Zdrowie, o które powinien walczyć Kościół

Kontakt
(fot. sirnength88 / shutterstock.com)

Skoro choroba niszczy ciało, to znaczy, że niszczy człowieka. A jeśli człowiek jest niszczony, to należy się temu bezwzględnie przeciwstawić.

 

"Panie, nie mam nikogo, kto by mi pomógł" (J 5, 7). Tymi słowami czekający nad cudowną sadzawką Betesda paralityk zwraca się do Chrystusa, który chwilę wcześniej zapytał go, czy chce zostać uzdrowiony. Człowiek ten czekał, dodajmy, od trzydziestu ośmiu lat. Przez prawie cztery dekady nikt nie podał mu pomocnej dłoni. Silniejsi wyprzedzali go w wyścigu za każdym razem, gdy - jak wierzono - wodę poruszał zstępujący w nią anioł.

 

Co ta scena z Ewangelii mówi nam dzisiaj? Czy ma nas pouczać o tym, że są sytuacje, które może odmienić tylko Boska interwencja? Oczywiście i tak można rozumieć jej przesłanie: Bóg przychodzi najsłabszym na ratunek, nawet jeśli wszyscy inni zawodzą. Właśnie - zawodzą. Wydaje się, że Ewangelista zwraca naszą uwagę przede wszystkim na dramatyczny los człowieka, który doświadcza nie tylko ciężkiej choroby, ale i obojętności innych.

 

W interpretacji podkreślającej łaskę uzdrowienia łatwo przeoczyć udział trzeciego, cichego bohatera, którym jest tłum. Tymczasem jego obecność ma znaczenie, bo to właśnie w tym kontekście dokonuje się cud. Jezus przychodzi do tego, kto wedle logiki panującego obyczaju ma najmniejsze szanse na wyzdrowienie. Nie chodzi o to, że jego choroba jest najcięższa, a nawet jeśli, to jest to przyczyna pośrednia. Nie ma przecież ograniczeń dla łaski Bożej zstępującej na tego, kto zanurzy się w sadzawce. Ewangelia wyraźnie wskazuje sprawców nieszczęścia sparaliżowanego człowieka. Są nimi ci, którzy nie udzielili mu wsparcia. Gest miłosierdzia Jezusa jest jednocześnie aktem oskarżenia wobec ich nieczułości.

 

Cytowany fragment Pisma ukazuje trudną do przyjęcia prawdę: w sytuacji, w której wszyscy dzielą podobne doświadczenie cierpienia, współczucie wcale nie rodzi się samo z siebie. Przeciwnie, walka o uśmierzenie własnego bólu może zamknąć nas na drugiego, podsycać egoizm. Ewangelia stawia przed nami wyzwanie, które ze względu na swój radykalizm może prowokować sprzeciw. Przekonuje bowiem, że osobisty dramat nie stanowi usprawiedliwienia dla braku troski o innych, być może jeszcze słabszych i bardziej cierpiących. Jezus nie obwinia sparaliżowanego człowieka o to, że ten nie ma rodziny ani przyjaciół. Domyślamy się natomiast, że przez cały czas, w którym czynił on beznadziejne wysiłki, by doznać uzdrowienia, minęło go wielu silnych i zdrowych ludzi, którzy dbali tylko o swoich najbliższych. Fragment Ewangelii Jana jest bolesny, ponieważ mówi o pierwotnej, ludzkiej małości w sytuacji pognębienia przez niezawinione nieszczęście, którym jest choroba. Kieruje nami wówczas instynkt przetrwania, a słabsi spisani są na straty przez okrutne prawa biologii.

 

Ale czy tylko biologii? Omawiany fragment Pisma pokazuje, jak niewiele było trzeba, aby ulżyć sparaliżowanemu człowiekowi w jego udręce. Jak zauważają liczni interpretatorzy, uzdrowienie chorego zaczyna się już w momencie, w którym Chrystus zwraca się do niego, a więc traktuje go podmiotowo. Najpierw zawiodła biologia, ale potem zawiodło społeczeństwo. Wiemy, że ta historia potoczyłaby się inaczej, gdyby ludzie przy cudownej sadzawce myśleli kategoriami wspólnotowej solidarności, a nie działali jak rozproszone jednostki, z których każda chce wyszarpnąć choć trochę łaski dla siebie.

 

Chcemy więc odszukać, by tak powiedzieć, najbardziej dosłowny sens przenośny spotkania Jezusa z paralitykiem. Potraktujemy je nie jako obraz Boskiej interwencji w dramat ludzkiego losu, nie jako wołanie o wzajemną troskę, lecz jako przyczynek do namysłu nad tym, jak w świetle katolickiej nauki społecznej powinna być zorganizowana służba zdrowia. Biblia nie oferuje nam gotowych rozwiązań prawnych i ekonomicznych, a chrześcijanin nie musi być prawnikiem czy ekonomistą. Możemy jednak zadawać pytania o to, wedle jakich norm powinna kształtować się nasza wrażliwość moralna, która takie rozwiązania podpowiada.

 

Prawo do zdrowia

 

Podejmując rozważania nad relacją między wiarą i służbą zdrowia, trzeba wyjść od podstaw, to znaczy od chrześcijańskiej antropologii. Skoro wierzymy, że śmierć nie kończy wszystkiego, to dlaczego mamy się przejmować cielesnymi cierpieniami? Czy tylko ze względu na to, że bywają, mówiąc banalnie, trudne do zniesienia? Innymi słowy, czy współczucie dla chorego jest jedynym gruntem, na którym da się rozpatrywać ten problem?

 

Odpowiedź na to pytanie jest przecząca. Ciało nie stanowi zaledwie "opakowania na duszę", lecz na równi z nią konstytuuje nasze człowieczeństwo. Jeszcze trafniej byłoby powiedzieć, że ciało i dusza są tylko pewnymi aspektami istnienia człowieka, który - jako taki - stanowi jedność. Kultura przyzwyczaiła nas do rozdzielania tych dwóch rzeczywistości, ale nie jest to tendencja zgodna z optyką chrześcijańską. Człowiek "ma" ciało w sensie metaforycznym - to znaczy: przypisuje sobie cechy z nim związane - ale tak naprawdę jest ciałem. Stąd też coraz wyraźniej dostrzega się potrzebę rozwoju dyscypliny zwanej teologią ciała. Jej problematyka nie ogranicza się zaś jedynie, jak sądzą niektórzy, do spraw seksualności, lecz ujmuje wszystkie zagadnienia związane z materialną naturą człowieka. Zostaniemy w końcu zbawieni tak, jak zostaliśmy stworzeni - wraz z ciałem, a może raczej: jako ciało.

 

Podejmowanie walki z chorobą jest równoznaczne z obroną godności osoby właśnie dlatego, że nie da się w nas rozgraniczyć sfery cielesnej i duchowej: choruje zawsze cały człowiek, a nie tylko część jego lub jej ciała. Z tego powodu sytuacja, w której chory nie może skorzystać z pomocy medycznej, jest z punktu widzenia katolickiej nauki społecznej nie do pomyślenia. Mówiąc wprost, skoro choroba niszczy ciało, to znaczy, że niszczy człowieka. A jeśli człowiek jest niszczony, to należy się temu bezwzględnie przeciwstawić.

 

Wróćmy do tamtej sceny ewangelicznej i zadajmy sobie pytanie: czy paralityka niszczyła tylko choroba? A może miał szansę na wyzdrowienie, którą odbierały mu czynniki pozamedyczne? Brak współczucia ze strony innych składał się na ogólną obojętność, a ta zaowocowała dyskryminacją wobec człowieka, który najbardziej potrzebował pomocy. Zechciejmy zauważyć ten paradoks: ów człowiek potrzebował pomocy najbardziej właśnie dlatego, że najtrudniej było mu z niej skorzystać. Możemy tu mówić o dyskryminacji, ponieważ zgodnie z definicją pojawia się ona wtedy, gdy dobra dzielone są nierówno ze względu na kryteria nieistotne z punktu widzenia przedmiotu podziału. Wierzymy zaś, że zdrowie jest dobrem należnym ludziom bez względu na to, ilu mają przyjaciół i jaką ilością pieniędzy dysponują. W przeciwnym razie ci, którzy mają większe życiowe powodzenie, mieliby po prostu większe prawo do życia. To stanowisko jest jak najdalsze od nauki chrześcijańskiej.

 

Mówi się niekiedy, że wobec choroby i śmierci wszyscy jesteśmy równi. Niewątpliwie jest tak w sensie egzystencjalnym: wszyscy chorujemy i wszyscy umrzemy, bogaci czy biedni, uczeni czy niewykształceni, szlachetni czy nikczemni. Warto jednak zauważyć, że w zmieniającej się rzeczywistości społecznej nie możemy ciągle rozważać tej prawdy w duchu średniowiecznego danse macabre, w którym śmierć włączała w swój korowód każdego, niezależnie od szczebla zajmowanego w drabinie feudalnej. W społeczeństwie demokratycznym, w którym wszyscy obywatele są równi wobec prawa, a działania ustawodawców powinna ożywiać myśl o uniwersalnej ludzkiej godności, musimy inaczej spojrzeć na równość wobec choroby. Sprawiedliwości nie można upatrywać w poetyckim sentymencie, lecz musi ona wynikać z dobrze funkcjonującego prawa. Powinna objawiać się w tym, że ci gorzej sytuowani mają takie same szanse wyjściowe w walce o zdrowie jak ci, którzy cieszą się dostatkiem - zarówno dostatkiem materialnym, jak i dostatkiem troski ze strony osób bliskich.

 

Naczynia połączone

 

Trudno wyobrazić sobie - przynajmniej na razie - rzeczywistość, w której pieniądz nie decyduje o tym, czy ktoś ma dostęp do najlepszych specjalistów czy najnowszych metod leczenia. Chodzi jednak o właściwe zdefiniowanie minimum, którego pewne grupy społeczne są w Polsce nadal pozbawione. Przede wszystkim trzeba wspomnieć o bardzo trudnym położeniu osób w kryzysie bezdomności, których realne szanse na skorzystanie z publicznych świadczeń zdrowotnych są nikłe. Procedury poprzedzające uzyskanie przez te osoby dostępu do regularnej pomocy medycznej są trudne do przejścia. Problem - niemały w przypadku obywateli posiadających stałe miejsce zamieszkania - stanowi także poszpitalna opieka pielęgniarska. Proces rekonwalescencji w warunkach braku dachu nad głową jest fikcją.

 

Może dzięki tej refleksji zdołamy zrozumieć, jak złożonym organizmem jest system ochrony zdrowia. Jego funkcjonowanie nie ogranicza się do pobytu pacjenta w szpitalu czy odwiedzin w gabinecie lekarskim. Jak nigdy nie choruje jedna część ciała, lecz cały człowiek, tak nie można myśleć o reformowaniu służby zdrowia bez uwzględnienia wielorakich pozamedycznych czynników wpływających na ludzką kondycję cielesną i psychiczną. Jeśli w rodzinie, w której ktoś ciężko zachoruje, zarabia dobrze kilka osób, to wstrząs wywołany chorobą łatwiej zamortyzować. Jeśli zachoruje jedyny żywiciel rodziny, otrzymujący skromną pensję, to cały układ zostaje zderegulowany. Do najbardziej oczywistych kosztów finansowych, które i tak rozkładają funkcjonowanie takiej rodziny, dochodzą koszty emocjonalne, czasowe, społeczne. Te pojawiają się oczywiście w przypadku każdej choroby, ale nie udawajmy, że dzięki zasobom materialnym nie można ich ograniczyć.

 

Z kolei weźmy pod uwagę to, co dzieje się poza naszym lokalnym podwórkiem. Sytuacja ludzi żyjących w krajach słabo rozwiniętych najdobitniej pokazuje, jakie są relacje między statusem materialnym, dostępem do edukacji i profilaktyki medycznej, poziomem rozwoju służby zdrowia i długością życia. Ludzie niedożywieni, nieposiadający dostępu do zaplecza sanitarnego i środków zapobiegawczych, takich jak na przykład szczepienia, mają znacznie mniejsze szanse na przeżycie. Dlatego też niektórzy teologowie, jak na przykład Paul Farmer i Gustavo Gutiérrez, których rozmowę publikujemy w tym numerze Magazynu Kontakt, mówią o tak zwanej preferencyjnej opcji na rzecz ubogich w służbie zdrowia. Jak gorzko stwierdzają, istnieją choroby, które też mają dla ubogich swoją opcję preferencyjną. Im większe ubóstwo, tym mniejsze szanse na zachowanie zdrowia lub na wyjście z choroby.

 

***

 

Kościół, jako ziemskie przedstawicielstwo Chrystusa, ma kontynuować Jego działania. Ma być tym, który staje wobec opuszczonego, ubogiego paralityka i niesie mu ulgę, przywracając mu jednocześnie poczucie godności.

 

Nie chciałem w tym tekście analizować szczegółowych rozwiązań. Z pewnością jest jednak wiele dróg, którymi Kościół mógłby dotrzeć ze swoją misją do potrzebujących chorych w ramach konkretnych działań społecznych i instytucjonalnych. Być może możliwa byłaby posługa opiekuńcza sióstr i braci zakonnych w ośrodkach opieki zdrowotnej na znacznie większą niż obecnie skalę. Być może parafie mogłyby stać się punktami kontaktu rodzin obłożnie chorych i tych, którzy gotowi są pomagać im w trudach codzienności.

 

Przede wszystkim jednak trzeba zauważyć, że katolicka nauka społeczna jest zgodna z brzmieniem artykułu 68. Konstytucji RP, w myśl którego każdemu obywatelowi i każdej obywatelce przysługuje równe prawo do opieki zdrowotnej bez względu na ich sytuację majątkową, a władze publiczne mają obowiązek im taką opiekę zapewnić. Zarówno więc Kościół, jak i państwo dążą do wspólnego celu, chcąc, by żadne z nas nigdy nie zawołało: "nie mam nikogo, kto by mi pomógł". Zadajmy sobie pytanie, jako chrześcijanie i jako obywatele, czy dokładamy odpowiednich starań, by te założenia wcielać w życie.

 

Pytanie to, jak wierzymy, ma znaczenie zarówno w ramach oddolnej inicjatywy, jak i na poziomie strukturalnym, to jest na poziomie właściwego urządzenia społeczeństwa. Misja powierzona w tej materii Kościołowi nie musi oznaczać wyłącznie bycia kanałem nadprzyrodzonej łaski dla okazjonalnych i spektakularnych uzdrowień. Myśl chrześcijańska może bowiem stać się inspiracją do racjonalnej przemiany społeczeństwa, w którym najsłabszy jako pierwszy obmyje twarz w wodzie Betesdy.

 

 

Maciej Papierski - jest doktorantem na Wydziale Filozofii Chrześcijańskiej Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Interesuje się przede wszystkim etyką życia społecznego oraz związkami moralności ze światem sztuki.

 

Tekst (pierwotnie pod tytułem "Kościół nad sadzawką Betesda") pochodzi z 38. numeru papierowego magazynu "Kontakt" pod tytułem "Zdrowie bez recepty". Zachęcamy do lektury całego numeru, który możesz kupić tutaj.

 
 
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

2.05

Liczba głosów:

21

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook