Ten kardynał uczył się od chorych na AIDS

WAM
(fot. Vittore Buzzi // Unsplash)

"«Kiedy spotkasz Jezusa, powiedz Mu, że Go kochamy. My kochamy także ciebie. Do zobaczenia, drogi przyjacielu». Cierpiący i chorzy nauczyli mnie prostoty wierzenia i kochania" - wspomina kard. Luis Antonio Tagle.

 

Jakie inne doświadczenia przeżył Ksiądz Kardynał w czasie studiów w USA?

 

(…) Chodząc ulicami wokół uczelni, widziałem wielu ubogich, zwłaszcza Afroamerykanów, a także mnóstwo dzieci i opuszczonych starców. Kiedy zacząłem pisać swoją pracę doktorską, pomyślałem, że właściwym wyborem będzie nawiązanie kontaktu z tymi ubogimi, aby uniknąć ucieczki w abstrakcję kultury. Dlatego postanowiłem włączyć się w wolontariat u sióstr Matki Teresy, które dla mnie są prawdziwymi i autentycznymi świadkami miłości misyjnej. Udawałem się tam jako zwykły wolontariusz. Przełożona, siostra pochodząca z Indii, wiedziała, że jestem kapłanem. Wczesnym popołudniem szedłem do niej, a ona przydzielała mi jakąś posługę do wykonania. Pewnego dnia powiedziała mi: "Dziś Pan wzywa cię do kuchni, abyś przyrządził coś do jedzenia!". Odpowiedziałem jej: "Ale ja umiem robić kolację tylko dla siebie". A ona na to: "No to teraz wystarczy tylko to rozmnożyć!". Wtedy ja: "Okej, tylko że ja umiem pichcić jedynie filipińskie potrawy". "Nie ma problemu, powiem naszym gościom, że dziś będziemy mieli kuchnię chińską!". I muszę przyznać, że podopieczni zjedli wszystko!

 

W latach osiemdziesiątych AIDS zaczynał zbierać swoje żniwo. Jak wyglądało spotkanie Księdza Kardynała z tą chorobą i z chorymi?

 

W tym doświadczeniu dotknąłem ran nie tylko chorych osób, ale także ich rodzin. Jedno z naszych zadań jako wolontariuszy polegało na zawiadamianiu krewnych, kiedy jakaś osoba seropozytywna była u kresu życia. My towarzyszyliśmy jej swoimi modlitwami, a kiedy zmarła, troszczyliśmy się o przygotowanie ciała do pogrzebu. Kiedyś zawiadomiliśmy pewną rodzinę, że jej krewny umiera. Przyjechali, ale po krótkiej chwili wyszli z pokoju, krzycząc: "Przecież on jeszcze nie umarł! Wezwijcie nas, dopiero jak umrze!". To był bardzo smutny przypadek. W tamtym czasie ktoś, kto zaraził się AIDS, naprawdę był mocno stygmatyzowany. Dla mnie siedzenie przy łóżkach tych chorych, osób bardzo samotnych, było przeżyciem religijnym. Przynajmniej w momencie definitywnego spotkania z Panem wspólnota chrześcijańska powinna być przy nich. To nie jest łatwe. Ale chodziło o coś, co mnie duchowo i pastoralnie ubogaciło. Pamiętam, jak kiedyś pewna osoba z AIDS weszła do pokoju chorego, który właśnie umierał i nie był już w stanie mówić. Akurat ja byłem wtedy przy tym konającym. Tamta osoba powiedziała do umierającego: "Kiedy spotkasz Jezusa, powiedz Mu, że Go kochamy. My kochamy także ciebie. Do zobaczenia, drogi przyjacielu". Cierpiący i chorzy nauczyli wtedy mnie, doktoranta, prostoty wierzenia i kochania.

 

Obraz kardynała, który bywał w schronisku dla bezdomnych jako wolontariusz, nie jest czymś powszechnym…

 

Cóż, pamiętam przypadek niejakiego pana Browna. Miał demencję starczą i nigdy nie chciał wziąć prysznica. Przełożona poprosiła mnie, abym pomógł mu się wykąpać. On jednak nieustannie mi uciekał. Wreszcie udało mi się go chwycić w kącie i postawić pod prysznicem. Odkręciłem kran, ale… to ja przemokłem do suchej nitki, a na niego nie spadła ani jedna kropla!

 

Bardzo silnie oddziaływały na mnie moje relacje z obecnymi tam starcami, także dlatego, że miałem świadomość, iż któregoś dnia również moi rodzice staną się tacy jak oni.

 

Jaki był bilans tego amerykańskiego doświadczenia?

 

(…) W Stanach Zjednoczonych nauczyłem się, że są różne wrażliwości kulturowe. Krótko mówiąc, głębiej zrozumiałem własną kulturę dzięki przebywaniu z innymi, z należącymi do odmiennej tradycji kulturowej. Odkryłem zarówno rzeczy wspólne, jak i odmienność, która jest ubogaceniem dla całej ludzkości, a także dla Kościoła. Życie nie jest monochromatyczne, codziennie możemy kontemplować coś nowego (…).

 

Waszyngton kojarzy się także z amerykańską władzą polityczną… Czy miał Ksiądz Kardynał z nią do czynienia?

 

(…) W trakcie mojego pobytu w Ameryce odkryłem kilka niepokojących aspektów polityki, które mocno mnie zirytowały, zwłaszcza w kontekście ich reperkusji w wymiarze międzynarodowym. Miałem wiele sposobności, by rozmawiać z osobami pracującymi w instytucjach międzynarodowych. Wyniosłem z tych rozmów jasne przekonanie, że programy rozwojowe promowane na poziomie światowym nie zawsze uwzględniają ubogich. Przeciwnie, wydawało mi się, że te modele zawsze sprzyjały tym, którzy byli u władzy, a to absolutnie mi się nie podobało! Pamiętam interwencje wojskowe w pewnych krajach czy rejonach świata. Nie uważałem, że były one najlepszym rozwiązaniem. Albo apele kierowane do niektórych krajów, aby podążały drogami demokratycznymi. Takie rozwiązania były możliwe do zrealizowania na Zachodzie, ale w innych krajach wymagały znalezienia sposobów możliwych do pogodzenia z lokalnymi kulturami (…).

 

Jakie wyobrażenie kapłana miał wówczas Ksiądz Kardynał? Wyjazd na Zachód na studia czasami jest postrzegany jako przywilej dla księdza z kraju ubogiego, a takim były Filipiny.

 

Kiedy zdecydowałem się wstąpić do seminarium, moim marzeniem było zostać prostym księdzem we wspólnocie ubogich. Ta wizja jest integralną częścią mojej samoświadomości również dzisiaj. Zawsze jednak wiedziałem, że jestem gotowy na wszystko dla Kościoła. I rzeczywiście Pan miał wobec mnie inny plan. Ale nie zapomniałem o powołaniu do bycia sługą ubogich.

 

Fragment pochodzi z książki "Radość Ewangelii. Rozmowy o odnowie Kościoła" wydanej przez Wydawnictwo WAM.

 
 
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3

Liczba głosów:

6

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook