Wciąż jestem jego żoną

w drodze
(fot. MIKI Yoshihito / flickr.com / CC BY)

Przysięgałam miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że go nie opuszczę aż do śmierci. Nie brałam pod uwagę tego, że moje słowa będą obowiązywały całkowicie niezależnie od wyborów i uczynków drugiej strony.

 

Moja obrączka jest złota, gładka i wyjątkowo mała, żeby dobrze leżała na szczupłym palcu. Noszę ją od czternastu lat z krótką przerwą, kiedy to musiałam zwiedzić piekło - tu, na ziemi. Wyszłam za mąż wcześnie i byłam z niej bardzo dumna. W drodze na uczelnię opierałam prawą rękę na poręczy w autobusie tak, by wszyscy wokół mogli zobaczyć obrączkę. Małżeństwo napełniało mnie radością, którą najchętniej obwieściłabym całemu światu. Ale tak naprawdę wartość tego niewielkiego, okrągłego symbolu poznałam dopiero wtedy, gdy zaczęłam płacić za niego ogromną cenę.

 

Wszyscy zostaliśmy wychowani na tych samych bajkach, w których królewicz i jego wybranka najpierw pokonują przeciwności losu, a po ślubie już tylko żyją długo i szczęśliwie. Niejeden raz zapominamy, że w życiu jest raczej odwrotnie. Jakże czujemy się oszukani, kiedy nasze związki się rozpadają! W końcu w żadnej baśni nie było mowy o rozwodzie króla i królowej. A to, że dziś rozwody są tak powszechne, że dotykają aż tylu osób, w żaden sposób nie umniejsza cierpienia poszkodowanych i ich dzieci. Kto zatem jest zagrożony rozwodem? Każdy, kto trwa w małżeństwie.

 

Co przysięgamy

 

Ja, mąż i dzieci - najlepiej cała gromadka. W niedzielę i od święta Pan Bóg. Dom z ogródkiem, a w odległej przyszłości wnuki wokół nas. Tak sobie to zaplanowałam. Owszem, miałam różne obawy: czy dzieci będą zdrowe, czy nie dotknie nas jakiś nieszczęśliwy wypadek. Na liście możliwych kataklizmów rozwód nie pojawił się nawet na chwilę. Dlaczego coś takiego miałoby nas dotyczyć? Przecież prawdziwa miłość nigdy nie ustaje.

 

Poznaliśmy się na obozie harcerskim, co, oczywiście, miało świetnie wróżyć na przyszłość. Ja miałam piętnaście lat, on szesnaście. I nawet to, że mieszkaliśmy w innych miastach nie przeszkodziło nam utrzymać uczucia aż do studenckich czasów. Byłam wtedy w salezjańskim Ruchu Światło-Życie, oddałam moje serce nie tylko chłopakowi, ale i Jezusowi. Okazało się później, jak bardzo poważnie nasz Pan traktuje ludzkie wybory i jak ogromna jest Jego wierność wobec naszej niewierności, małości, letniości.

 

W trakcie studiów pojawiło się dziecko, więc po prostu się pobraliśmy i zamieszkaliśmy razem, korzystając z pomocy rodziców. Dopiero teraz widzę, z jakiego bałaganu wchodziliśmy w sakrament małżeństwa, jak wybiórczo traktowaliśmy Boże przykazania. Ale wtedy szalałam ze szczęścia. Byłam zakochana, chciałam być żoną i mamą. Z Panem Bogiem niczego nie uzgadniałam, On miał nam pobłogosławić i już. Wiedziałam o sakramencie tyle, ile większość młodych ludzi po krótkim kursie przedmałżeńskim. To znaczy nic. 15 sierpnia, w Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, przysięgałam miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że go nie opuszczę aż do śmierci, nie do końca rozumiejąc, co przysięgam. Nie brałam pod uwagę tego, że moje słowa będą obowiązywały całkowicie NIEZALEŻNIE od wyborów i uczynków drugiej strony. Teraz czuję potrzebę, aby powiedzieć innym - właśnie TO przysięgacie. Na dobre i na złe. Nawet gdyby to złe było gorsze, niż się spodziewacie, stając przepięknie ubrani i lekko zdenerwowani przed ołtarzem.

 

Ta trzecia

 

Po ślubie zaczęło się zwykłe małżeńskie życie. W miarę zgodne i w miarę wygodne. Urodziła się urocza, zdrowa córeczka, cztery lata później druga, równie udana. Mąż miał dobrą pracę, ja mogłam pozostać z dziećmi w domu. Chodziliśmy co niedzielę do kościoła i uważałam, że wszystko jest w porządku. Bóg wszak miał swoje miejsce w tej rodzinie, choć niekoniecznie pierwsze… Mój mąż wiele lat przed faktycznym kryzysem przestał chodzić do spowiedzi i do komunii, tłumaczył to problemami z wiarą. Jak mogłabym naciskać? Przed siódmą rocznicą ślubu poszłam więc na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy ze starszą córką, a jego nie było z nami. Nie pamiętam, z jaką intencją szłam w tej pielgrzymce, ale wkrótce po niej poczęło się trzecie dziecko, które z pewnością było kolejnym darem Matki Bożej. Synek urodził się w cudowną, czerwcową noc w ciszy i spokoju domu, tylko w obecności męża i domowej położnej. Rok później przeprowadziliśmy się do wybudowanego na kredyt, wymarzonego domu z ogrodem. Tak długo spoczywało na nas błogosławieństwo, mimo że nie dbaliśmy o nie.

 

Nie miałam pojęcia, jak należy dbać o małżeńską miłość. W domu moich rodziców to się SAMO układało. Tu mowy nie było o wspólnej wieczornej modlitwie, o czytaniu Pisma Świętego. Wieczory, po uśpieniu dzieci, często wyglądały tak: mąż przyklejony do laptopa, ja do swojego komputera. Robiłam na tym komputerze ogromnie ważne, w moim mniemaniu, rzeczy: doradzałam młodym matkom na rodzicielskich forach, dzieliłam się doświadczeniem w wychowywaniu i pielęgnacji maluchów. Byłam zadowolona z istniejącego stanu rzeczy, nasze dzieci rozwijały się wspaniale, stać nas było na wakacje za granicą, a mąż mnie słuchał, gdy narzucałam mu swoje zdanie w wielu dziedzinach. Kryzys się rozwijał powoli, cicho, dla mnie niedostrzegalnie. Jak złodziej, który przychodzi nocą, by kraść.

 

Nasz syn miał dwa lata, kiedy uświadomiłam sobie, właściwie odczułam, obecność "tej trzeciej". Ziemia usunęła mi się spod nóg. Nikt i nic w życiu nie przygotowało mnie na taki obrót wydarzeń. Mój mąż zadurzył się w młodszej koleżance z pracy. Wypierał się tego nawet wtedy, gdy został schwytany za rękę.

 

Nie będę opisywała piekła, jakie rozpętało się, kiedy zdrada wyszła na jaw. Tylko ten, kto przeżył coś takiego, uwierzy, że to ból, który może zabić - od razu lub na raty, powoli, zatruwając życie gniewem, nienawiścią i poczuciem krzywdy. To także stan paniki, który zmienia naszą osobowość. Emocje wykrzywiają rzeczywistość. Człowiek popełnia czyny, o które nigdy by się nie podejrzewał. A odkrycie zdrady poprzedza najczęściej pewien dłuższy lub krótszy okres schizofrenicznego zawieszenia pomiędzy potwornymi podejrzeniami a niedowierzaniem; pomiędzy niezrozumiałym chłodem i odrzuceniem a nadzieją, że "jutro wszystko będzie dobrze".

 

Nie mogłam czerpać sił od Jezusa, bo się na Niego obraziłam. Nie wiedziałam, jak się zachować w obliczu romansu współmałżonka, i co robić, by ocalić nasze małżeństwo. Teraz wiem. Wówczas jednak robiłam wszystko na opak: awanturowałam się, budziłam się spuchnięta od płaczu, zarejestrowałam się na portalu randkowym ku przestrodze i straszyłam rozwodem.

 

Mieszkaliśmy razem w takiej strasznej atmosferze jeszcze pół roku. Udawaliśmy normalność przed dziećmi i dalszą rodziną. Tak spędziliśmy dziesiątą rocznicę ślubu, w górach, razem i osobno jednocześnie. To był nieprzerwany koszmar. Pewnego styczniowego wieczoru mój mąż pośpiesznie spakował rzeczy osobiste i wyszedł na mróz, a ja zatrzasnęłam za nim drzwi z całej siły, życząc jemu i jego kobiecie wszystkiego najgorszego. Do dziś mam w uszach rozpaczliwy, wielogodzinny płacz naszych córek tamtej nocy, gdy straciły prawdziwego tatę. Obrączkę z wściekłością zdjęłam z palca i wrzuciłam głęboko do szuflady, między bieliznę. Złorzeczyłam losowi, pełna pretensji, że któregoś dnia naszego "poprzedniego życia" nie spotkała nas wszystkich wspólna śmierć w zmiażdżonym przez tira samochodzie, abyśmy nigdy nie musieli przechodzić przez TO! Całymi nocami śniły mi się koszmary, w których widziałam męża z kochanką i ich przyszłe wspólne dzieci. Szatan musiał skakać wokół nas z radości.

 

Ja mam przebaczyć?

 

Kiedy on odszedł, utraciłam wszystko, czym żyłam: normalny tryb życia, wszystkie plany, środki utrzymania, samochód, poczucie własnej wartości - straty materialne i emocjonalne można by wymieniać bardzo długo. Trzymałam się w jednym kawałku, ponieważ dzieci były w fatalnym stanie. Trudno opisać ich cierpienie, gdy rozpada się im rodzina, absolutna podstawa ich poczucia bezpieczeństwa. Pomagali nam moi rodzice i przyjaciółki. Wstawałam rano jak automat, karmiłam i odprowadzałam córki do szkoły i przedszkola, zabierałam syna do żłobka, gdzie pracowałam na część etatu. Ale duchowo byłam pocięta na kawałeczki. Zżerała mnie nienawiść! Chciałam zemsty, kary, sprawiedliwości za cudzołóstwo. Chciałam się dowartościować na siłę poprzez podziw innego mężczyzny, zaplanowałam już randkę.

 

Wokół mnie znalazło się kilka osób, które zaczęły się za nas gorąco modlić w tych okropnych dniach, gdy modlitwa nie chciała przejść mi przez gardło. Jedna z moich przyjaciółek wysłała nam na pomoc swoją ciocię, psychologa dziecięcego, a zarazem zaangażowaną chrześcijankę. Jeszcze nie wiedziałam, że to Bóg organizuje i wysyła pomoc, rozpina siatkę pod krawędzią przepaści. Od psychologa, pani Barbary, już po jej rozmowach z dziewczynkami, usłyszałam po raz pierwszy o przebaczeniu i przyjęciu męża z powrotem. Myślałam, że się przesłyszałam! Ja zostałam tak podle skrzywdzona oraz oszukana i to ja mam pierwsza wyciągać rękę do krzywdziciela i oszusta?

 

Jednak po tej rozmowie uchyliły się we mnie jakieś drzwi. "Nie mam nic. Jestem sama" - płakałam bez łez, bo nawet łzy się we mnie zablokowały. "Ale Ja Jestem" - mówił głos zza drzwi. "Zostałam porzucona" - skarżyłam się. "Ja cię nie porzuciłem. Jesteś Moja" - odpowiadał głos z taką miłością, że ogarniało mnie zdumienie. Znałam ten głos. Rozpoznałam Go, bo przecież słuchałam Go kiedyś, jako młoda dziewczyna, oazowa animatorka. Dla Boga mój kryzys był okazją, aby zaprosić mnie do powrotu do Niego. Sięgnęłam wreszcie po Pismo Święte i przeczytałam drugi rozdział Księgi Ozeasza:

 

Dlatego chcę ją przynęcić,
na pustynię ją wyprowadzić
i mówić jej do serca.
Oddam jej znowu winnice,
dolinę Akor uczynię bramą nadziei -
i będzie Mi tam uległa jak za dni swej młodości,
gdy wychodziła z egipskiego kraju.
I stanie się w owym dniu - wyrocznia Pana -
że nazwie Mnie: "Mąż mój",
a już nie powie: "Mój Baal".
Usunę z jej ust imiona Baalów
i już nie będzie wymawiać ich imion.
W owym dniu zawrę z nią przymierze,
ze zwierzem polnym i ptactwem powietrznym,
i z tym, co pełza po ziemi.
Łuk, miecz i wojnę wyniszczę z jej kraju,
i pozwolę jej żyć bezpiecznie.
I poślubię cię sobie [znowu] na wieki,
poślubię przez sprawiedliwość i prawo,
przez miłość i miłosierdzie.
Poślubię cię sobie przez wierność,
a poznasz Pana.

Chrystus mnie chciał

 

Wszystko, co mnie potem spotkało, było konsekwencją mojej decyzji o powrocie do Ojca. On czekał, nie licząc mi czasu, który zmarnowałam. Przeszukując internet, odnalazłam Wspólnotę Trudnych Małżeństw Sychar, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Wspólnota powstała w 2003 roku u pallotynów przy ul. Skaryszewskiej w Warszawie. Jej charyzmatem jest dążenie do uzdrowienia mocą Bożą i mocą sakramentu każdego małżeństwa w kryzysie, w separacji, nawet po rozwodzie. Obecnie ma ponad trzydzieści ognisk w różnych miastach w całej Polsce i za granicą. Nazwa wzięła się od miasteczka przy studni Jakuba, przy której Pan Jezus spotkał Samarytankę. To bardzo znany fragment czwartego rozdziału Ewangelii św. Jana. Tamta kobieta, żyjąca dwa tysiące lat temu, miała bardzo współczesny bałagan w życiu osobistym: nie mogła obyć się bez mężczyzny, nieważne, czy był jej poślubiony, czy też nie. Tymczasem Jezus objawił jej samego Siebie jako jedyne źródło Wody Żywej.

 

Sycharowe forum czytałam zachłannie. Ze zdziwieniem odkryłam, że istnieją ludzie - kobiety i mężczyźni - którzy w podobnej do mojej sytuacji życiowej dochowują wierności sakramentowi i nie pielęgnują poczucia krzywdy. Zaskoczyła mnie ich pogoda ducha, ufność, nadzieja niezależna od okoliczności zewnętrznych, brak pretensji do losu, innych, samych siebie. Pierwszy raz spotkałam ich na żywo na ogólnopolskich rekolekcjach wspólnoty w Otwocku wiosną 2010 roku. Swoją postawą, całym życiem świadczyli: traktujemy serio naszą przysięgę.

 

Dotarłam wreszcie do konfesjonału. Nigdy nie zapomnę tej szczególnej wielkopostnej spowiedzi. Przestało się liczyć to, co zepsułam, nie miało już znaczenia, że jestem niechciana przez męża. Chrystus mnie chciał, całą, natychmiast, tylko to się liczyło. Wiedziałam, że przebaczenie jest jedyną drogą, by móc codziennie szczerze odmawiać "Ojcze nasz". Nawet dziecko nie potrafi się modlić, jeśli chwilę wcześniej pokłóciło się z bratem lub siostrą. Zrozumiałam wtedy, że przebaczenie nie jest sprawą uczuć. To raczej akt woli, postanowienie. Wybaczyłam mężowi ten jeden raz: zdradę, kłamstwa, ból, jak od rany zadanej nożem. A potem wybaczałam tysiąc razy, by móc żyć u Źródła Życia.

 

Byłam przekonana, że mój mąż wróci, skoro sam Bóg uzdolnił mnie do przebaczenia. Napisałam list, w którym poprosiłam, by wrócił do domu. Miałam przecież niezwłocznie wynagrodzić rodzinie moje pomyłki i zaniedbania. Dzieci czekały na swojego tatę. Wiedziały już, że mama nadal go kocha. Każdy dzień kończyliśmy wspólną modlitwą za niego.

 

Stało się jednak inaczej. Mój mąż w pośpiechu złożył pozew rozwodowy. On, korzystając ze swojej wolnej woli, także podjął decyzję - żyć długo i szczęśliwie z inną kobietą. Ale ja nie byłam już sama - wspierała mnie cała wspólnota, moi nowi, niezawodni przyjaciele. Stanęłam na nogi, trzymając się Bożej dłoni i dzięki temu ja także potrafiłam już dawać wsparcie: przede wszystkim własnym dzieciom, ale także innym osobom w kryzysie. Nie wyraziłam zgody na rozwód. Dlaczego miałabym dawać przyzwolenie na autentyczne zło? Kilka miesięcy po odejściu męża zostałam jedną ze świeckich liderek Wspólnoty Trudnych Małżeństw Sychar. Poprowadziłam ognisko w Poznaniu.

 

W pojedynkę

 

Nie wybrałam łatwej drogi. Na każdym kroku potykałam się o kłody rzucane pod nogi. Dzieci, szczególnie średnia córeczka, bardzo chorowały, kilka razy przyszło mi samotnie dzielić opiekę nad jednym w szpitalu i pozostałą dwójką w domu. Znajomi pytali, dlaczego noszę obrączkę i dlaczego nie zgadzam się na rozwód. Nie rozumieli tego. Aby ustalić spotkania ojca z dziećmi, zbyt rzadkie, niestety, jak na ich potrzeby, trzeba było spotkań w Komitecie Ochrony Praw Dziecka. Musiałam pilnie znaleźć pracę, praktycznie bez doświadczenia, po dziesięciu latach wychowywania dzieci. Ale Opatrzność i życzliwi ludzie czuwali nad nami - rozpoczęłam staż w szkole, nieopodal domu. Rodzina męża całkowicie zerwała ze mną kontakty. Przeżyłam niejeden szok, czytając o sobie to, co pisał adwokat męża w pismach procesowych. A od męża doświadczyłam różnych form przemocy.

 

Ale z drugiej strony nigdy wcześniej nie doświadczyłam tak głębokiego pokoju serca, zaufania, wolności i wewnętrznej radości. Odnalazłam swoją zgubioną tożsamość. Zawsze będę córką Króla. Zawsze będę żoną, niezależnie od tego, gdzie i z kim będzie mój mąż. To nic, że moje modlitwy nie podziałały natychmiast. Ani jedna minuta naszej modlitwy nie pozostaje zmarnowana, my po prostu nie ogarniamy całości, którą widzi Bóg. Skorzystałam z narzędzi, które oferuje wspólnota Sychar, i przerobiłam specjalnie dostosowany program "12 kroków ku pełni życia dla chrześcijan", będący podstawą naszej formacji. W taki właśnie sposób kryzys, który na pierwszy rzut oka wygląda na koniec świata, może stać się okazją do rozwoju i przemiany siebie.

 

Zabierałam dzieciaki na wakacje organizowane przez wspólnotę Sychar. Tam mogły się do woli bawić i rozmawiać z rówieśnikami znajdującymi się w podobnych, skomplikowanych sytuacjach życiowych. Miały także kontakt z zaangażowanymi ojcami, co - mam nadzieję - wpłynie pozytywnie na ich postrzeganie mężczyzn. Jestem przekonana, że powstanie i coraz szybszy rozwój wspólnot Sychar jest odpowiedzią na najbardziej dramatyczne zapotrzebowanie w dzisiejszych czasach, gdy stałość małżeństwa i rodziny jest niczym, łódeczką z papieru na wzburzonych falach. Chcemy pokazać ludziom, że w każdej pogmatwanej sytuacji małżeńskiej można zachować Boży porządek.

 

Boże zasady są zawsze bardzo proste, to my je komplikujemy. Zgodnie z Ewangelią: "Każdy, kto oddala swoją żonę, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo; i kto oddaloną przez męża bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo" (Łk 16,18). Święty Paweł do słów Chrystusa dopowiada: "Tym zaś, którzy trwają w związkach małżeńskich, nakazuję nie ja, lecz Pan: Żona niech nie odchodzi od swego męża.  Gdyby zaś odeszła, niech pozostanie samotną albo niech się pojedna ze swym mężem. Mąż również niech nie oddala żony" (1 Kor 7,10-11).

 

Stanowczo sprzeciwiamy się więc rozwodom i powtórnym związkom. Równocześnie sakrament i małżeńska miłość nie dają nikomu prawa do krzywdzenia drugiej osoby. W sytuacji przemocy domowej konieczne jest zwykle odizolowanie się od sprawcy, czyli separacja faktyczna i ewentualnie sądowa. Skoro mamy w Polsce instytucję separacji, nie ma żadnych powodów, aby katolik wybierał rozwód.

 

Oczywiście, jeśli druga strona chce rozwodu, to świecki sąd nie będzie raczej brał pod uwagę czyjegoś światopoglądu i przekonań religijnych. Ale wierzę, że czyste sumienie w tej kwestii i znak sprzeciwu wobec zła dotykającego nas i nasze dzieci mają wagę złota w oczach Pana. Mój proces sądowy trwał dwa i pół roku, skończył się na trzynastej rozprawie ogłoszeniem wyroku: rozwód z winy obu stron.


Było wiele lepszych i gorszych dni, ale nie zwątpiłam w sens tego, co robię, w sens bycia we wspólnocie. Widziałam na własne oczy mnóstwo uzdrowionych relacji, uratowanych małżeństw moich znajomych i niektórych bliskich przyjaciół. Słyszałam i czytałam przepiękne świadectwa zwycięstwa miłości. Mocno przeżywałam powrót Jarka, męża Mirki, liderki gdańskiego ogniska, po siedmiu latach od ich rozwodu. Działy się rzeczy po ludzku niemożliwe, niewykonalne bez łaski Pana.

Mamy własny modlitewnik wspólnotowy, a najczęściej wybieranym na spotkaniach ognisk tekstem jest chyba "Modlitwa o odrodzenie małżeństwa", która streszcza wszystko, co najważniejsze w pokonywaniu kryzysu:

 

Panie, przedstawiam Ci nasze małżeństwo - mojego męża (moją żonę) i mnie. Dziękuję, że nas połączyłeś, że podarowałeś nas sobie nawzajem i umocniłeś nasz związek swoim sakramentem. Panie, w tej chwili nasze małżeństwo nie jest takie, jakim Ty chciałbyś je widzieć. Potrzebuje uzdrowienia. Jednak dla Ciebie, który kochasz nas oboje, nie ma rzeczy niemożliwych. Dlatego proszę Cię:
- o dar szczerej rozmowy,
- o "przemycie oczu", abyśmy spojrzeli na siebie oczami Twojej miłości, która "nie pamięta złego" i "we wszystkim pokłada nadzieję",

- o odkrycie - pośród mnóstwa różnic - tego dobra, które nas łączy, wokół którego można coś zbudować (zgodnie z radą Apostoła: zło dobrem zwyciężaj),

- o wyjaśnienie i wybaczenie dawnych urazów, o uzdrowienie ran i wszystkiego, co chore, o uwolnienie od nałogów i złych nawyków. Niech w naszym małżeństwie wypełni się wola Twoja. Niech nasza relacja odrodzi się i ożywi, przynosząc owoce nam samym oraz wszystkim wokół. Ufam Tobie, Panie Jezu, i już teraz dziękuję Ci za wszystko, co dla nas uczynisz. Uwielbiam Cię w sercu i błogosławię w całym moim życiu. Amen.

 

Święty Józefie, sprawiedliwy mężu i ojcze, który z takim oddaniem opiekowałeś się Jezusem i Maryją - wstaw się za nami. Zaopiekuj się naszym małżeństwem. Powierzam Ci również inne małżeństwa, szczególnie te, które przeżywają jakieś trudności. Proszę - módl się za nami wszystkimi! Amen.

 

Nie mam pojęcia, co będzie dalej. Trudno jest w pojedynkę wychowywać troje dzieci i przekazać im dobre wzorce. Nie wiem, gdzie będziemy mieszkać, gdy stracimy dom. Ale mam świadomość, że pozostaję w Bożych rękach tak długo, jak długo się z nich nie wyrywam ku własnym zachciankom. Wiem też, że nasz Pan szanuje wolną wolę mojego męża (nie używam sformułowania "były mąż") tak samo jak moją. Dlatego teraz nie ma go przy mnie. Wierzę, że swoimi ścieżkami doprowadzi go w końcu do zbawienia, wraz z naszymi dziećmi i całą rodziną. Niejednokrotnie koleżanki i inne osoby pytały mnie, dlaczego postanowiłam się już z nikim nie wiązać. Dlaczego marnuję życie. Przecież jestem jeszcze młoda (miałam trzydzieści jeden lat, kiedy on związał się z kochanką). Przecież, jeśli Kościół jest dla mnie ważny, to mogę iść do duszpasterstwa dla niesakramentalnych. Czy uważam, że skoro on sobie kogoś znalazł, to czy ja nie mam tym bardziej prawa do szczęścia? No właśnie, chodzi o szczęście. Ono jest w tabernakulum, to Jezus Eucharystyczny. Mam prawo do Jezusa. Do Szczęścia.

 

 

Anna Jedna - nauczycielka, sakramentalna żona, matka trojga dzieci i liderka poznańskiego ogniska wspólnoty Sychar, jest autorką książki Sychar. Ile jest warta twoja obrączka wydanej w tym roku przez Wydawnictwo Fides, www.WydawnictwoFides.pl. Fragmenty książki zostały wykorzystane w tym tekście.

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

2.62

Liczba głosów:

180

 

 

Komentarze użytkowników (119)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~Eva Adalwolf 12:47:01 | 2017-06-07
To jest najbardziej cudowna rzecz, jakiej kiedykolwiek doswiadczylem. Odwiedzilem tutaj forum w internecie w dniu 06 lipca 2016 r. I widzialem wspaniale wspomnienia na forum o dobrych pracach DR ZAZA. Am Eva Adalwolf z Stany Zjednoczone. Nigdy tego nie uwierzylam, bo nigdy wczesniej nie slyszalem o tym cudzie. Zadne cialo nie mogloby mnie przekonac, dopóki DR ZAZA nie zrobil dla mnie wspanialej pracy, która przywrócila moje malzenstwo przez 4 lata, wracajac do mojego rozwiedzionego Meza w ciagu 24 do 48 godzin, tak jak czytalem w internecie. Bylem naprawde zszokowany, gdy mój maz wrócil do domu, proszac o przebaczenie, aby go zaakceptowac. Naprawde brakuje mi slów, aby pokazac moje uznanie dla DR ZAZA, poniewaz jest on Bogiem poslanym do mnie i calej mojej rodziny do Bozego przywrócenia malzenstwa. Czy potrzebujesz jakiejkolwiek pomocy? Nie wahaj sie z nim skontaktowac. Specjalizuje sie równiez w nastepujacych sprawach:
Rozliczenie pojednania
Pojednanie malzenskie
Wzrost firmy
Promocja w miejscu pracy / biurze
Udzielanie bankom pozyczek
Leki na choroby takie jak; Raka, AIDS, wirusa Zika, choroby opryszczki, zakazenia seksualnego E.T.C.
Ciaza lub plodnosc
Wracaj do EX / lover
Zabierz zone / meza z powrotem
Zdobadz swojego chlopaka / dziewczyne
E-mail: [email protected]

Oceń 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~re 13:50:26 | 2014-03-11
do Mariusza;
kardynał sam podpala stos na którym stoi;

Oceń 3 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Mariusz 12:41:27 | 2014-03-11
Kolejny Ksiądz który mówi normalnie:
http://wiadomosci.onet.pl/swiat/kardynal-kasper-tak-dla-komunii-dla-rozwodnikow-w-nowych-zwiazkach/mwmcn
Nie będziecie chcieli go spalić na stosie??

Oceń 1 2 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Mariusz 15:52:49 | 2014-03-02

Tak jak myślałem. Kolejny/kolejna bardziej święta od Franciszka. Chyba jakąś rewolucję albo protest musicie zrobić bo coś nie podrodze wam z nowym Papieżem. 

Mariusz napisał: "http://wiadomosci.onet.pl/religia/papiez-nie-mozna-potepiac-tych-ktorych-malzenstwa-sie-rozpadly/...
I co na to wszyscy którzy pisali o "zdrajcach" i "łajdakach"?? Papież nie potępia takich ludzi a Wy tak??"

Kto łamie własną przysięgę małżeńską i przymierze małżeńskie z Bogiem  i wchodzi w niesakramentalny związek - sam się potępia. 
(J 8, 3-11) Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, a od tej chwili już nie grzesz!».

...

...

Oceń 1 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~J 8,32 11:16:13 | 2014-03-02
Mariusz napisał: "http://wiadomosci.onet.pl/religia/papiez-nie-mozna-potepiac-tych-ktorych-malzenstwa-sie-rozpadly/...
I co na to wszyscy którzy pisali o "zdrajcach" i "łajdakach"?? Papież nie potępia takich ludzi a Wy tak??"

Kto łamie własną przysięgę małżeńską i przymierze małżeńskie z Bogiem  i wchodzi w niesakramentalny związek - sam się potępia. 
(J 8, 3-11) Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, a od tej chwili już nie grzesz!».

...

Oceń 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Mariusz 20:08:31 | 2014-02-28
Papież mówi jasno.
"Nie można potępiać tych, których małżeństwa się rozpadły".
Gdzie nie wiadomo o co chodzi??
Znając czytelników Deona zaraz znajdzie się pełno ludzi bardziej świętych od Franciszka ;-)

Papież tak mówi, że nie wiadomo o co chodzi. Czy mówi o ludziach, którzy - jak autorka - zostali porzuceni i bez własnej winy są rozwodnikami? 
Czy też mówi o ludziach, którzy - jak mąż Autorki - odeszli z inną partnerką? 
Na pewno nie należy taką samą miarą oceniać obydwóch kategorii rozwiedzionych. 
Ale przypuszczam, że rozróżnienie, iż istnieją dwie diametralnie odmienne grupy rozwiedzionych, jest zbyt skomplikowane dla hierarchów Kościoła.
Wykazał to nawet sam kardynał Muller, który ubolewał, że dzieci po rozwodzie rodziców, muszą mieszkać nie z własnym ojcem ale z nowym partnerem matki, (lub ojca), jakby nie zauważył, że są porzuceni-rozwiedzeni, którzy nie wchodzą w żadne ponowne związki cywilne.
Przypadek Autorki (nie żyjącej po rozwodzie z drugim mężem) zapewne byłby dla nich kompletnym zaskoczeniem

...

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~re 18:52:40 | 2014-02-28
Papież tak mówi, że nie wiadomo o co chodzi. Czy mówi o ludziach, którzy - jak autorka - zostali porzuceni i bez własnej winy są rozwodnikami? 
Czy też mówi o ludziach, którzy - jak mąż Autorki - odeszli z inną partnerką? 
Na pewno nie należy taką samą miarą oceniać obydwóch kategorii rozwiedzionych. 
Ale przypuszczam, że rozróżnienie, iż istnieją dwie diametralnie odmienne grupy rozwiedzionych, jest zbyt skomplikowane dla hierarchów Kościoła.
Wykazał to nawet sam kardynał Muller, który ubolewał, że dzieci po rozwodzie rodziców, muszą mieszkać nie z własnym ojcem ale z nowym partnerem matki, (lub ojca), jakby nie zauważył, że są porzuceni-rozwiedzeni, którzy nie wchodzą w żadne ponowne związki cywilne.
Przypadek Autorki (nie żyjącej po rozwodzie z drugim mężem) zapewne byłby dla nich kompletnym zaskoczeniem

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Mariusz 15:27:56 | 2014-02-28
http://wiadomosci.onet.pl/religia/papiez-nie-mozna-potepiac-tych-ktorych-malzenstwa-sie-rozpadly/y85c1

I co na to wszyscy którzy pisali o "zdrajcach" i "łajdakach"?? Papież nie potępia takich ludzi a Wy tak??

Oceń 1 1 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Magdalena 09:15:10 | 2014-02-06
Do ~ffffff,
„Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy:
z nich zaś największa jest miłość.”

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~ffffff 15:18:21 | 2014-02-05
W większości przypadków małżeństwo nie służy szczęściu. Małżeństwo jest dobrowolnie wziętą na swoje barki dożywotnią dawką codziennego cierpienia, będącego szkołą służby Bożej. Jest dobrowolnym uszkodzeniem i zepsuciem własnego poukładanego życia i codziennym, dożywotnim sianiem we łzach z nadzieją na to, że być może jest kilka procent szansy na żniwa w radości. W małżeństwie nie można szukać szczęścia ani przyjemności, lecz realizację Bożego i wymagającego wyrzeczeń planu. Małżeństwo jest codziennym ukrzyżowywaniem się, można powiedzieć upadlaniem po to, aby w pewnym masochistycznym sensie umniejszać się, uwiększając Boga. Każdemu, kto chce podążać tą drogą polecam przeczytanie Castii Conubii i zastanowienie się, czy nie lepiej jednak zostać bezżennym dla Królestwa Bożego.

Oceń 2 1 odpowiedz

Pokaż więcej komentarzy

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook