"Ocieram się o bluźnierstwo". Rozmowa z Wojciechem Wysockim

Nigdy nie myślałem, że Bóg może mnie surowo karać za grzechy, których miałem i mam bez liku. Uważałem, że wielkie cierpienia lub doświadczenia na krawędzi życia, to rzecz dana, naturalna dla życia, nie kara. Przyjmuję krzyż, gdyż jak mówiła stara góralka: „nikt się na szczęście na tej ziemi z Panem Bogiem nie umawiał”.

 

□ Czy w szybkim rytmie pracy aktora, przy nieustannych zmianach ról, jest miejsce na Boga?

 

Każdy zawód artystyczny jest „na świeczniku”, omawia się go publicznie. Z aktorstwem łączy się pewien blichtr: sławy, czasem pieniędzy, rozpoznawalności, kariery. Artyści (ciężko się używa tego słowa w Warszawie, w Krakowie byłoby łatwiej) zachowują dużo z cech młodzieńczych, np. są bardzo egoistyczni. Z drugiej strony, gdyby tacy nie byli, trudno byłoby im działać w wolnym zawodzie. Zazwyczaj intensywnie pracują. Myślę, że rzeczywiście w tym zawodzie czasem trudno znaleźć miejsce na Boga, chociaż wybór zawodu nie jest przecież decydujący w naszej drodze do Boga.

 

□ Jakie inne problemy rodzą się na styku aktorstwa i wiary?

 

Człowiek raz na jakiś czas zaczyna się zastanawiać, czy to, co robi, nie jest świętokradcze. Ja w swoim życiu zawodowym dwa czy trzy razy grałem Pana Boga albo Chrystusa. Raz w przedstawieniu „Mistrz i Małgorzata” według Bułhakowa w Teatrze Współczesnym. Było to dla mnie bardzo trudne doświadczenie. Występowałem w roli Jeszui Hanocri, a partnerował mi Piłat, grany przez nieżyjącego wybitnego aktora Mariusza Dmochowskiego. Czułem się nagi, kompletnie obdarty z techniki aktorskiej. Odnosiłem wrażenie, jakbym miał na wierzchu całe wnętrze, nerwy, emocje itp. Grałem tę rolę tak, jakbym nie był aktorem. Właściwie w ogóle nie grałem. Nie byłem z tego zadowolony, chociaż wielokrotnie chwalono moją rolę w tym przedstawieniu. Do dziś nie wiem, dlaczego tak się czułem. Być może wynikało to z konstrukcji dramaturgicznej roli. Nawet teraz, po kilkunastu latach, wciąż pamiętam swoje zmagania z postacią Jeszui. Dziś jestem za stary, by grać Chrystusa, ale myślę, że zagrałbym to inaczej.

 

□ To było doświadczenie świętokradcze?

 

Sądzę, że jednak nie. Natomiast grając obecnie w sztuce Lidii Amejko „Farrago” na Małej Scenie Teatru Dramatycznego mam takie wątpliwości. Sztuka opowiada o tym, że Pan Bóg przyznaje się do błędu stworzenia, do tego, że jest w nim zło, i choć nad nim panuje, to stworzył człowieka na obraz i podobieństwo, toteż przelał nań również zło. Teraz przyznaje się do błędu. Jest to oczywiście sprzeczne z nauką Kościoła. Usprawiedliwiam się jednak, grając w tym przedstawieniu, że zostało ono zrealizowane w poważnej sprawie oraz w poważnym tonie. Nie jest świętokradcze w sensie zamiaru, nawet jeśli sztuka jest rodzajem zabawy czy gry intelektualnej. Historia sceniczna traktuje o aktorze filmów akcji, znanym z potwornych scen, który wędruje przed oblicze św. Piotra oraz Pana Boga. Postać, którą ja gram, nazywa się Ekscelencja i można się domyślać, że jest ona Bogiem. Aktor ma się wyspowiadać ze swojego życia zawodowego, rozliczyć z rzeczy, które zagrał w filmach. To ciekawe zagadnienie: gdzie kończy się kreacja, a zaczyna życie prawdziwe, szczególnie w świecie wirtualnym, który wkracza w naszą codzienność? Czy człowiek jest odpowiedzialny za to, co stworzył? Czy odpowiadamy za wykreowanie agresji, zła, przemocy? Temat poruszony w tej sztuce jest bardzo skomplikowany, chociaż potraktowany żartobliwie, ponieważ jest to komedia. „Farrago” widział mój ukochany ksiądz Kazimierz Orzechowski ze Skolimowa, dzięki któremu po latach uśpienia moja wiara się obudziła. Nie był zachwycony, ale też na mnie nie krzyczał.

 

□ Po tych trudnych zawodowych doświadczeniach gdzieś na skraju wiary, znalazł Pan swoją granicę, co można zagrać, a czego nie?

 

Zadaję sobie to pytanie, ale nie potrafię na nie do końca odpowiedzieć. Człowiek jest strasznie zanurzony w życiu doczesnym. Zastanawiam się czasem, że może nie powinienem grać jakiejś postaci… W jakich sztukach można brać udział? Nie możemy przecież udawać, że w życiu nie ma zła, pokazywać tylko dobrych stron człowieka. Myślę, że zadaniem teatru, czy nawet szerzej, sztuki, może być pokazywanie zła, które nas otacza, ale zawsze musi temu towarzyszyć dobro i nasze do niego dążenie. Grywam czasem w farsach, a jest to jeden z najbardziej niemoralnych gatunków, dlatego że w istocie polega na tym, iż wszyscy wszystkich zdradzają. W farsie jest to rodzajem konwencji. Widzowie, patrząc na rozgrywające się sceny, myślą: „oni są tak samo ułomni jak my, też grzeszą a jest to śmieszne”. To rodzaj zabawnej psychodramy Niemoralność farsy nie jest związana z naszymi czasami, gdyż gatunek ten ukształtował się w średniowiecznej literaturze francuskiej!

1 2 3 4 5 6  
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

2

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook