Jarocin 1984-87, Woodstock 2011

Kolejka do alkomatu - policja sprawdza trzeźwość uczestników Przystanku (fot. PAP/Lech Muszyński)

To było coś. Chyba naprawdę się starzeję, skoro wracam do swych nastoletnich lat.

 

Jarocin w latach 80-tych to prawdziwa legenda. Jechało się z dnia na dzień, z różnych stron Polski na "zakazaną muzykę". Są na ten temat filmy, opracowania. I fajnie. Dodam od siebie, że pamiętam te nasze "skóry", ćwieki i glany. W całym "Jarocku" obowiązywała prohibicja. Gdy jednak zapragnęliśmy piwa, wskoczyliśmy do pociągu, z którego wysiedliśmy w Ostrowie Wielkkopolskim. Na peronie czekali już milicjanci, zaprosili nas na posterunek, spisali i... zapakowali do pociągu powrotnego do Jarocina. Tyle się napiliśmy... I chyba

 

Niekórzy jednak szukali kleju, butaprenu, albo roxy. Apteki zostały z tego "ogołocone". A aptek wtedy było zdecydowanie mniej. Siedział potem jeden z drugim w namiocie i wąchał te kleje. Szkoda gadać, bo wiadomo, że to niezbyt zdrowe. Ale nie mogę powiedzieć, by było to zjawisko masowe. Przynajmniej ja i moi kumple żywiliśmy się suchymi bułkami i mlekiem. To było fantastyczne mleko w szkle... Mowa! Kto pamięta, ten wie. Dziś kartony, z "E" ważnością do roku 2100. 

 

Spało się, gdzie się dało. Jedenastu w namiocie... czteroosobowym, lub w ośmiu w "dwójce". Czasem też odsuwało się ogrodzenie jakiejś willi w budowie, i w niej, na dechach, z kamieniem pod głową (serio, serio), w pokojach bez drzwi i okien (ależ był przeciąg) drzemało się do rana. Potem pod sklep, po mleko i bułki. Potem na sympatyczny basen tuż przy stadionie i... na koncert. Jedni rzucali się w pogo, inni zajadali ser z kościelnych darów, a jeszcze inni kiwali się w rytmach reggae. Fantastic. Muzyczne, wolnościowe klimaty. Sam nie wiem, co to było, ale nawet groźni milicjanci z psami za ogrodzeniem stadionu (1984 r.) wydawali się jacyś "nierealni". Nie, nie brałem roxy i na serio byłem trzeźwy.

 

Z ciekawych epizodów pamiętam np. Mszę dla punków. To było ciekawe doświadczenie. Wyobraź sobie cały kościół "irokezów", "pióropuszów", "dredów", skór. Dziś "tak groźnie" wyglądają tylko kościelne spotkania charleyowców.

 

Rok temu wyskoczyłem z żoną i dzieciakami do Kostrzyna, na Woodstock. Chcieliśmy się przekonać, jak to naprawdę tam jest. Bo jedni krytykują, inni zachwalają, więc dobrze wyrobić sobie opinię, oglądając to samemu. Znowu zobaczyłem... młodzież, tłumy faktycznie spore, chyba podobny klimat wolnościowy. Chleb ze smalcem tylko 2 zety, toi-toiek do wyboru i koloru, pogo, ale w błotnych kałużach i z dziewczynami, które mi do tego nie pasowały, w lesie więcej aut niż drzew, no i wszędzie piwo. Rzuca się w oczy sprawna organizacja i pomoc medyczna. W sumie... wyrosłem chyba już z tego, ale co tam... młodość to młodość.

 

Tylko gitarzysta na plakacie, przy glównej scenie, nie wiem przeciw czemu i komu miał taki dziwny grymas. Złości i nienawiści. A może zdawało mi się? Gra na gitarze, w ogóle muzykowanie, w czasach większej wolności politycznej chyba winna być bardziej radosna. I tego bym życzył Jurkowi Owsiakowi, szefowi tej imprezy. Życie ma dosyć swoich złości, i choć na plakacie niech będzie więcej radości.

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

5

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook