Kościół Wojtyły, Ratzingera i... Kowalskiego

(fot. danguer / flickr.com / CC BY)

W dniach, które obecnie przeżywamy, topowe tematy w mediach to wybór nowego papieża i Kościół. Wiele mówi się o Kościele. 

 

Jedni patrzą na niego jako li tylko instytucję, szarganą różnego rodzaju kryzysami; drudzy próbują dostrzec "coś" więcej, niż tylko widzialne struktury i skandale, jednocześnie nieśmiałe, między wierszami, nawiązują do Pawłowego obrazu mistycznego Ciała Chrystusa (por. 1 Kor 12, 12-31); jeszcze inni mówią o Kościele jako o swoim domu. Warto skonfrontować obraz Kościoła, jaki płynie ze szklanego ekranu z doświadczeniem… Kowalskiego.

 

Kowalski 1: Kilka lat - kiedy był na studiach - miał okazję mieszkać w Lublinie. Często zachodził na poranną Eucharystię do pallotynów. Dziś nie potrafi doszukać się w pamięci, pod jakim wezwaniem była ta świątynia, ale zapamiętał Pana, z którym zawsze siedział w tej samej ławce. W przybocznej kaplicy było bardzo zimno, zainstalowane na ścianach grzewcze korektory na niewiele się zdały. W swojej wyobraźni, oprócz przenikliwego zimna, stale odczuwa ciepłe spojrzenie starego człowieka. Podawali sobie ręce na znak pokoju, właściwie nic do siebie nie mówili i chociaż formalnie nigdy nie "sformalizowali" swojej znajomości, to mogli powiedzieć, że byli sobie bliscy.

 

Kowalski 2: Do spowiedzi jeździł do sąsiednich parafii, po uprzednim rozeznaniu "terenu", gdzie, kto spowiada. Poranki w takich sytuacjach są zazwyczaj ciemne, wyciszone, zamglone - w konfesjonałach dzieją się wielkie rzeczy, ukryte pod korcem świata, który budzi się do życia. Nie ma kolejek, spokojnie można się spowiadać, będąc świadomym, że żadnej ze stron się nie śpieszy. Zazwyczaj nie padają tam wielkie słowa - przede wszystkim jest się wysłuchanym.

 

Kowalski 3: W Kościele jest u siebie. Może o nim powiedzieć "mój": "To jest mój Kościół", "To jest moja parafia". Tę sytuację można porównać z domem - miejsce, w którym jemy, śpimy i zaspakajamy różne życiowe potrzeby, jeszcze nie jest godne nazywać się "domem". To stanowczo za mało! Jeżeli Kościół nie stanie się "nasz", będziemy go traktować jak instytucję usługową, niewiele różniącą się od centrów handlowych, które oferują kompleksową ofertę, aby zaspokoić głód współczesnego człowieka (zadbano w nich nawet o muzykę, która skutecznie zagłusza ostatnie podrygi sumienia).

 

Rodzina, która nie jest wspólnotą, rozpada się lub jest nią tylko z nazwy. Podobnie jest z Kościołem - jeśli nie stanie się jak winny krzew, będzie jak dzika winorośl porastająca chaotycznie dom - ładna dla oka, ale uprzykrzająca życie mieszkańcom.

 

Jeżeli Kościół jest domem, wspólnotą, rodziną - natychmiast przestaje być prywatnym folwarkiem, gdzie ktoś realizuje swoją karierę lub gdzie ścierają się jakieś egoistyczne wpływy. Najważniejszym kryterium staje się służba i zabieganie o wspólne dobro, o rozwój wszystkich członków naszej rodziny. Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w jednej drużynie, gramy do tej samej bramki. Nie musimy ze sobą rywalizować, ubiegać, kopać dołków…

 

Jest to kwestia fundamentalnego wyboru - albo się przylgnie do Krzyża Chrystusa albo "przytuli" do stanowiska i godności, którą się piastuje, ale wtedy nie jesteśmy już uczniami Chrystusa, wtedy nie budujemy Kościoła - nauczał podczas pierwszej homilii, jako nowy biskup Rzymu, papież Franciszek.

 

Kowalski 4: Jego prywatne, "wielkie" przyjaźnie rodziły się w Kościele i z Kościoła. Dziś, z perspektywy lat, widzi, że to, co "łączy" Bóg, jest trwałe. Przyjaźnie, spotkania, rozmowy, wyjazdy, znajomości, doświadczana pomoc - także ta materialna, potrafiła wiele przetrwać. Nie zawodzi.

 

Kowalscy 5: W naszym mieście jest szpital, gdzie leczone są dzieci chore na białaczkę. Przy ich łóżeczkach dzień i noc (na materacu) czuwa jeden z rodziców. Te rodziny przeżywają Drogę Krzyżową - to jest Kościół milczenia i współcierpienia, Kościół wiernych Hiobów, przymuszonych Szymonów Cyrenejczyków i dzielnych Weronik.

 

Uciekamy się do różnych obrazów Kościoła. Niektóre są bardziej biblijne, inne dogmatyczne; mówimy o Kościele toruńskim i łagiewnickim, postępowym i konserwatywnym, przed i po-soborowym; teolodzy piszą rozprawy o Kościele Ratzingera i Wojtyły… Tymczasem prawdziwy obraz Kościoła tworzony przez to, co nie zawsze jest udane: życie rodzinne; brak pracy; poważna choroba; dzieci, które nie słuchają na katechezie czy bierzmowani, którzy uroczyście żegnają się z Kościołem podczas przyjmowania sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej.

 

Jest to obraz rozbitych małżeństw, dzieci którymi nie ma się kto zająć i młodzieży, z którą nie dajemy sobie rady. Z jednej strony, jest to Kościół widziany z perspektywy "niedzielnych" katolików, czasem znudzonych, domagających się czegoś "nowego", jakiejś reformy Kościoła, a z drugiej strony - Kościół gorliwych neofitów, spalających się o "chwałę Pana Boga zastępów" (por. 1 Krl 19, 14).

 

Wobec różnych obrazów Kościoła, które tu przywołano, proponuję wrócić do tego jednego, który na Kalwarii zrodził się z przebitego boku Chrystusa. Jest to obraz Kościoła Chrystusowego, Ukrzyżowanego. Jako "ukryci w ranach Chrystusa" - już w innej perspektywie - będziemy przeżywać misterium Kościoła, w którym nieustannie toczy się walka pomiędzy świętością a grzechem.

 

 

 

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.64

Liczba głosów:

22

 

 

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook