Precz żołądek, do serca!

(fot. Rachel Hathaway / flickr.com / CC BY 2.0)

Nigdy nie byłam zwolenniczką demonizowania słodyczy. Dziwiło mnie postne odmawianie sobie kalorii w Imię Boże, a może bardziej rozmiaru S. Tak jakby różowa landrynka, kostka czekolady albo Kinderniespodzianka miały w sobie pierwiastek zła, od którego należy przebyć czterdziestodniowy odwyk. Nie rozumiem jak ma się dusza do żołądka.

 

Pełna skupienia, pochłonięta znaczeniem kubków smakowych, przełyku, jelita  w wymiarze transcendentnym… zauważam ją na stoliku w kuchni. Wygląda cudownie, uśmiecha się do mnie tymi czekoladowymi ząbkami, czuję jej słodki, uwodzicielski zapach, kusi pulchnymi biodrami, wabi zgrabną pianką na wierzchu, nęci spływającą na talerzyk polewą, by tylko spojrzeć, tylko się pochylić i upewnić, że jesteśmy sobie przeznaczone. Ja i muffinka. To na pewno będzie udany i rozkoszny związek. Nie mogę już dłużej wytrzymać. Krążę zwiadowczo wokół stołu, trochę się waham, trochę gram na zwłokę. Muffinka bacznie obserwuje mój komiczny taniec godowy. Więc w końcu dyskretnie sięgam… Niestety, kęs za kęsem, upewniam się, że muffinka mnie zwiodła. Że jeszcze kilka godzin temu była zimna, twarda i spoczywała w stanie hibernacji w zamrażarce.

 

Najpierw kruszy się moje zranione serce, potem cała muffinka, jakby chciała ostatnim tchem wykrztusić: "Ja wiem, że najważniejsze jest wnętrze, więc jestem teraz Twoim wnętrzem i chcę być najważniejsza". Wtedy przychodzi myśl najgorsza. Ona tam już jest. Już przetransportowała miliony swoich tłuszczy, cukrów, kalorii, glutaminianów i innych ulepszaczo-morderców. Już nic nie będzie jak kiedyś. Muffinka stała się jednym z budulców mojego jestestwa. A nawet w imię zasady: "jesteś tym co jesz"- ja stałam się muffinką. To mnie przytłacza. Próbuję sobie przypomnieć co robiłam zanim uwiodła mnie m…

 

W końcu do mnie dociera jak szybko odpowiedź sama mnie znalazła. Bo gdyby przeliczyć grzechy na kalorie, świat cierpiałby na chroniczną nadwagę. Gdyby pokusa miała na opakowaniu zawartość glutaminianów, ulepszaczy, regulatorów, a na końcu skutków ubocznych, nikogo by nie korciło, żeby po nią sięgać. Metody na chudnięcie ze zła pochłaniałyby 70% czasu reklamowego. Za wszelką cenę zmniejszano by ludzki apetyt na występki w celu ratowania gatunku. Dobro byłoby w modzie, oznaczało by upragnione "fitt", a muffinki o smaku wyrzutów sumienia nadal spoczywałyby w stanie hibernacji.

 

 

 

 

 

dodał(a): monikajuroszek
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

4

 

 

Komentarze użytkowników (2)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~;);) uśmiechnięta pomimo ;);) 14:33:55 | 2015-03-12
Ja sobie postanowiłam nie jeść słodyczy w Wielkim Poście.
Dla mnie to wyzwanie ;););) bo jak handra dopada, to aż ciągnie do czekolady ;):);)
Z tego punktu, to dobrze, że już niedługo.... ;););)

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

k.wiaczewska 12:34:26 | 2015-03-10
Pomyslowy,lekko napisany artykul,który jednak nie odnosi sie do spraw błahych.Swietne porównania,bardzo dobrze dopasowane do konkretnych idei.Trochę mam inne zdanie,że gdyby pokusa(ogólniej grzech)miała jak owa mufinka na opakowaniu wykaz substancji szkodliwych to by ludzkość przeszła na dietę fitt... piękne,ale trochę utopijne założenie,bo przeciez na jedzeniu zgodnie z prawem są zaznaczone substancje,a ludzie i tak stale walczą z nadwagą-fajny jednak byłby taki traktat teologiczny-wpływ smaku mufinki na czystość sumienia:)

Oceń 1 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook