Nie bij mnie swoją wiarą

Nie bij mnie swoją wiarą
(fot. flickr.com / Gerry Thomasen / CC BY 2.0)
MarcinKaczmarczyk

Gdzie jest problem coraz luźniejszego podejścia do wiary? Kto jest winny temu, że coraz więcej młodych ludzi chętniej wybiera to, co jest ładne, kolorowe i grzeszne, niż to co przynosi człowiekowi największe szczęście, czyli życie z Jezusem Chrystusem? Dlaczego Kościół widzimy jako instytucję, a nie miejsce, gdzie można budować swoją relację z Chrystusem poprzez bycie z innymi? Moim zdaniem to tylko i wyłącznie nasza wina. Wina tych, którzy do tego Kościoła należą.

Mam 29 lat. Przez 24 lata nie wierzyłem w Boga. Przez 24 lata opowieści o Jezusie Chrystusie robiły na mnie takie samo wrażenie, jak przygody Kubusia Puchatka. Ot, taka bajka. Kościół utożsamiałem z jednej strony z wyzyskiem przez "czarnych", a z drugiej ze skrajną naiwnością i głupotą tych, którzy do Kościoła chodzą. Co ciekawe chodziłem tam też ja. Mało tego, byłem nawet ministrantem. Tu jednak zadecydowała wynajmowana przez księdza sala do grania w piłkę dla ministrantów, o co w tamtym czasie nie było łatwo. Kiedy tak sobie patrzyłem na moment przemienienia w czasie Eucharystii, to widziałem w tym jeden wielki cyrk. Stoi facet ubrany w sukienkę, trzyma w rękach wafla i mówi "czyńcie to na moją pamiątkę". Przecież nikt normalny nie może tego traktować poważnie.

Do spowiedzi nie chodziłem. Uważałem ją za kompletna bzdurę. Była dla mnie tylko i wyłącznie sposobem "czarnych" na trzymanie na smyczy swoich owieczek. Bierzmowanie potraktowałem jako dziwny rytuał, do którego przystąpiłem, bo wszyscy inni też poszli. Powiedzmy, że poszedłem za tłumem. W okresie licealnym raz na jakiś czas poszedłem do kościoła dla własnego świętego spokoju - ze względu na ciągniętą w domu tradycję. Raz wszedłem do tego kościoła, raz poszedłem sobie zapalić za kościół, innym razem posiedziałem na ławce z kumplami. Wiele osób próbowało bić mnie po głowie Dekalogiem, tradycją i moralnością. Kończyłem te rozmowy bardzo szybko. Wystarczył jeden tekst: "Nie muszę chodzić do kościoła, żeby być dobrym człowiekiem". Nikt, absolutnie nikt nie miał sposobu na to, żeby wzbudzić we mnie wiarę. Cały żelbeton gadający ciągle o moralności i grzechu, machający palcem i wskazujący, co jest dobre a co złe, był dla mnie śmieszny. Wszystko zmieniło się w 2009 roku. Wtedy to spotkałem w swoim życiu żywego Jezusa Chrystusa. Nie moralizującego. Nie pokazującego palcem, co jest dobre a co złe. Nie bijącego prawem po łydkach. Spotkałem miłosiernego Boga. Kogoś, kto wyciągnął do mnie rękę. Nie ciągnął na siłę. Nie gadał o in-vitro, aborcji i całym tym złym i bezdusznym świecie. Dał mi propozycję. Pokazał jak piękne może być życie z Nim. Pokazał mi, że to za mnie i moje życie oddał całego Siebie na krzyżu. Pokazał mi, że w Kościele nie chodzi o wymachiwanie palcem, ale o żywą relację z Jezusem Chrystusem. Zobaczyłem, że Bóg nie jest starym sknerą, który zsyła na ludzi nieszczęścia, żeby się zastanowili nad sobą. Jest miłosiernym Ojcem, który przyjmuje mnie takim jakim jestem i zawsze chce dla mnie dobra.

Żaden inny obraz Boga, żaden inny obraz wiary, nie spowodowałby tego, że wróciłem do Kościoła. Żaden uzbrojony po zęby w moralność Katowojownik, wymachujący mi przed nosem piekłem, nie zwróciłby mojej uwagi. Popatrzyłbym, pośmiał się, splunął i poszedł. Prawo, Dekalog i moralność jest częścią chrześcijaństwa, ale nigdy nie będzie jego początkiem i końcem. Początkiem i końcem chrześcijaństwa jest Jezus Chrystus. Dopiero po nawiązaniu z Nim relacji mogłem zrobić kolejny krok w stronę prawa i moralności. Czy ktoś, patrząc na Ciebie, na to jak żyjesz, czy też na to co piszesz, chce przyjść do Kościoła czy raczej z Niego wyjść? Warto nad tym pomyśleć.

DEON.PL POLECA

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Nie bij mnie swoją wiarą
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.