W głoszeniu Ewangelii polityka nie ma znaczenia

Życie Duchowe

ludzie potrzebują dziś dwóch rzeczy. Po pierwsze, trzeba być blisko nich: nie wolno mówić ex catehdra, lecz być w każdej chwili otwartym na ich problemy. Po drugie, mówiąc do nich, nie należy odwoływać się do swojego autorytetu, lecz do autorytetu słowa Bożego. Nie można wdawać się w akademickie dyskusje, lecz odwoływać się do Ewangelii - z ks. Józefem Kudasiewiczem, emerytowanym profesorem teologii biblijnej Nowego Testamentu w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, rozmawia Józef Augustyn SJ

 


Jakie decyzje w życiu Księdza Profesora były najważniejsze?

 

Bardzo ważne było dla mnie najpierw powołanie kapłańskie. Później czymś ważnym stała się decyzja podjęcia studiów biblijnych. Byłem klerykiem na IV roku seminarium, kiedy wicerektor przedstawił mi tę propozycję. Dostałem dwa tygodnie na zastanowienie się. Nie miałem w ogóle pojęcia o biblistyce, ale intuicyjnie – ponieważ lubiłem Biblię – zgodziłem się. Ta decyzja okazała się ogromną łaską i obficie zaowocowała w moim życiu. Zapoczątkowała moją przygodę z Biblią.

 

W jaki sposób?

 

Biblia otworzyła przede mną nowy świat, inną wizję pobożności, duchowości i maryjności. Oczywiście nie stało się to od razu, trzeba było parę lat popracować, wiele szukać, a nawet pobłądzić. Widać to na przykładzie mojej pobożności maryjnej. Zadano mi kiedyś pytanie, jak ona się kształtowała. Kiedy zastanowiłem się nad odpowiedzią, stwierdziłem, że rzeczywiście był to proces, w trakcie którego przeszedłem długą drogę. Zacząłem od pobożności, którą wyniosłem z domu – bardzo emocjonalnej, żywej, ludowej. Później w czasie nauki w gimnazjum byłem krótko związany z Sodalicją Mariańską. Ten etap nazywam „pobożnością błękitnych sztandarów”, „bogoojczyźnianą”.

 

Później w seminarium uczyłem młodszych kolegów dogmatów maryjnych, przygotowując ich do ślubów sodalicyjnych, po których zostawali czcicielami Maryi. Przełomem, który sprawił, że inaczej spojrzałem na Maryję, była lektura dzieła Ludwika Marii Grignion de Montfort Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny. Była to pierwsza książka teologiczna, która pokazała mi, że teologia tak bardzo łączy się z życiem – życiem Kościoła i człowieka. Do tej pory pod okiem wspaniałych profesorów tylko studiowałem dogmaty, uczyłem się ich. Tymczasem Traktat wprowadził mnie na drogę głębszej pobożności maryjnej. Pogłębiła ją z czasem lektura dokumentów Soboru Watykańskiego II oraz studia biblijne i choć dziś sądzę, że wielu propozycji św. Ludwika Marii nie przyjąłbym do końca (na przykład idei niewolnictwa), jednak to właśnie z jego książki wyniosłem przekonanie, że teologię powinno się uprawiać w kontekście Kościoła i życia.

 

Ksiądz Profesor dotyka tutaj sedna problemu życia duchowego i życia religijnego w ogóle, to znaczy niebezpieczeństwa oddzielania nauczania od życia. Myślę, że rzeczywiście grozi to i księżom, i świeckim zaangażowanym w ruchy religijne.

 

Myślę, że teologia, wykładana w Polsce już na tylu wydziałach, nie przekłada się zupełnie na życie Kościoła. Często uprawia się ją po to, żeby zdobywać stopnie naukowe, awansować. Bywa, że teolog – naukowiec, siedząc w zaciszu swojej pracowni, nie ma w ogóle pojęcia o tym, co się dzieje w jego Kościele.

 

Czy Ksiądz Profesor nie jest zbyt surowy w tej ocenie?

 

Nie chciałbym uogólniać, ale w większości przypadków tak jest. Istnieje nawet taki pogląd, że zniżanie się do ludzi, do Kościoła, ubliżałoby teologii i temu, kto się nią zajmuje. Tymczasem dzięki studiom biblijnym doszedłem do wniosku, że teologia biblijna Nowego Testamentu wyrastała z potrzeb Kościoła. Św. Łukasz na przykład pisał dla swojego Kościoła. Czytając jego Ewangelię, poznawałem życie tego Kościoła, jego problemy, trudności. To samo można powiedzieć o innych ewangelistach czy o św. Pawle. Wszyscy oni pisali dla Kościoła. Nawet teksty skierowane do konkretnych osób odnosiły się do wszystkich, do Kościołów. Dziś autor często nawet nie dostrzega czytelnika. Jak więc może pisać, nie wiedząc, dla kogo to robi?

Nieco inna sytuacja ma miejsce w Europie Zachodniej. Tam, obok ściśle naukowych wydawnictw, pojawiają się różne serie przybliżające treści teologiczne wiernym. Robią to jednak specjaliści, a nie dyletanci.

 

Myślę, że w niezwykły sposób życie z nauką łączył jezuita, o. Alfred Cholewiński. Był biblistą dużej klasy, a przecież wykładał w sposób tak prosty, że my, klerycy, słuchaliśmy go zauroczeni.

 

Ojciec Cholewiński przez długie lata łączył pracę na najwyższym poziomie z posługą w Neokatechumenacie, w którą był głęboko zaangażowany. Później całkowicie poświęcił się posłudze i głosił wspaniałe katechezy, będąc niezwykle ofiarnym i wspaniałym katechistą. Jestem dumny, że miałem takiego ucznia.

 

Gdy mówię o łączeniu teologii z życiem, nie mam na myśli tego, by rezygnować z pracy naukowej, lecz by prowadząc katedrę, zauważać poza grupą specjalistów także zwyczajnych ludzi, głodnych słowa Bożego. Teologia bowiem nie jest wiedzą mandarynów, lecz diakonią w Kościele.

 

Wspomniał Ksiądz o swojej drodze maryjnej. Co robić, by polska pobożność maryjna stała się naprawdę wyrazem wiary w Jezusa, czyli by Maryja naprawdę prowadziła nas do Jezusa?

 

Jest to istotnie wielki problem. Oczywiście nie chodzi o zmianę samej mariologii, lecz o to, by pobożnych ludzi kształtować rzeczywiście po chrześcijańsku. Kiedyś głosiłem homilię komentującą perykopę o Samarytance, w której Jezus objawia prawdziwy kult Ojca – w Duchu i Prawdzie. Wyszedłem od pieśni „Serdeczna Matko, opiekunko ludzi, niech Cię płacz sierot do litości wzbudzi”. Pytałem: „Gdzie się podział Ojciec? Czy nie jesteśmy sierotami z wyboru?”. Podobnie pytałem o Ducha Świętego w jedną z kolejnych niedziel – o Ducha, którego do tej pory nazywa się „Bogiem nieznanym”.
Uważam, że pogłębienie pobożności maryjnej powinno polegać na tym, by otworzyć ludzi na pełne chrześcijaństwo. Jesteśmy już chrześcijanami od ponad tysiąca lat, a w powszechnej świadomości nie doszliśmy nawet do tego, że jesteśmy dziećmi Bożymi, że chrześcijaństwo jest trynitarne.

 

W jaki sposób przeżywać to, o czym Ksiądz Profesor mówi, w praktyce?

 

Trzeba przekazywać całą prawdę. Nie wolno Matki Bożej wyłączać z kontekstu trynitarnego. Oczywiście nie jest to tylko wina ludzi. Wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chystusa. Główną odpowiedzialność ponoszą ci, którzy głoszą nieprawidłową mariologię albo jej przytakują. Od Soboru Watykańskiego II minęło wiele lat i trzeba zapytać, ile z tego, co Sobór wniósł w mariologię, przeszło do polskiej pobożności maryjnej. Jeżeli będziemy rzeczywiście otwierać oczy na piękno i pełnię chrześcijaństwa, wówczas odnajdziemy Matkę Najświętszą, obok Boga Ojca, Ducha Świętego i Chrystusa. Wyrwanie Maryi z kontekstu Trójcy Świętej prowadzi wprost do takiej postawy, jak w pieśni „Serdeczna Matko”. To proste, tylko trzeba chcieć to zrozumieć. Wielką winę w kreowaniu takiej niebiblijnej i nieosobowej mariologii ponoszą niektóre sanktuaria maryjne. Najbardziej bolesne jest to, że absolutnie nikt tego nie dostrzega i nie koryguje, nawet ci, którzy mają obowiązek to czynić. Pobożność maryjna jest zupełnie „puszczona na żywioł”.

 

Myślę, że Ksiądz Profesor dotyka tutaj zasadniczej sprawy – „chcenia”, zaangażowania i twórczości.

 

Według mnie największą bolączką polskiego chrześcijaństwa jest brak takiej postawy. Można w tym miejscu sparafrazować Wyspiańskiego: „Siła by już mogli mieć, tylko oni nie chcą chcieć”. Faktycznie, „chcenia” często nie ma, nie ma też ambicji osobistej twórczości. A przecież tworzyć można wszędzie i na każdym polu, także głosząc homilię czy katechizując dzieci. Na przykład przygotowując coś, nie szukać gotowych konspektów, ale pomodlić się, pomyśleć, sięgnąć do źródeł. Zresztą to zaczyna się już podczas studiów. Ileż trzeba się nieraz nawalczyć ze studentami, by przygotowując na przykład prace magisterskie, nie ściągali, nie kopiowali, lecz próbowali sami tworzyć.

 

1 2  
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.82

Liczba głosów:

11

 

 

Komentarze użytkowników (2)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

Kinga 12:38:45 | 2010-04-27
W "głoszeniu" polityki Ewangelia ma znaczenie.

Ma znaczenie, ale jakie ?
Są rózne opcje:
1. Ewangelia jest własnością PiS.
2. Jarosław powinien juz poprzestać na studiowaniu Ewangelii.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~katolik 10:25:47 | 2010-04-27
Ślepi prowadzą ślepych.
tradycja-2007.blog.onet.pl/

Oceń odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook