Nie dziwi mnie, że co trzecie małżeństwo w Polsce się rozpada

Magdalena Urbańska
(fot. pl.depositphotos.com)

Spora część osób zgłaszająca się na kursy dla narzeczonych przychodzi tam głównie po papierek, świstek niezbędny do stanięcia przed ołtarzem.

 

Jakiś czas temu, trochę niespodziewanie, dostałam propozycję współtworzenia kursu dla narzeczonych. Z jednej strony bardzo się ucieszyłam, bo kilka lat temu (przed narodzinami drugiego syna), byłam mocno zaangażowana w współprowadzenie nauk dla przyszłych małżonków.

 

Z drugiej jednak przyszedł pewien lęk: a co ja im powiem, kiedy sama widzę, że moje małżeństwo leży od ideału bardzo daleko? Może, cytując Paulinę, młodą żonę: "małżeństwo to harówa i można szybko zostać świętym przez męczeństwo"? Postanowiłam zrobić mały rekonesans, przyglądając się temu, jak wyglądają kursy w mojej okolicy. Różnice, które zobaczyłam mocno mnie zaskoczyły.

 

Kurs trwający 5 wieczorów pod rząd, dla narzeczonych i ludzi, którzy narzeczonymi jeszcze nie są, ba - nawet dla singli, prowadzony głównie przez kapłana.

 

Spotkania weekendowe, gdzie dostaje się niezliczoną liczbę tematów i kilkanaście liścików do napisania - wyłącznie dla par, prowadzący to kapłan i małżeństwa z co najmniej kilkuletnim stażem.

 

Półtora dnia, podczas których nie ma dialogu, ćwiczeń, jest tylko bierny odbiór świadectw małżonków - wyłącznie dla par przed ślubem.

 

Na początku stwierdziłam, że pierwsza opcja jest najmniej wartościowa. Nie dość, że produkuje się ksiądz, który świadectwem realizacji swojego powołania do małżeństwa nie zachęci, to z drugiej strony przychodzą tam ludzie niezdecydowani albo samotni. Teraz jednak patrzę na to zupełnie odwrotnie.

 

Spotykając się z ludźmi, którzy wyszli już z szeregów duszpasterstwa akademickiego, a w małżeństwie jeszcze nie są, widzę lukę w ofertach formacyjnych. Jeśli nie odpowiada komuś charyzmatyczna wspólnota modlitewna, niewiele mu pozostaje. Pół biedy jeśli mieszka w dużym mieście, być może znajdzie dla siebie formację w Kościele (choć gwarancji nie ma, w Gdyni pustki!). Gorzej jeśli w okolicy nie ma propozycji dla osób dorosłych poza Domowym Kościołem.

 

Coraz częściej dostrzegam w sobie i wokół siebie, że bez formacji osobistej, nie ma też tej małżeńskiej. Jak rozmawiać z mężem, który mówi do mnie, jakby właśnie urwał się z księżyca? Jak odnosić się do niego, gdy mam chęć rzucić mu w twarz gorącą patelnią, bo on NIC NIE ROZUMIE?!

 

Dziś jako żona z kilkuletnim stażem, stwierdzam, że nie ma klucza do nauki komunikacji międzypłciowej. Można zrobić milion różnych kursów i przeczytać drugie tyle książek, ale prawda jest taka, że bez chęci i stałej formacji wyjdzie z tego tylko frustracja i niemoc. Tak się staram, produkuję, a on nic nie kuma. Wyjdzie z tego jeden wielki kryzys.

 

Nie dziwi mnie, że co trzecie małżeństwo w Polsce się rozpada. Spora część osób zgłaszająca się na kursy dla narzeczonych przychodzi tam głównie po papierek, świstek niezbędny do stanięcia przed ołtarzem. Mały odsetek spośród nich należy do jakiejś wspólnoty, jeździ na rekolekcje czy korzysta z pomocy stałego spowiednika. Nie wchodząc w motywacje zawierania ślubu kościelnego - widzę jak wielkie spustoszenie mają dziś w sercach ludzie, którym nie potrafimy zaoferować czegoś, co ich zainspiruje do życia wg. ignacjańskiego magis.

 

Kryzys Kościoła, to dla mnie tak naprawdę skutek niekorzystania z sakramentów. Jakby na to nie patrzeć i nie oceniać - jeśli ktoś nie czuje potrzeby spowiedzi, Komunii czy wychowania w wierze dziecka, jaką wartość będzie miał dla niego sakrament małżeństwa? Jakie znaczenie będzie miał dla niego kurs dla narzeczonych?

 

Skąd wziąć w codzienności narzędzia do nauki komunikacji? Jak się zachować, gdy okaże się, że dla naszego współmałżonka najważniejsze jest zaspokojenie jego własnych potrzeb, ponad to, co nasze? Co jeśli okaże się, że związaliśmy się z emocjonalnym wampirem - wysysającym jak najwięcej dla siebie? Co jeśli sami w pewnym momencie odkryjemy, że naszą główną motywacją do wspólnego życia był lęk przed samotnością, czy brakiem innego pomysłu na swoje życie? Może współmałżonek okaże się mocno niedojrzały, a przed ślubem kierował się tym, by mieć wspólny budżet, bo "razem łatwiej“?

 

Wiele osób, z którymi dotychczas rozmawiałam o kursach przygotowujących do małżeństwa, twierdzi, że najlepiej ćwiczyć w praktyce. Zamieszkać ze sobą przed ślubem, żyć razem i sprawdzić czy do siebie pasujemy. Zadaję wtedy pytanie: a co jeśli wydarzy się coś, czego się nie spodziewasz, np. narodziny niepełnosprawnego dziecka / wypadek / choroba / nowe oblicze teściowej?

 

Życie jest nieprzewidywalne i nie można zaplanować każdego scenariusza. Można jednak szukać narzędzi do tego, by odpowiednio zareagować w sytuacjach kryzysu.

 

Spotykam ostatnio wiele rożnych kobiet. Część z nich żyje w małżeństwie, jeszcze bez dzieci. Mam wrażenie, że te radzą sobie w codzienności najlepiej. Inne, te, które doczekały się już potomstwa, często mają w sobie pewien rodzaj zagubienia, bo świat okazuje się inny, gdy niedospanie, zmęczenie i hormony przysłaniają jasne barwy patrzenia na świat. Czują się pozostawione same sobie i patrząc na własne doświadczenie, wcale mnie to nie dziwi. Co można zaoferować w takiej sytuacji?

 

Wracam tutaj do trzech ofert dla narzeczonych, o których wspominałam na początku i myślę pozytywnie o tej pierwszej. Być może okaże się, że wygrzebię z pamięci rady kapłana o tym, jak nie traktować współmałżonka jak swojego wroga? A może zdarzy się, że rewidując swoje dotychczasowe motywacje wejścia w związek, zobaczę ile noszę w sobie ran i poproszę kogoś o pomoc?

Być może. To wymaga jednak wyjścia o krok do przodu, wystawienia się na zranienie, niezrozumienie czy ośmieszenie. Widzę tutaj swoją rolę.

 

Wychodząc do młodych chciałabym powiedzieć im, że cokolwiek by się nie działo, nie są sami. W Kościele jest wiele małżeństw z podobnymi problemami, a to, że ktoś wierzy w Boga nie gwarantuje udanego związku. Chciałabym powiedzieć, że kryzys jest czymś naturalnym i nie trzeba się go bać. Pokazując siebie słabą, pokazuję prawdziwe oblicze małżeństwa. Być może ktoś właśnie tego potrzebuje.

 

P.S. Matka chrzestna mojego syna zainspirowała mnie kiedyś słowami: jeśli czegoś w Kościele nie ma i ci tego brakuje - idź i to zrób. Idę więc, przyłączysz się?

 

Tekst pochodzi z bloga niezawodnanadzieja.blog.deon.pl.

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

1

Liczba głosów:

1

 

 

Komentarze użytkowników (6)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

MR 20:33:02 | 2019-07-25
 Mamy upadek cywilizacji zachodniej. Powstała ona  na gruncie filozofii greckiej, prawa rzymskiego i chrześcijaństwa. Trudno sobie wyobrazić jakie dziś brednie wyprawia sie na wydziałach filozoficznych uniwersytetów, prawo jest zdemoralizowane i "prawem" można dziś udowodnić wszystko. I coraz częściej obywatel podchodzi do prawa najprościej - chcę, wię mam prawo!" Nowoczesnemu" człowiekowi chrześcijaństwo nie jest do niczego potrzebne. Jakieś przykazania, nakazy, zakazy? A gdzie wolniość, równość tolerancja, otwartość etc etc. Małżeństwo to wielka praca, starania, odpowiedzialność, a mnie ma być wygodnie, przyjemnie, bezpiecznie i to już, zaraz!

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~strzelec514 09:29:13 | 2019-07-21
Inteligentny człowiek, dyskutując o małżenstwie na portalu katolickim, powinien trzymać pewną linię - wydaje mi się, że linię Dekalogu, Ewangelii i przynajmniej św. Pawła, który inteligentem niewątpliwie był.
Tak więc, Pan Bóg stworzył nas mężczyzną i kobietą, byśmy się sobą cieszyli, uzupełniali i rozmnażali - służyli Bogu i ludziom. A służenie Bogu, to nic innego jak modlitwa i służenie bliźniemu, przede wszystkim temu, wobec którego mamy powinność służenia.
Jeżeli przyjmujemy taką postawę, to małżonkowie zawierający sakramentalny związek, są zobowiązani do podjęcia pożycia płciowego i oczekiwania narodzin dzieci (liczba mnoga). Mając 3 - 4 dzieci, wstrzemiężliwość w dni płodne nie jest heroizmem.
Jeżeli żyjemy z sobą kilka lat w małżeństwie - bo się opłaca być we dwoje, i nawet stosując NPR, tylko bawimy się seksem unikając poczęcia, to żyjemy w grzechu. Definicja prostytucji, to nic innego jak seks uprawiany dla zysku - bo się to opłaca... Tak więc może się zdażyć, że nauki dawane przez celibatariusza i doświadczone w stosowaniu NPR kilkuletnie małzeństwo, mogą się tylko psu na buty przydać. "Małżenstwa na próbę", to nie poznawanie człowieka, tylko kolejnych doznań seksualnych.
Młody człowiek, który wychował się od małego, bez obowiązków, bez barier, bez doznania niedostatku, bez widoku choroby, starości dziadków, śmierci, służenia drugiemu człowiekowi, nie nadaje się ani na duszpasterza, ani na małżonka - bo będzie to dla niego katorga, a nie radość płynąca z służenia.
Z procesu przygotowania do małżeństwa, wyeliminowano rodziców i dziadków, a zajęli się tym "fachowcy", którym się tylko wydaje, że są fachowcami. Ongiś lepiej sprawdzała się wiejska swatka. Zielonych łapek pod tym postem nie oczekuję.

Oceń 14 3 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

ospala 00:55:06 | 2019-07-21
Mnie też nie dziwi rozpad małżeństw. Świat się zmienia, społeczeństwo się rozwija, poczucie bezpieczeństwa, także zabezpieczenie materialne sprawia, że "nierozerwalność" małżeństwa nie jest już tak potrzebna jak była kiedyś, a wręcz często uwiera. Myślę, że i nas Polaków też to czeka, wraz ze wzrostem dobrobytu. Ludzie zawierają związki i dopóki im służą, pomagają wzrastać, płynie z nich dobro, trwają w nim. Naturalną koleją rzeczy jest, że gdy taki związek przestaje służyć wyznaczonym celom, ludzie rozstają się i szukają swojej drogi. Czy to źle? Myślę, że niekoniecznie. Ludzie stają sie coraz bardziej niezależni, a rodzina już nie jest konieczna by przetrwać. Wraz ze wzrostem samoświadomości, poczucia odrębności i odpowiedzialności za własne szczęście, taki model, przejściowych związków będzie stawał się coraz bardziej powszechny. Tak jak kiedyś ludzie pracowali w jednej firmie 30 lat, a teraz, załoga się zmienia co 2, 3 lata. Nie wydaje mi się, by cokoilowiek mogłoby odwócić ten trend. Może wojna światowa albo globalny kryzys, którego nikomu nie życzę.

Oceń 5 41 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

andrzej_a 20:37:52 | 2019-07-20
Zazwyczaj nawet doskonałe związki rozpadają się w trakcie prób.
Gdyby przeanalizować te próby i opracować interaktywny test dla przyszłych małżonków to pewnie większość by taki test oblała.

O jakich to próbach mówię?
1. Pożar domu, nie macie gdzie mieszkać, co robicie?
2. Narodziny upragnionego dziecka, dziecko umiera, co dalej?
3. Narodziny dziecka, dziecko się rodzi ale z bardzo poważnymi wadami genetycznymi.
4. Zdradził Cię / Zdradza Cię Mąż - Żona. Dziecko jest nie twoje..

Wiem że te pytania wydają się idiotyczne, ale właśnie takie dramaty są powodem rozpadu wielu dobrze zapowiadających się związków.
Nawet nie wspomnę o tych 5-letnich czy 10-letnich związkach, które się rozpadają, bo tam zachodzą tak złożone procesy iż trudno by je na formum naszkicować.

Sakrament Małżeństwa to Komunia z Bogiem na lata i Dar od Boga w postaci małżonka lub małżonki i zwykle dzieci, choć nie zawsze takich jakie oczekujemy.

Żyjemy tutaj, aby dojrzeć do życia wiecznego, więc nie oczekujmy tutaj Raju, bo na Niego tutaj jeszcze za wcześnie.

Oceń 12 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Ingwen 20:18:12 | 2019-07-20
Byłam bardzo rozczarowana kursem przedmałżeńskim. A był polecany. 

Po pierwsze zajęcia prowadzone przez uduchowionych małżonków podkreślających swoje doświadczenie, bo już są po ślubie. Ci ludzie byli w moim wieku, a małżonkami byli trzy lata. Plus bez dzieci. Teraz z perspektywy żony z 7letnim stażem i dwójką dzieciaków bierze mnie po prostu pusty śmiech, wtedy byłam zirytowana, jakie nieżyciowe były ich porady. 
Trzy (!) spotkania z wszystkich podkreślały jak to kobieta musi brać pod uwagę, że jest uczuciowa i pod wpływem hormonów, więc musi przyjąć racjonalne myślenie swojego męża i pamiętać, że on ma rację w większości sytuacji. Zostawiając na boku jaka to jest oczywista bzdura, co to jest za strata czasu. 
O szacunku, pamiętaniu o życzliwości nie wspominał nikt. Ale od sucharów żaden z prowadzących się nie powstrzymał. 
Oczywiście zakładam, że są lepsze kursy. Ale obawiam się, że nie ma ich zbyt wiele, do tego nie każdy jest szczególnie mobilny, pewnie sporo osób zakłada, że sprawa wygląda podobnie w kościołach i pójdzie zwyczajnie tam, gdzie jest to dla niego dogodne. 

Chociaż też kurs tutaj myślę już nie gra dużej roli, może kilka par na sto się zastanowi. Do wyboru tej drogi na całe życie trzeba o wiele dłuższej formacji. Kurs, w którym uczestniczyłam był beznadziejny, a mimo to jestem bardzo szczęśliwa i dumna z mojego małżeństwa.

Oceń 3 2 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Dariusz Piórkowski SJ 16:31:24 | 2019-07-20
Też prowadzę z grupą małżeństw rekolekcje dla narzeczonych. Widzimy te problemy. Obecnie to mi się wydaje, że to coś bardziej pierwotnego niż niechęć do "zaliczenia" kursu, bo ksiądz kazał... Po prostu często istnieje taka naiwność, że małżeństwo jakoś samo się ułoży, że wszystko co trzeba, to już człowiek wie i ma, że to nie wymaga wysiłku i nauki. Dopiero jak się coś zaczyna sypać, człowiek to widzi, ale zwykle jest już za późno.  

Oceń 10 27 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?