanych z procedurą IVF. Z pewnością należy ją w Polsce uregulować prawnie, rodzi się jednak pytanie, czy koniecznie chcemy, by w naszym kraju otwierać tę puszkę Pandory. To prawdziwy generator problemów nieznanych krajom, w których tej procedury się nie stosuje. Amerykanom powoli otwierają się na to oczy, pytanie, czy my będziemy potrafili uczyć się na ich błędach.

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.56

Liczba głosów:

18

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook