Seminaria nadal produkują zbyt dużą liczbę zakochanych w sobie klerykałów

ks. Paweł Nowacki
(fot. EmanueleCapoferri / shutterstock.com)

W czwartek kolejny młody ksiądz odebrał sobie życie. Kilka miesięcy temu ksiądz z kilkuletnim stażem kapłaństwa porzucił sutannę. Jedno jest pewne, że coś w formacji kapłańskiej nie dorasta do dzisiejszych trudnych czasów.

 

W czwartek kolejny młody ksiądz odebrał sobie życie. Kilka miesięcy temu ksiądz z kilkuletnim stażem kapłaństwa porzucił sutannę. Kolejny młody duchowny leczy się na depresje… My, księża, jesteśmy coraz słabsi, a czasy coraz trudniejsze. Diagnoza czy hipoteza? Jeśli fakt, to gdzie szukać przyczyn i rozwiązań?

 

Czasy coraz trudniejsze


Obiektywnie trzeba stwierdzić, że skończyła się polska sielanka dla duchowieństwa. I nie chcę być źle zrozumianym, bo piszę to jako ksiądz: nie ma w tym nic złego. Dziś ksiądz, jak każdy inny, musi sobie zapracować na szacunek w oczach ludzi. Nie jest on darem w pakiecie ze święceniami. Skończyły się czasy stawiania księży na piedestałach tylko dlatego, że księżmi są. Dziś jak na dłoni widać, w której parafii ksiądz dobrze pracuje i zbiera obfite plony, a gdzie dzieje się źle. Dziś ludzie już się nie patyczkują. Jeśli coś im nie odpowiada, to mówią o tym wprost albo przynajmniej anonimowo hejtują w Internecie.

 

Jest reakcja na wszystkie problemy duchowieństwa. I dobrze. Kiedy słyszę o tych potwornych zbrodniach dokonywanych przez moich braci w kapłaństwie, to sam mam ochotę rozprawić się z nimi w ciemnym zaułku ulicy, mną też targają emocje i wzrasta moja frustracja. Obiektywnie dla księży czasy są trudniejsze. Dziś nie wystarcza bowiem księdzem się stać, by być kimś. Dziś księdzem trzeba autentycznie być. Jest to bardzo mobilizujące, ale nie dla wszystkich łatwe.

 

Wszyscy do jednego worka

 

Czasy są trudniejsze nie tylko dlatego, że zniknął pewien etos księdza jako księdza. Ciemnych kart historii za wiele, by ciągle oszukiwać się, że jest idealnie. Czasy trudne także dlatego, że jak to bywa w sytuacjach trudnych, wszyscy jesteśmy wrzucani do jednego worka. Wystarczy, że któryś "z twoich braci" nawywija w okolicy (gwoli ścisłości: obiektywnie ocenić, osądzić i ukarać jeśli trzeba), a to Ty jesteś zaraz kobieciarzem, dzieciorobem albo pedofilem.

 

I rozumiem pewną zbiorową odpowiedzialność, bo wszyscy jesteśmy powołani, by strzec świętości kapłaństwa. Nie widzę też sensu, by krzyczeć, że to nie ja i to nie moja wina, że jestem inny czyli normalny. Czasami jednak, kiedy człowiek nie ze swojej winy zostaje postawiony pod ścianą i nie ma nawet prawa wypowiedzieć słowa w swojej obronie (bo atak anonimowy lub wprost z przejeżdżającego obok samochodu) po prostu się odechciewa.

 

Obiektywne problemy - subiektywne odczucia

 

Nie chcę tutaj dyskutować o problemach współczesnego duchowieństwa. Faktycznie, za wiele w nas pychy, za dużo w nas egoizmu, materializmu i za wiele zła moralnego czynionego dłońmi kapłana. O faktach się nie dyskutuje i nie temu służy ta refleksja. Wrzucenie do jednego worka niesie jednak za sobą konkretne konsekwencje. Nagle ten, który naprawdę się stara uświęcić siebie i innych, uważany jest za tego, który niszczy Kościół od środka (bo przecież wszyscy jesteśmy tacy sami), a to jest trudne do zniesienia.

 

W tej całej ogólnej ocenie (coraz bardziej nieobiektywnej i agresywnej) jest bowiem jeszcze kwestia jednostki. Pojedynczego księdza, który może poczuć się niesprawiedliwie osądzony. I nie chcę tutaj robić z siebie czy moich prawych kolegów "ofiar systemu". Chcę dostrzec problem, że wielu przyzwoitych pozostaje często samotnych w przysłowiowej walce z wiatrakami.

 

Widzimy, że nie jest dobrze

 

Myślę, że musi to dobrze wybrzmieć. Jestem młodym księdzem (4 rok kapłaństwa), jeszcze może tak wiele nie doświadczyłem, ale potrafię obiektywnie spojrzeć na świat i jestem pewien, że wielu z nas brzydzi się bagnem, które znajduje się w Kościele. Po pierwsze nie chcemy być z tym utożsamiani (a to prawie niemożliwe), po drugie naprawdę mamy ochotę z tym walczyć.

 

Nie ma dziś chyba spotkania kapłańskiego (bynajmniej ja nie doświadczyłem), w którym nie poruszałoby się tematów trudnych z jednym wnioskiem: oczyścić, unicestwić zło, zacząć robić coś, co przyniesie zmianę na lepsze. I nie są to czcze rozmowy, choć możliwości tych na dole nikłe. Dużo modlitwy, dużo wyrzeczeń i jeszcze więcej roboty, by widzieli, że zdarzają się normalni, prawi, którym chce się nieść Chrystusa w świat. To z jednej strony pocieszające, z drugiej przerażające, bo choć intencja słuszna i chęci duże to możliwości bardzo, bardzo mało.

 

Widzimy, że jesteśmy słabi

 

Najwięksi herosi przestają dawać radę. Bo choć robisz swoje najlepiej jak potrafisz, to i tak dostajesz w twarz jednym komentarzem o koledze zza płota i tak tobie przykleją łatkę, więc powoli zaczynasz mieć dość. I tu wariantów jest wiele. Uciekasz w jeszcze więcej roboty (stając się w końcu robotem do pracy duszpasterskiej bez wewnętrznego ducha), by nie myśleć. Nie robisz nic (bo tak bezpieczniej). Zamykasz się w sobie (bo każde spotkanie to potencjalny powód, by cię oczernić) lub uciekasz w pasje (skupię się na czymś innym). Najtragiczniejsze, że każdy wariant to po prostu forma ucieczki od problemu i oznaka ogromnej słabości.

 

Słabość naszych czasów

 

Słaba odporność psychiczna dzisiejszych duchownych to nie tylko problem tej grupy społecznej. Wiem, że ogólnie dziś ludzie są słabsi. Psycholodzy mają więcej pracy, coraz częściej słyszy się o depresji, a i samobójstw też jakby więcej. Czasy mamy tak szybkie, tak wymagające, że ludzie wymiękają. Skoro ksiądz z ludu wzięty, to i dla nas te problemy nie są obce. Wsparcia jakby tylko mniej (bo rodziców martwić nie chcesz, rodziny własnej nie masz, a kolega który ewentualnie by zrozumiał też ma kryzys).

 

Problem w formacji?

 

Wydaje mi się, że duży problem tkwi w formacji przyszłych duchownych. Brak przygotowania na problemy współczesnego świata. Nie chcę tutaj nikomu dawać wskazówek. Są ode mnie mądrzejsi, którzy mają nawet prawo i sposobność, by o tym decydować. Mogę tylko snuć refleksje: może większe otwarcie seminarzystów na świat? Może mniej alienacji, może więcej konfrontacji z prawdziwymi problemami, może mniej mówienia o wyjątkowości kapłaństwa w kontekście pozycji duchownego, może więcej kopania w ziemi i pracy fizycznej, która pokazuje, że jesteś zwykłym facetem, może mniej filozofii, a więcej psychologii…

 

Dużo tych może. Jedno jest pewne, że coś w formacji kapłańskiej nie dorasta do dzisiejszych trudnych czasów. Seminaria nadal (moim zdaniem) produkują zbyt dużą liczbę (bo nie wszystkich!) zakochanych w sobie klerykałów. I z pełną świadomością biorę odpowiedzialność za tą tezę. Znam dokumenty o formacji. Dużo w trakcie własnej nasłuchałem się o tym, że ma kilka płaszczyzn. Ludzka, duchowa, duszpasterska, intelektualna. Wszystko pięknie i ładnie, choć w praktyce się rozmywa… niestety…

 

Problem we wspólnocie?

 

Problemem na pewno jest także to, że kapłani diecezjalni są naprawdę sami. Sami ze swoimi problemami (dlatego zawsze jak "coś wyskoczy" jest dla pozostałych wielkim zaskoczeniem), sami w życiu (i nie neguję tutaj wartości celibatu, bo jest moim zdaniem piękny i potrzebny), sami w świecie kapłańskim (bo coraz trudniej o wspólnotę kapłańską). Księży jest coraz mniej, parafii coraz więcej. Wielkie wikariaty niegdyś wypełnione po brzegi dziś świecą pustkami. Często na parafii pracujesz Ty i twój proboszcz, z którym choć żyjesz w jak najlepszych relacjach, nigdy nie porozmawiasz od serca jak z równym sobie.

 

Zamykasz się w czterech ścianach ze swoimi problemami. Gdzie Twoi bracia? Na całe szczęście ja mogę napisać, że mam taką wspólnotę. Mój rocznik święceń jest wyjątkowy. Od 4 lat spotykamy się każdego miesiąca, by być wspólnie, porozmawiać, zmierzyć się ze sobą, ocenić siebie w świetle swoich współbraci, czasami nawzajem się upomnieć i po prostu podyskutować o tym, co boli. Udaje się nam to od 4 lat i widzę, że wszyscy tego potrzebujemy. Wiem jednak, że to rzadkość. Po prostu rzadkość. I szkoda…

 

Co dalej?

 

Nie wiem. Nie jestem prorokiem i nie chcę nim być. Wiem jedno. Jeśli się nic nie zmieni, to powołań będzie coraz mniej, a powołani nadal coraz słabsi. Tacy, którzy będą się poddawać, będą uciekać lub nie będą robić nic… Oczyszczenie Kościoła tak potrzebne musi iść równolegle z wewnętrzną reformą, która przede wszystkim da nam kapłanów na dzisiejsze czasy… Modlę się, by tak było.

 

ks. Paweł Nowacki - kapłan diecezji kaliskiej, prowadzi bloga nowacki.blog.deon.pl, na którym ukazał się pierwotnie ten tekst

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.3

Liczba głosów:

54

 

 

Komentarze użytkowników (13)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

Magda_lena 20:27:06 | 2019-04-02
jeszcze kilka słow o sutannie :

"Gdy widzę księdza w sutannie na ulicy , to często proszę o błogosławieństwo. Słyszałam też od znajomego kapłana, że dzięki takim miejskim przechadzkom w sutannie wyspowiadał wielu ludzi i mógł się za nich modlić. Poza tym dzięki sutannie ksiądz zyskuje szacunek i dobry dystans." - z książki "Czas Maryi Czas na czystość" Agnieszki Beszłej, książkę bardzo polecam 

Oceń 19 2 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Pola 09:47:09 | 2019-03-31
Proponowane w tym artykule zmiany w formacji przyszych kapłanów nic nie dadzą tak długo, jak długo w centrum liturgii i nauczania Kościoła nie znajdzie się na powrót Jezus Chrystus i Najświętszy Sakrament. Stawianie w centralnym miejscu kościoła tronu dla księdza-narcyza jak widać nie działa.

Oceń 36 3 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Ann. 21:01:55 | 2019-03-30
Dokładnie tak! Indywidualizm już się nie sprawdza, trzeba więcej współpracy - między księżmi, ze świeckimi. Więcej nauki sposobów komunikacji, budowania relacji, psychologii, dydaktyki itp. I poznanie normalnego życia przez praktyki w różnych miejscach, np w domu dziecka, szpitalu, hospicjum, na oazie, różnego rodzaju duszpasterstwach itp. Poznawanie życia, a nie izolowanie od niego.

Oceń 20 38 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Szon 15:04:18 | 2019-03-30
Proszę księdza: witamy w normalnym świecie. My świeccy zawsze tak pod górkę mieliśmy. :-)

Oceń 25 9 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Magda_lena 12:21:02 | 2019-03-30
"Seminaria nadal produkują zbyt dużą liczbę zakochanych w sobie klerykałów" - dodałabym seminaria posoborowe, gdyż tradycyjne takiego problemu nie mają. 
Księża, którzy kształcili się w tradycyjnych seminarich przesiąknięci są duchem ofiary, nie szukają wygód, komfortu, znakomicie wykształceni. 
Nic tylko brać przykład

Oceń 160 15 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Jan_Marian_Rakieta 12:09:15 | 2019-03-30
Klerykalizm bardzo zły. Pedofilia jeszcze gorsza. Aisza - żona proroka Mahometa, twórcy islamu.Mahomet podpisał kontrakt małżeński z Aiszą, kiedy miała 6 lub 7 lat, lecz skonsumował swoje małżeństwo po kilku latach, kiedy miała 9 lat . Sam Mahomet miał wówczas 53 lata, zaś zmarł dziewięć lat później, gdy Aisza miała 18 lat . Do śmierci proroka pozostała jego najważniejszą żoną. Mahomet zmarł w jej domu i tam został pochowany.

Oceń 85 16 odpowiedz

Pokaż więcej komentarzy

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook