Żyjąc z wiarą mojej babci, Dorothy Day

America Magazine
(fot. aj)

Moja babcia, Dorothy Day, wierzyła, że największym smutkiem w życiu człowieka jest stracić wiarę. Moja matka, Tamar, jedyna córka Dorothy, do ostatniego dnia życia wierzyła, że straciła swoją wiarę.

 

Co ja mogę wyciągnąć z tych dwóch splecionych nici - życiorysów kobiet, które miały największy wpływ na całe moje życie? I czy ja sama mam wiarę?

 

Często myślałam, że aby opisać mój stan, potrzeba - jak mawiają kwakrzy - całkiem nowego słownictwa. Właściwie często nie rozumiałam, co mają na myśli ludzie, kiedy rozmawiają o "swojej wierze". Wydają się wtedy porozumiewać jakimś sekretnym językiem, który jest bardziej karcący niż podnoszący na duchu, jest bardziej proklamacją niż drogą życia. Czy kiedy wyznajemy naszą wiarę, odbywa się w nas jakaś tajemnicza transformacja, którą wszyscy widzą, tylko nie ja?

 

Dorastając z Dorothy Day i ruchem Catholic Worker jako częścią mojej rodziny oraz ciągle przebywając z dorosłymi, nauczyłam się całego zestawu dziwnych zwrotów: dobrowolne i niedobrowolne ubóstwo, chrześcijański anarchizm, pacyfizm, uczynki miłosierdzia, Domy Gościnności, prymat sumienia. Korzystając po drodze z własnych wewnętrznych przekonań, wyciskałam z tych zwrotów, co tylko mogłam, wzrastałam z nimi na każdym etapie, poczynając od mojego dzieciństwa, przez wiek młodzieńczy, aż do dojrzałości.

 

Dorothy Day: "święta na nasze czasy" >>

 

Dobrowolne ubóstwo przez lata było tematem, w który wgryzałam się, pozostając pod brzemieniem bycia wychowywaną w niedobrowolnym ubóstwie, chociaż tak naprawdę to ciężkie do zdefiniowania. Na pewnym etapie moja matka wybrała życie dobrowolnego ubóstwa i przyszło jej to zupełnie naturalnie. Jeśli chodzi o dobra materialne, nie potrzebowała o wiele więcej niż jej narzędzia ogrodnicze, krosna i kołowrotki, kuchnia i książki. Ale jako samotna matka wychowująca dziewięcioro dzieci, spędziła całe lata, martwiąc się o to, czy będzie miała co włożyć do garnka, czy starczy jej na Boże Narodzenie, czy będzie za co zreperować samochód albo ogrzać dom i uchronić rury od zamarznięcia podczas surowych zim w Vermont.

 

Ale żadne zdarzenie z mojego dzieciństwa nie zaważyło na moim życiu tak bardzo i nie wprowadziło tak wiele zamieszania w mojej głowie jak podstawowe zagadnienia wiary.

 

Dwie twarze wiary

 

Kiedy byłam nastolatką, zaczęłam odwiedzać moją babcię w Catholic Worker w Maryhouse przy ulicy East Third w Nowym Jorku. Dojeżdżałam tam autobusem z Vermont podczas ferii i wakacji, pozostawiając pagórki i drzewa, rytm zmieniających się pór roku i życie na farmie. Nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek porzucę to życie, aby stanąć na nowojorskim bruku w latach 70., czyli w czasie, kiedy miasto balansowało na skraju bankructwa.

 

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że zostanę powitana w progu domu o podwójnych, oszklonych drzwiach z kutego żelaza przez kobietę, która czasami była dla mnie przemiła, a innym razem niezupełnie. Że potem pójdę schodami na górę do tego pokoju na drugim piętrze, do pokoju mojej babci, gdzie spędziła ostatnie trzy lata swojego życia.

 

Jej pogarszające się zdrowie i niemożność poruszania się stały się dla mnie okazją, by spędzić z nią więcej czasu - okazją do słuchania jej rozmyślań o przeszłości, a także jej śmiechu, bo często się śmiała, okazją do czytania listów od ludzi z całego świata. Pośród tych listów pojawiały się kartki od księdza z Urugwaju, przyjaciela z Missisipi czy członka aśramy w Indiach. Nawet jako 16-latka czułam, jak moja babcia przyciąga mnie niczym ogromny magnes. Ale zaczynałam wtedy odczuwać także własne wewnętrzne zmagania. Pociągała mnie jej siła i światło jej wiary, ale czułam się wierna i naturalnie bardziej skłonna do podążania za stylem życia mojej matki: tym surowym, milczącym i bardziej zakorzenionym w doczesności.

 

Jednak wszystko się zmieniło, gdy przeczytałam dzienniki mojej babci. Wtedy zaczęłam o wiele bardziej rozumieć ból, jaki przeżywała Dorothy, kiedy patrzyła na swoją córkę - dziecko, którego narodziny doprowadziły ją do osobistego nawrócenia - jak opuszczała Kościół. W 1965 roku Dorothy napisała: "Uważam, że utrata wiary jest największą katastrofą, największym nieszczęściem. W jaki sposób ktoś może pomóc opłakiwać przyjaciela czy krewnego. Jak konieczne jest modlić się za nich bez ustanku".

 

Wiem, że mówiła o nas. Była bardzo ostrożna w tym, aby nigdy nie sprawiać mi bólu z tego powodu. Z tego, co pamiętam, ani razu nie zasugerowała mi, żebym poszła na mszę, ale kiedy już poszłam, było to dla niej tak ważne, że pisała o tym w swoim dzienniku. Dopiero teraz widzę, jaką delikatność, jaki szacunek miała Dorothy dla mnie jako nastolatki.

 

Ale w wieku szesnastu lat czułam również na sobie jej przenikliwe, niepokojąco bezpośrednie spojrzenie. Spojrzenie to było dobrze znane tym, którzy nieraz byli przez nie przeszywani (Tamar mówiła o nim "ten wzrok". Sama miała taki, ale nie zdawała sobie z tego sprawy). Pod tym spojrzeniem czułam, że nie mam żadnych szans, żeby doświadczyć natury i siły mojej babci. Pod tym spojrzeniem czułam się niegodna, dokładnie tak jak wtedy, gdy po ukończeniu szkoły średniej zapytała mnie: "A co ty zamierzasz teraz robić, Katy?". Niestety wszystko, co wtedy widziałam, to to, jak wiele ona osiągnęła, a nie potrafiłam dostrzec tych wszystkich kroków, które w sposób przemyślany bądź dziwnie natchniony musiała podjąć, aby do tego dojść. Mówiąc szczerze, przez lata nie chciałam mieć z Kościołem nic wspólnego, bo to mogłoby sprawić, że moja matka poczuje się odrzucona i pozostawiona z ciężkim brzemieniem zupełnie bez wsparcia.

 

Papież do Amerykanów o Dorothy Day >>

 

Przez dziesiątki lat wierzyłam, tak jak - myślę - wierzyła również moja matka, że w obliczu wiary Dorothy każda wiara, która jest słabsza, wydaje się jej całkowitym brakiem. Tak wielka i pewna była moc jej wiary. W jaki sposób przy Dorothy Tamar miała poczuć, że jest jakikolwiek inny sposób wyrażania swojej wiary? To tarcie zostało przekazane mi i teraz sama uczę się, jak rozplątać te zagmatwane sznurki na własnych zasadach. W przeciwieństwie do Tamar, nie byłam wychowana w Kościele i w przeciwieństwie do Dorothy - jestem powolna i ostrożna w swoim podejściu do wiary.

 

Ostatecznie wierzę, że Tamar nie straciła wiary, a ja sama żyłam w otoczeniu dwóch niesłychanie różnych sposobów wyrażania tego, co wiara może oznaczać. Dorothy prezentowała pełne przywiązania do rytuału podejście głębokiego zawierzenia osoby, która nawróciła się w wieku dojrzałym i żyła życiem, które ucieleśniało to poczucie w sposób zupełnie otwarty. Tamar, choć była katoliczką od kołyski, żyła wiarą cichą, nie ozdabianą rytuałami, a jednak ciągle przebudzaną przez codzienne doświadczenie.

 

Gesty Dorothy były śledzone przez wielu, a Tamar - oglądane tylko przez tych, którzy bardzo blisko ją znali. Moja matka miała mocne przeświadczenie, że życie i ludzie są dobrzy, a także głębokie poczucie, świadomość i uważny odbiór tych - zarówno ludzi, zwierząt, jak i roślin - z którymi żyjemy. "Bądź uważna!" - beształa mnie. Bądź uważna wobec tego, co się dzieje, zarówno wobec radości, jak i cierpienia. Bądź razem z innymi, bądź dla innych, przychodź. Wiara Tamar trzymała się przekonania, że z pomocą kochającej życzliwości i być może z odrobiną dobrej gleby każdy jest w stanie rozkwitnąć.

 

Pomiędzy matką a córką

 

Na poziomie fundamentalnym Dorothy wierzyła, że może zobaczyć twarz Boga we wszystkich, którzy są zniszczeni, odrzuceni lub zapomniani przez społeczeństwo. Tamar wierzyła, że wszyscy jesteśmy dziećmi Boga. Jakich jaśniejszych wyrazów ich wiary potrzebuję? Można by napisać całe traktaty tylko na podstawie każdego z tych dwóch stwierdzeń. I w ten sposób zrozumiałam, że to, co zalega we mnie, te historie mojej babci i matki, nie są ze sobą sprzeczne, nie niosą podziału ani nie wykluczają się nawzajem.

 

Ostatnie siedem lat spędziłam, pisząc o tej relacji pomiędzy matką a córką i wiele osób pytało mnie, co najbardziej zaskoczyło mnie podczas całego tego procesu. Czy dowiedziałam się czegoś, o czym wcześniej nie miałam pojęcia? Obie, Dorothy i Tamar, opowiadały swoje historie w sposób niesłychanie bezpośredni i szczery, dlatego nie doświadczyłam podczas pracy żadnego wielkiego objawienia.

 

Ale pojawiła się niespodzianka. I ta niespodzianka pojawiła się we mnie. Było to poczucie głębokiego zakochania się w nich obu nie tylko z powodu ich prawdziwej miłości do siebie nawzajem, ale z powodu bólu, jaki wciąż między nimi zalegał. A razem z tym pojawiło się moje narastające rozumienie wiary - nawet jeśli nie potrafię go jeszcze do końca zdefiniować.

 

Oczywiście nie dla wszystkich powinno to być niespodzianką. Rozpoczęłam tę podróż, wierząc i wiedząc, że tę tajemnicę odkrywa się powoli. Właśnie tak, jak to powinno być.

 

 

Kate Hennessy - pisarka. Najmłodsza spośród dziewięciu wnucząt Dorothy Day. Tekst ukazał się pierwotnie na stronie portalu America Magazine

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

2.92

Liczba głosów:

12

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?