Gruzińsko-azerska kość niezgody

me-lady
(fot. archiwum prywatne Monika Nosiadek)

Poczuliśmy, że jesteśmy w niesamowitym "Bożym" miejscu. Obraz jak z filmu. Po prostu bajka.

 

Droga z Tblisi do monastyru Davit Gareji (80km) nie jest wymarzona - w większości  dziurawa jak ser, spacerują po niej stada owiec, aż w końcu za ostatnią osadą, Udabno (w której znajduje się polski kamping i knajpa), asfalt rychło się kończy i droga jest już całkiem szutrowa. Autobus z Tblisi kursuje tu raz dziennie, marszrutki wcale, więc aby tu dojechać, należy wynająć auto bądź taksówkę.


Pod tbliską stacją metra zaczepiło nas kilku Gruzinów aspirujących do roli naszych taksówkarzy. Ceny mieli, co jeden to lepsze - od 100 gruzińskich lari przez 100 dolarów, skończywszy na 100 euro(!)


Wybraliśmy kierowcę, który porozumiewał sięz nami zlepkiem rosyjsko-angielsko-gruzińskim. Jego auto było wprawdzie dość mocno poprzerabiane, ale zaoferował nam najlepszą cenę i potrafiliśmy się z nim dogadać, więc się skusiliśmy. Auto nie bez powodu budziło nasze obawy - już w Kachetii, na jedynej w tym kraju pustyni, "strzeliła" nam na dziurze - których, jak wspomniałam, było tam niemało - opona. Przemyślny kierowca miał w bagażniku zapasowe koło, ale niestety - bez powietrza! Dodatkowo okazało się, że delikwent nawet narzędzi do wymiany zepsutego koła nie miał! Biedak miotał się jak szalony, stale coś wykrzykując (chyba klął jak szewc, ale głowy za to nie dam;)


I tak, 20 km przed monastyrem, późnym popołudniem, na spalonym słońcem pustkowiu, przy 40 stopniach na dworze, gdzie jechało jedno auto na 10 minut (a jakby też inaczej mogły wyglądać okoliczności "przygody";), musieliśmy zrobić przymusowy piknik na asfalcie. Mieliśmy szczęście, bo niebawem nadjechała z przeciwka taksówka z parą Polaków (któż inny by się tu wałęsał). Sympatyczni ludzie z Gdańska pożyczyli nam klucz, pomogli z kołem i zabrali kierowcę z oponami do najbliższego miasta, Sagarejo. My zostaliśmy, żeby "pilnować" auta stojącego na podnośniku. Do cienia rzucanego przez pojedyncze drzewa nie można było pójść się schować, bo gdańszczanie i taksówkarz kilkakrotnie ostrzegali nas, że w tych suchych badylach jest dużo groźnych żmij. Ok, uwierzyliśmy.

 

Siedliśmy więc w cieniu auta na środku drogi (i tak przecież nikt tam nie jeździł), a że było gorąco, to poopalaliśmy się trochę (i topless szło, a co!). Dzieci zawzięcie patrolowały teren z chudymi patykami, wystruganymi im przez tatę (wczuwającego się w rolę Bear Gryllsa) w kształt litery V (po to, by złapać ewentualną żmiję). I tak koczowaliśmy, pilnując żmij i tego, by auto nie spadło z podnośnika (wtedy naprawdę byłoby źle). Nie martwiliśmy się jednak zbytnio, bo przez najbliższą godzinę ze cztery auta przejechały obok nas i każdy kierowca zaproponował nam pomoc. To czym mieliśmy się martwić?  Przygody na wyprawie muszą przecież być. Najważniejsze, że byliśmy razem, wszyscy zdrowi, a dzieciaki szczęśliwe. Bo dzieciom naprawdę jest wszystko jedno, gdzie się bawią - byle rodzice byli blisko.


Niebawem kierowcy wrócili z naprawioną oponą i ruszyliśmy dalej. Kiepską nawierzchnię z nawiązką rekompensowały fantastyczne widoki na trasie. Krajobraz iście księżycowy - surowy i piękny. Góry i pustynne wąwozy przypominały bardziej Afganistan niż zieloną Gruzję, a na skałach można było wyraźnie ujrzeć piękne, wielobarwne pasy - wyraźnie wyodrębnione warstwy litosfery. Widok niezapomniany, a miejsce - niezwykłe, takie natchnione jakoś - błoga cisza, niezmącony spokój, wokół pustynia. Bezkres.


Wdrapaliśmy się do wejścia monastyru, a tam - zero komercji, żadnych biletów, strażników, kas, w ogóle - żywego ducha. Przed wejściem beczka z wodą i kubek dla podróżnych. I cisza. Nie zatrzymywani przez nikogo weszliśmy do środka, pozwiedzaliśmy puste cele, dziedziniec z murowanymi zabudowaniami z czerwoną dachówką i budynki wyglądające, jakby zostały przyklejone do skał. Zajrzeliśmy do kilku jaskiń, a następnie poszliśmy dość wąską ścieżką nad urwiskiem do pobliskich grot, których wokół klasztoru jest kilkadziesiąt. Wewnątrz zobaczyliśmy freski o zadziwiająco żywych kolorach, jakby niewrażliwych na działanie promieni słonecznych.


Z zadumy wyrwał nas bijący dzwon. Kilku mnichów (ubranych o dziwo po "cywilnemu") przeszło obok nas na modlitwy. Nie odezwali się, o nic nie pytali, nawet nie pogonili za "niestosowne" krótkie spodenki, czy obecność naszych biegających dzieci, ani za późne wtargnięcie na teren kompleksu. Uśmiechnęli się tylko, skinęli pozdrawiająco i poszli sobie. Coś niespotykanego. Znów zrobiło się cicho. Poczuliśmy, że jesteśmy w niesamowitym "Bożym" miejscu.


Do Tblisi po tych dziurach wracaliśmy wprawdzie długo, ale już bez problemów. Za to jaki widzieliśmy zachód słońca! Różowo-pomarańczowe, ostre światło tonęło między wzgórzami, po których pasterze na koniach gonili swoje stada. Obraz jak z filmu. Po prostu bajka.

 

(fot. archiwum prywatne Monika Nosiadek)

 

 

Historia kompleksu sięga VI w., kiedy to syryjski mnich Dawid osiedlił się w jaskiniach góry Garedża i założył tu pierwszy klasztor. Jego uczniowie wybudowali kolejne monastyry, których rozkwit przypadł na IX w. Wskutek najazdów, kompleks zaczął stopniowo podupadać, aż został całkiem opuszczony. Obecnie żyje w nim tylko kilku mnichów.

Część zabytków położona jest na terenie wschodniej Gruzji, a część na terenie rozległej równiny Azerbejdżanu. Gruzini ze względów historycznych i kulturowych chcieliby przejąć cały sporny teren kompleksu, niestety dla Azerów jest to teren strategiczny, mający duże znaczenie militarne. I tak, od 1991 roku konflikt nie jest rozwiązany, a przez środek zabytku przebiega granica państwowa(!)

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

11

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

 

 

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook