Mary MacKillop - niezłomna święta

Mary MacKillop

Jej odwaga przejawiała się na wiele sposobów. Kiedy, na przykład, zaistniała pilna potrzeba katechizacji, a w danej miejscowości nie było szkoły, Mary nie zawahała się poprosić o lokum w bogatej rezydencji.

 

 

W styczniu 1866 r. powstała pierwsza szkoła przyszłego Zgromadzenia Sióstr Świętego Józefa od Najświętszego Serca. Wielkie novum stanowiło to, że czesne płacili tylko ci, których było na to stać. Mary ogłosiła, że zamierza oddać się na służbę Bogu, i przyjęła imię Maria od Krzyża. Rok później została pierwszą zakonnicą, a zarazem matką przełożoną, i przeniosła się do nowego klasztoru w Adelajdzie, stolicy Australii Południowej. Nieco wcześniej, bo w 1857 r., w Australii powstało Zgromadzenie Sióstr Dobrego Samarytanina, ale józefitki były pierwszym australijskim zgromadzeniem utworzonym z myślą o nauczaniu ubogich.

 

Szkic konstytucji nakreślił ks. Woods. W patriarchalnym układzie społecznym, gdzie rola kobiety była w pełni podległa, uważany był za twórcę zgromadzenia. Na początku nie było to wielkim problemem, ponieważ Mary i ks. Woods mieli wspólną wizję celu i rozwoju zgromadzenia. Chodziło o wdrażanie ideałów - sprawiedliwości i egalitaryzmu. Przeciwstawienie się uprzywilejowaniu pewnych grup stanowiło jednak duże wyzwanie. Mary MacKillop i "brązowe kangurki" (Brown Joeys) gotowe były nie tylko wyjść poza obręb klasztorów w miastach, ale też pracować w środowisku rolników, górników i kolejarzy z australijskiego interioru. W czerwcu 1868 r. było już trzydzieści sióstr i osiem józefickich szkół, w 1869 r. 72 siostry uczyły w dwudziestu jeden szkołach w Adelajdzie i innych częściach kraju.

 

Mimo drastycznego braku pieniędzy józefitki otworzyły w Adelajdzie Dom Opatrzności Bożej dla zaniedbanych dzieci, "zagrożonych moralnie" dziewcząt, ludzi starych i bezdomnych kobiet wszystkich ras i wyznań. I rzeczywiście, od Opatrzności Bożej siostry uzależniały swoje istnienie. Każdego dnia chodziły po domach, prosząc o datki w postaci żywności, ubrania i pieniędzy. Wykonywały też drobne prace krawieckie. Większość lokatorów przebywała w Domu do chwili znalezienia pracy lub stałego miejsca zamieszkania. Każdy mógł się tu zatrzymać i odejść, kiedy chciał. Powstał Dom Samotności, mający dawać pomoc i schronienie starcom, bezdomnym, ludziom nieuleczalnie chorym i alkoholikom.

 

Siostry szybko zaskarbiły sobie wdzięczność u ludzi, wśród których pracowały. Nareszcie dzieci miały dostęp do katolickiego wychowania. Ofiarną pracę sióstr docenił synod biskupów Australii z 1869 r. i biskup Brisbane, stolicy kolonii Queensland, wyraził chęć sprowadzenia józefitek do swojej diecezji.

 

Tu jednak pojawiły się poważne kłopoty. Biskupowi (James Quinn) szybko wydało się, że siostry są zbyt przebojowe i stanowcze w kwestii konstytucji. Odmawiały bowiem ubiegania się o państwowe dotacje szkolne, gdyż warunkiem ich otrzymania było ograniczenie nauki religii. Najbardziej jednak nie podobał się biskupowi zapis o władzy centralnej zgromadzenia. Oznaczało to, że siostry odpowiadają nie przed biskupem, ale przed przełożoną. Biskup Quinn nie zamierzał słuchać kobiety. Mary natomiast zdecydowała się bronić konstytucji. Była gotowa raczej rozwiązać zgromadzenie, niż przystać na zasadnicze zmiany.

 

Zaczęły się także psuć stosunki Mary z ks. Woodsem, który pozostał w Adelajdzie. Był to człowiek pełen entuzjazmu, nie miał jednak umiejętności praktycznego zarządzania. Do głosu doszły słabości jego charakteru - szczególnie wyjątkowa łatwowierność i próżność, z której sam zdawał sobie nawet sprawę. W zgromadzeniu w Adelajdzie rozpanoszyły się popierane przez niego dwie oszustki "mistyczki", które doprowadziły do skandalu związanego z kradzieżą Najświętszego Sakramentu. Ogromne zadłużenie systemu katolickich szkół przez ks. Woodsa pełniącego kilka funkcji kierowniczych w sektorze oświatowym nie przysporzyło mu też miru u biskupa Adelajdy Laurence'a Sheila.

 

Na horyzoncie pojawił się zaciekły wróg sióstr józefitek, franciszkanin Charles Horan, ponieważ siostry przyczyniły się do wydalenia z diecezji jego przyjaciela kapłana, oskarżanego o niestosowne zachowanie wobec dzieci. Mamy tu więc do czynienia ze zdecydowaną reakcją sióstr józefitek na skandaliczne zjawisko pedofilii i próby jego zatuszowania. Od tej pory wpływowy ojciec Horan wykorzystywał każdą najmniejszą okazję, by dyskredytować siostry w oczach biskupa.

W sierpniu 1871 r. kampania oszczerstw przyniosła zamierzony skutek. Doszło do wizytacji, w czasie której biskup Sheil, na początku sprzyjający i pomagający zgromadzeniu Mary, stwierdził, że siostry są leniwymi ignorantkami. (Istotnie, wykształcenie wielu z nich nie stało najwyżej, co oczywiście wynikało bezpośrednio z pionierskich warunków życia, które stawiało więcej wymagań i wyzwań, niż dawało możliwości doskonalenia poziomu zawodowego.) Zaproponował on zmianę konstytucji i faktyczny powrót do tradycyjnego modelu europejskiego. Co najważniejsze, zgromadzenie miało podlegać władzy miejscowego hierarchy. Siostry dzielono by na chórzystki i zwyczajne, w zależności od zasług, zadań i statusu społecznego. Miały stać się wytwornymi damami, wykształconymi językowo i muzycznie. Nie obowiązywałaby wymiana zakonnic pomiędzy klasztorami. Szkoły nie przyjmowałyby uczniów, których nie stać było na czesne. Klasztor w Adelajdzie przeszedłby w ręce dominikanek. Siostry nieakceptujące nowych reguł mogły odejść.

 

Mary była zrozpaczona, ponieważ plany biskupa godziły w ideę służby wszystkim Australijczykom. Po konsultacjach rozpoczęła więc walkę o zachowanie charyzmatu konstytucji józefitek. Uprzejme zabiegi Mary, aby biskup zrozumiał jej racje i cofnął zmiany, tylko go rozsierdziły, napomykała bowiem, że odejdzie, gdyby doszło do takich głębokich zmian w kwestii istoty zgromadzenia. Do ks. Woodsa pisała: "Święte dzieło Boże musi być pielęgnowane, a jeśli nawet czeka nas klęska i upokorzenie, i zostaniemy wystawione na pośmiewisko, musimy zachować wiarę i w niebie tylko szukać odpoczynku i pokoju".

 

Tymczasem ks. Horan knuł dalej, nie dopuszczał do spotkania Mary z biskupem, jednocześnie starając się obłudnie uspokoić ją w kwestii zmian w konstytucji. Mary bezskutecznie też prosiła o kontakt biskupa z ks. Woodsem. Po serii intryg ze strony otaczających go księży, 22 września 1871 r. biskup Sheil pojawił się w klasztorze i nałożył na Mary karę ekskomuniki, oznajmiając zebranym, że "pełna duchowej pychy" Mary "podżega siostry do nieposłuszeństwa i buntu". Polecił jej "powrót do świata". Zamierzał także rozwiązać zakon. Siostry postanowiły podzielić los założycielki i wyrażając pragnienie wierności wobec konstytucji, jedna po drugiej prosiły biskupa o zwolnienie ze ślubów. Widząc tę solidarność, biskup zakazał im wychodzić bez pozwolenia. Mary natychmiast opuściła klasztor. Na starającym się oczyścić jej dobre imię ks. Woodsie wymogła jednak, że nie napisze (był on również dziennikarzem) ani jednego złego słowa przeciw biskupowi czy księżom. Ogromnie cierpiała i bała się, że w trakcie konfrontacji mogłaby nawet powiedzieć coś, co potwierdziłoby słuszność wydanego wyroku. W liście do ks. Woodsa namawiającego ją do spotkania z biskupem z pominięciem kręgu jego doradców tłumaczyła, że niewiele by to dało, ponieważ hierarcha nie należy do mężczyzn, którzy "pozwalają, aby kobieta miała własne zdanie".

 

Tymczasem większość sióstr została wydalona, a klasztor, zgodnie z dyrektywą biskupa, przejęły dominikanki. Mary nie starała się wpływać na decyzję sióstr, w którymś momencie jednak poprosiła, aby nie wracały do domów rodzinnych.

 

Część z nich podjęła pracę jako służące lub guwernantki. Około dwudziestu sióstr przeniosło się do małego domku, który udostępnił im za darmo zamożny Żyd, członek parlamentu. Wszystkie bardzo cierpiały pozbawione duchowego wsparcia, którego odmawiała im spora część lokalnych kapłanów. Mary przeżywała to najboleśniej. Nie podejmowała jednak starań, by oczyścić się z zarzutów i dowieść niesprawiedliwości. Czasami bliska była załamania: "Nie mam już siły do otaczającego mnie kłamstwa i ludzkiej małości". Wierzyła, że ona sama i zgromadzenie muszą przetrwać ten okres próby. Siebie przekonywała, że jest wybrana, ponieważ otrzymała możliwość znoszenia tego szczególnego krzyża.

 

[…]

 

Ponieważ umiała zjednywać sobie sympatię, wśród jej przyjaciół byli ludzie różnych ras, kultur, religii i poglądów. Lubili ją za miłe usposobienie, humor i otwartość, ale także za to, że nie usiłowała ich pouczać czy nawracać, lecz sama dawała przykład poświęcenia dla innych i głębokiej wiary. Była niezwykle pracowita, prostolinijna, doceniała wagę chrześcijańskiej radości. Wizytując odległe miejsca i bardzo małe wspólnoty w odosobnionych klasztorach, Mary zalecała siostrom szczególną pogodę ducha, którą trzeba przedkładać ponad rygorystyczne przestrzeganie ślubu milczenia.

 

Jej odwaga przejawiała się na wiele sposobów. Kiedy, na przykład, zaistniała pilna potrzeba katechizacji, a w danej miejscowości nie było szkoły ani kościoła dysponujących miejscem, Mary nie zawahała się poprosić o lokum w bogatej rezydencji prywatnej. Zapukała i wytłumaczyła, że szuka dużego pomieszczenia, w którym trzy razy w tygodniu mogłaby zbierać się grupa przygotowywanych do bierzmowania. Właścicielka była prezbiterianką, co nie okazało się jednak przeszkodą. Trzydziestu mężczyzn przez kilka miesięcy spotykało się w salonie jej rezydencji.

 

Inaczej, niestety, było z ludźmi Kościoła, zwłaszcza z tymi stojącymi wysoko w hierarchii. Z reguły uważali się za wzór ojcowskiej władzy. Jak pisze Lesley O'Brien, strzegli tej władzy zazdrośnie. Solą w ich oku była kobieta, która ośmielała się myśleć samodzielnie. Powinna przecież była zdać się całkowicie na ich kierownictwo. W jednym z listów ks. Woods stawiał retoryczne pytanie: "Skoro to Bóg udziela nam obojgu wskazówek do działania, nie rozumiem, jakim sposobem mogą się one tak bardzo od siebie różnić". Wiele lat później Mary zauważyła: " Aż strach pomyśleć, jak łatwo przychodzi nam wyobrażać sobie, że wykonujemy wolę Bożą, kiedy w rzeczywistości postępujemy według własnej". Dygnitarze, dla których bardzo niewygodne było to, że nie wykonywała ślepo ich poleceń, wytykali Mary brak posłuszeństwa i pokory. Bywało, że Mary wzdychała: Ach, gdyby tak Kościół we wszystkich miejscach na świecie był bardziej zjednoczony, gdyby biskup nie występował przeciwko biskupowi, jedno zgromadzenie religijne przeciw innemu, gdyby poszczególne wspólnoty tak bardzo sobie nie zazdrościły [...] wówczas Bóg otrzymałby więcej [...], a zepsuty świat mniej.

 

Mary stanowi wzór determinacji przy realizowaniu zamysłu, jakim było edukowanie i pomoc najbiedniejszym w Australii w imię Jezusa Chrystusa. Zadanie to wymagało ogromnego wysiłku i całkowitego poświęcenia. Robiła to w pocie czoła, niepomna na niewygody. Z samozaparciem przekraczała kłody, jakie rzucali jej pod nogi liderzy Kościoła. Za ten heroizm i za to, że nikomu nie złorzeczyła i nie popadła w zniechęcenie, bo przecież najbardziej boli niesprawiedliwość i złośliwość od swoich, zyskała najwyższy szacunek u wielu ludzi. Wysiłki zmierzające do beatyfikacji, czyli pokazania jej zasług całemu Kościołowi, miały swoje zawirowania (dokumenty zaginęły w Watykanie i odnalazły się dopiero po latach), ale w końcu sprawiedliwości stało się zadość.

 

Mary MacKillop jest pierwszą australijską kanonizowaną świętą. Jan Paweł II beatyfikował ją 19 stycznia 1995 r., a kanonizacja odbyła się 17 października 2010 r. Wspomnienie liturgiczne św. Mary MacKillop obchodzone jest 8 sierpnia, w rocznicę jej śmierci.

 

Zanim jednak nastąpiła beatyfikacja, australijska reżyserka Kay Pavlou przy współpracy sióstr józefitek nakręciła film Mary (1994).

 

Dziś 850 sióstr józefitek pracuje w Australii i Nowej Zelandii, a także w Irlandii i Peru.

 

 

Joanna Petry Mroczkowska - doktor filologii romańskiej, eseistka, łumaczka, krytyk literacki. Autorka książek. W Wydawnictwie WAM ukazały się m. in. "Niepokorne święte" (WAM, 2011), "Teresa z Lisieux (WAM, 2012).

 

 

Fragment książki "Niepokorne święte"

 

 

"Każdą z bohaterek tej książki chciałbym spotkać. Od Brygidy Szwedzkiej uczyć się mistycyzmu praktycznego, który nawet w czasie objawień przypominał jej o tym, by zamiast biegać po kolejnych sanktuariach wyuczyła się wreszcie porządnie łacińskiej gramatyki "  Szymon Hołownia.

Chcę przeczytać tę książkę >>

 

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

9

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook