Moje zwykłe świadectwo

(fot. Mario Sormann / flickr.com / CC BY 2.0)

Adwent 2014. Szczególny dla mnie okres. Dokładnie rok temu wróciłem do Kościoła. Od tego czasu nie opuściłem chyba ani jednej niedzielnej czy świątecznej mszy świętej.

 

Bywałem już wcześniej w kościele. "Bywałem" to właściwe słowo. Po pierwsze - nieregularnie, po drugie - nie było mnie tam naprawdę. Byłem w kościele fizycznie. I tyle. Żeby zaliczyć. Skreślić kolejny punkt na liście rzeczy, które wypada zrobić. Nie słuchałem, nie modliłem się. Nie widziałem Boga, nie czułem Go. Nic. Nuda. Jak doszło do tej przemiany? Zwyczajnie.

 

Unikam słowa "nawrócenie", wydaje mi się ono zbyt patetyczne, brzmi nieco protekcjonalnie. Lubię mówić o tym w ten sposób, że "dojrzałem do wiary". A wiara dojrzała we mnie. To nie był jakiś nagły błysk, gwałtowne przebudzenie, żadne mistyczne doświadczenie. To był proces. Od niedowiarka-buntownika, przez poszukiwacza sensu życia, aż do tzw. katola. Rzecz jasna, po drodze sporo się działo. Ale nic niezwykłego. Kilka zwykłych zdarzeń, osób, spotkań, słów, lektur, filmów.

 

Pamiętam, jak któregoś razu zwierzałem się pewnej znajomej, bardzo uduchowionej: - Słuchaj - mówię jej - a może wiara, zdolność do niej, jest łaską? Może na nią nie zasługuję? Może Bóg wie, że jestem za cienki, by ją udźwignąć, więc sobie odpuścił? - Nie. Ta łaska jest w tobie. On w tobie jest. Widzę to. Czuję. Jestem przekonana.

 

Nie wstrząsnęły mną same słowa, ich sens. To było drugorzędne, właściwie nieistotne. Głęboko dotknęło mnie to, czego słowami nie umiem wyrazić. Jej zwykłe spojrzenie - nie świeciła oczami, nie zezowała. Sposób, w jaki wypowiadała te słowa - zwyczajny, tak jak rozmawiają znajomi, nie jak przemawiają dygnitarze czy niektórzy księża z ambony. I ta jej pewność. Niczym nie zmącona, zwyczajna pewność! Nie znaliśmy się wówczas jakoś szczególnie dobrze. A tu dziewczyna sprawia wrażenie, jakby znała mnie na wylot! Poczułem się tak, jakby ktoś dotknął najgłębszych zakamarków mojej duszy, do których nikt, łącznie ze mną, nie ma dostępu. Było to fascynujące, a zarazem przerażające.

 

Wiele takich "cegiełek", którymi dostałem w łeb, sprawiło, że dziś chodzę do kościoła, bo chcę, bo tego potrzebuję, bo pragnę. W kościele słucham Słowa Bożego i słyszę je. Chłonę je. Widzę Boga, czuję Go, rozmawiam z Nim, śpiewam dla Niego... no dobra, może z lekka fałszuję. Ale fałszuję też dla Niego! Ponadto, czytam książki religijne, teologiczne, prasę katolicką. Prenumeruję miesięcznik liturgiczny. Słucham muzyki chrześcijańskiej, sakralnej. Nauczyłem się odmawiać różaniec. Noszę koszulkę z nadrukiem "Jan 3,16", pod nią - wiszący u szyi krzyżyk z Chrystusem, należący wcześniej do mojej mamy. Co więcej, poszczę w każdy piątek, w czym jedni widzą męczeństwo, inni zwykłe dziwactwo. Tak. Stałem się dziwakiem. Zwykłym dziwakiem. I jestem z tego powodu zwyczajnie szczęśliwy.

 

Skąd w moim świadectwie takie nagromadzenie słów "zwykły", "zwyczajny"? Bo są dla mnie kluczowe. Jezus przyszedł na świat jako zwykły człowiek, nie żaden heros, król czy inny ważniak. Urodził się w zwykłej stajni, oborze, prawdopodobnie w jakiejś grocie, gdzie zwierzęta robiły pod siebie. To nie tak, że nigdzie indziej nie chcieli Go przyjąć. On sam chciał tak zaistnieć. Możliwie najskromniej, najzwyczajniej. Przyjął imię zaczynające się od joty, najmniejszej litery hebrajskiego alfabetu. Samo zaś imię oznacza tyle, co "Ja jestem". Nie "jestem taki a taki, który to a tamto i  któremu należy się to i tamto...". Po prostu "jestem". Liczy się więc obecność. Zwykła obecność.

 

W tej zwykłej obecności - Boga przy mnie, mojej wśród bliźnich - nauczyłem się odkrywać prawdziwe szczęście. W zwykłości, codzienności, powszedniości czy nawet nudzie zacząłem dostrzegać piękno, prawdę, sens, wartość, słowem - Boga. Dopiero w tym momencie prawdziwie się narodziłem. W wieku 22 lat. I, jak już mówiłem, były to narodziny zwykłe, bez żadnych fajerwerków czy fanfar. Tak się złożyło, że mam dość pospolite nazwisko. Pragnąłem więc jakoś się wybić, coś osiągnąć, być kimś znanym, wyjątkowym, wielkim. Chciałem zaistnieć w oczach innych, zostawić coś po sobie. Chciałem być kimś niepospolitym o pospolitym nazwisku. Pan Bóg wszystkie te moje pożałowania godne zachcianki wysłał na wieczny pobyt do ośrdoka wypoczynkowego w Niszczarce. Zdałem sobie sprawę, że jestem taki, jakim mnie stworzył i jakiego mnie pokochał, że innego mnie nie chce. Skłonił mnie, bym zaprzestał poszukiwać wielkości w sobie, a odnalazł ją w Nim będącym we mnie. I odnalazłem ją. Nie tyle zaakceptowałem siebie samego (z czym zawsze miałem problem), co poczułem się kimś wyjątkowym. Nareszcie poczułem się dzieckim Bożym. Zwykłym Bożym dzieckiem.

 

 

 

 

 

dodał(a): TJ
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

2

 

 

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook