Św. Teresa - Mistrzyni wiary wątpiącej

(Fot. sxc.hu)

Kiedy rozmyślałem o "ludziach z obrzeża", o niewierzących, o solidarności z wątpiącymi i o tym, gdzie właściwie znajduje się centrum, a gdzie obrzeże tej tak niezwykłej wspólnoty, jaką jest Kościół, przyszła mi na myśl pewna młoda kobieta, która w swoim dzienniku zapisała kiedyś słowa: W sercu Kościoła, mojej Matki, będę miłością.

 

 

Przez wiele lat św. Teresa z Lisieux pozostawała na obrzeżach mojego zainteresowania. Przypominam sobie, że akurat w dzień jej święta - ten dzień nie był nawet celowo wybrany - rozpoczynałem w roku 1972 swoje systematyczne przygotowanie do kapłaństwa w Kościele podziemnym; czekałem w praskim kościele św. Ignacego na człowieka, którego miałem rozpoznać po umówionym znaku i który potem na tej drodze miał mnie przez szereg lat prowadzić do święceń. Pamiętam dobrze wszystko, co rozgrywało się wówczas nie tylko we mnie, ale wokół mnie - także tę znaną kiczowatą figurkę świętej z tacą pełną róż, przed którą - ponieważ była to jej uroczystość - płonęła wielka świeca.

 

Tekst pochodzi z książki ks. Tomasza Halika, Cierpliwość wobec Boga

 

Co wówczas wiedziałem o tej świętej? Postrzegałem ją jedynie przez pryzmat przesłodzonych figurek i obrazków, tchnących dziewiętnastowieczną pobożnością. W tamtym czasie miałbym gotową odpowiedź na jej słowa o misji w sercu Kościoła: ile to już pobożnych zakonnic pozostawiło nam w swoich dziennikach sentymentalne westchnienia o miłości. Podobne wyznania i lamenty rozszyfrowujemy dzisiaj głównie za pomocą teorii Freuda o sublimacji libido, teorii, którą nam częściowo wpojono, a którą częściowo jesteśmy skażeni.

 

"Mała droga" Tereski czy może Heidegger?

 

Kiedy po raz pierwszy czytałem coś o "małej drodze" czy "drodze dzieciństwa", której ta właśnie święta uczyła, natrafiłem na jej sformułowanie, wypowiedziane w jednej ze smutnych i nieprzyjemnych chwili, jakich pewnie przeżyła w klasztorze niemało, że zostawia Bogu swobodę postępowania z nią w taki sposób, w jaki dziecko obchodzi się ze swoją zabawką. Czy zabawka może wyrzucać dziecku, że się nią stale nie zajmuje, że na chwilę zostawiło ją gdzieś w kącie? To mi wystarczyło.

 

"Czyżbyśmy byli zabawkami w Bożych rękach? I czy Bóg jest jakimś zapominalskim dzieckiem?" - powiedziałem do siebie i zdegustowany natychmiast tę książkę zamknąłem, postanawiając nie tracić czasu na tak infantylne metafory, a potem wróciłem do mojej rozpoczętej lektury Heideggera. Nie mam nic przeciwko Heideggerowi - ale po wielu latach w konkretnej sytuacji przypomniało mi się tamto sformułowanie Teresy. I pomogło mi bardziej niż Sein und Zeit. Uświadomiłem sobie, jak wiele jest w nim autoironii - zdrowego humoru, pomagającego w chwilach niepowodzeń stawić czoło pokusie użalania się (jałowego spekulowania, dlaczego Bóg pozwolił na to lub owo, dlaczego nie uratował akurat tak wspaniałego człowieka jak ja) oraz cichego przerzucania win na wszystkich wkoło, łącznie z samym Bogiem.

 

Ale to był tylko początek mojej "przygody z Teresą". Stopniowo kobieta, ogłoszona przez Jana Pawła II Doktorem Kościoła - choć w odróżnieniu od wszystkich wielkich myślicieli, którym przyznawano to właśnie epitetum ornans, nie pozostawiła po sobie żadnego dzieła teologicznego, a jej wykształcenie teologiczne było bardziej niż wątpliwe - zaczęła intrygować mnie coraz bardziej. Przeczytałem wiele jej tekstów i jej biografii, a w końcu udałem się na pielgrzymkę do grobu Teresy; fotografię jej twarzy mam stale na swoim biurku.


Gdy przed kilku laty ukończyłem książkę prowokacyjnie broniącą "małej wiary" przed "wielką", "niewzruszoną" i pewną siebie, wielką lekcją pokory stała się dla mnie konstatacja, że właściwie nie odkryłem niczego nowego. To, co kiedyś sprawiło, że w chrześcijaństwie i Kościele katolickim znalazłem swój duchowy dom, to uświadomienie sobie, iż jest to religia paradoksu - a wszystko, co z takim wysiłkiem rozważałem i tropiłem u Pascala, Kierkegaarda, Chestertona czy Grahama Greena - wcześniej odkrył, przeżył i swoim (na pewno całkiem innym) językiem i stylem opisał właśnie ten Mały Kwiatek. Była to w gruncie rzeczy widziana z innej perspektywy jej "mała droga" lub droga duchowego dzieciństwa, która z infantylizmem - a tak niestety bywa często interpretowana i propagowana - nie ma naprawdę nic wspólnego.

 

Świętość bliska Nietzschemu?


W jednym z wykładów sprzed lat prowokacyjnie porównałem Małego Kwiatka do Fryderyka Nietzschego i tych dwoje tak odmiennych od siebie rówieśników nazwałem duchowym rodzeństwem - nie podejrzewając jeszcze wówczas, że nie jestem ani pierwszy, ani jedyny, który użył takiego porównania. (Nawiasem mówiąc, przy moim zamiłowaniu do paradoksów uświadamianie sobie co pewien czas, że człowiek dochodzi do czegoś, co już ktoś mądry wymyślił przed nim, dostarcza mi doskonale paradoksalnej mieszanki zadowolenia i frustracji, dumy i upokorzenia jednocześnie).

Oboje - Nietzsche i Teresa - żyli w świecie dziewiętnastowiecznego optymizmu nauki i postępu - mało kto wówczas zdawał sobie sprawę, jak wiele kryje się w nim iluzji i naiwności i czym już wkrótce optymizm ten zostanie zastąpiony - a równocześnie w czasach pobożności, która z jednej strony była słodko sentymentalna, z drugiej zaś pełna smutnego moralizowania, rygoryzmu, zyskiwania zasług, zdobywania cnót (w owej nabożnej wersji dawnego pelagianizmu) i obsesyjnie neurotycznej fascynacji grzechem. I oboje do tych właśnie cech swojej epoki, wyrafinowanych pokus w duchowym klimacie swojego świata - aczkolwiek w bardzo różny sposób i w różnych okolicznościach - odwrócili się plecami.


Młoda karmelitanka przed swoją śmiercią przeżywała wielkie duchowe zmagania i wewnętrzną ciemność; w tej nocy próby także zbliżająca się śmierć ukazała się jej któregoś razu - jak napisała wprost - jako noc nicości. "Już nie wierzę w życie wieczne: wydaje mi się, że po tym śmiertelnym życiu nic już nie ma" - pisze dosłownie ta Doktor Kościoła. "Dręczą mnie myśli najgorszych ateistów" - brzmi inne z jej autentycznych powiedzeń. Całkowicie zawalił się jej nie tylko ów słodki pobożny świat, w którym przeżyła całe swoje dotychczasowe życie, ale także wcześniejsze głębokie doświadczenia Bożej bliskości pochłonęła mgła, ciemność i pustka. Znalazła się precz od wszystkich słońc - jeśli tego rodzaju doświadczenie można opisać słowami, którymi człowiek oszalały Nietzschego wśród gejzeru sugestywnych metafor opisuje sytuację świata w owym słynnym fragmencie o śmierci Boga. Teresa opisuje, jak Chrystus wprowadza ją w ciemną przestrzeń, gdzie jej duszę spowijają najgęstsze ciemności.


Ateizm w wierze ukryty

 

Z pewnością - na progu śmierci także niemało ludzi głęboko wierzących przechodzi przez podobne próby; jak gdyby mieli udział w bolesnej tajemnicy Chrystusowej agonii, której możemy się tylko co nieco domyślać z Jego okrzyku Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? (Mk 15, 34) - okrzyku, który odważył się odnotować tylko jeden z Ewangelistów. Ale tutaj chodzi jeszcze o coś innego. Matka Agnes, która prowadziła ostatnie rozmowy z umierającą Teresą i była pierwszą redaktorką (oraz surowym cenzorem) jej pism, interpretowała stan Teresy w duchu mistyki karmelitańskiej jako "ciemną noc duszy" - i wedle tego wzoru stylizowała także jej wypowiedzi - ale i tak rozminęła się z czymś, w czym Teresa z Lisieux była naprawdę oryginalna, nowa i wyjątkowa, i czego oczywiście nie znajdziemy ani u Wielkiej Teresy, z Avili, ani u Jana od Krzyża.

 

Dewizą Małej Teresy było: z miłości do Boga przyjmować także najdziwniejsze myśli. A zatem najbardziej niezwykły u Teresy jest jej sposób, z jakim przyjęła i potraktowała swoje zmagania z Bogiem, z ciemnością i wewnętrznym opuszczeniem, swoje doświadczenie Bożej nieobecności, zaćmienie swojej wiary. Przyjęła je jako przejaw solidarności z niewierzącymi.


Ta dziewczyna wyrosła w drobnomieszczańskim, raczej bigoteryjnym niż pobożnym środowisku; w środowisku, z którego nie wyzwoliła się, nawet odchodząc do klasztoru (gdzie wstąpiły kolejno także jej trzy siostry) i pewnie w życiu żadnego ateisty z bliska nie widziała. W swoim dzienniku pisze, że aż do tragicznej Wielkanocy 1896 roku - gdy podczas krwotoku w Wielki Piątek zrozumiała, że sama jest już przybita do krzyża nieuleczalnej choroby i bliskiej śmierci - nie mogła uwierzyć, że istnieją bezbożnicy, niemający wiary, uważała ich za ludzi, którzy właściwie "czynią to wbrew swemu wewnętrznemu przekonaniu". (Notabene, w taki sposób do dzisiaj reagują na wieść o ateistach miliony ludzi spoza zachodniej cywilizacji: nie potrafi ą sobie wyobrazić, że taki światopogląd jest w ogóle możliwy).


Ale wtedy - kontynuuje - Chrystus objawił jej, że rzeczywiście są ludzie, którzy żyją całkowicie bez wiary. I ten fakt - że ateizm nie jest jedynie "pozorem" czy grzesznym oszukiwaniem samego siebie i innych, że trzeba traktować go bardzo poważnie - potwierdził się w jej życiu w taki sposób, że sama pozbawiona została pewności wiary. Nie może się już cieszyć ze swego wcześniejszego doświadczenia religijnego, nie może używać światła i radości wiary dziecięcej. Jeden z jej biografów zwraca uwagę, że słowo jouissance - "pociecha", którego tutaj użyła, znaczył po francusku w owym czasie tak naprawdę "przyjemność" w sensie możliwości korzystania z jakiegoś dobra, cieszenia się posiadaniem jakiejś rzeczy; Teresa nie będzie już mieć wiary, nie będzie posiadać jej pewności.

 

Niewierzący bracia chrześcijan

 

Teresa oznajmia, że traktuje niewierzących jak swoich braci, z którymi teraz siedzi przy wspólnym stole i je ten sam chleb - i prosi Jezusa, żeby nie została od tego stołu odsunięta, ponieważ w odróżnieniu od nich poznała, czym jest radość Bożej bliskości (mimo że wspomnienie o niej jedynie pogłębia jej ból), podczas gdy ludzie obojętni wobec Boga w ogóle nie uświadamiają sobie wagi i tragizmu swojej sytuacji.

 

Właściwie tylko dzięki poprzedniemu doświadczeniu wiary może do głębi przeżyć dramat opuszczenia przez Boga, odkryć i poznać ową ukrytą twarz ateizmu, na który wielu naraża się z tak lekkomyślną oczywistością. (Podobnie człowiek oszalały Nietzschego przychodzi do tych, którzy w Boga nie wierzą i którzy w swoim oczywistym ateizmie nie widzą już żadnego problemu, aby odsłonić przed nimi prawdziwy charakter i prawdziwe konsekwencje ich lekkomyślnego lub wypartego do podświadomości zabicia Boga).

Takiego stosunku do niewierzących Kościół tamtych czasów w ogóle nie zna. Ateizm jest dla niego herezją, a przede wszystkim grzechem. Być może wśród sióstr znajdą się takie, które modlą się i ofiarują za niewierzących, chcą być matkami i chrzestnymi ich nawróceń - ale Teresa chce być ich siostrą, postrzega ich dosłownie jako swoich braci.

 

Kościół francuski w tamtych czasach zajęty jest zaciekłą walką obronną przeciwko wzmagającemu się ateizmowi. Im mocniej uświadamia sobie i przyznaje, że jego wyschnięta i zakurzona teologia przyczyniła się do niewiary współczesnych mu ludzi, tym bardziej kurczowo szuka zewnętrznych wrogów i ich zakonspirowanych agentów we własnych szeregach. Wszystkiemu winny jest ogólnoświatowy spisek żydomasoński - w tym właśnie czasie Drumont wymachuje sztandarem wojującego antysemityzmu i nacjonalizmu ("Francja dla Francuzów"), gorliwie czytana jest "biblia antysemityzmu" Gougenota de Mousauxa, w masonerii upatruje się "narzędzie żydostwa do zniszczenia chrześcijaństwa i ustanowienia kościoła Szatana").

 

1 2  
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.57

Liczba głosów:

77

 

 

Komentarze użytkowników (20)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~mala mi 00:42:07 | 2014-10-02
Szalenie lubię Halika.
Jest w tym dla mnie jakaś nadzieja, że on jest kapłanem katolickim.
Poszłabym za nim.
Rozbudza nadzieję.

Oceń 1 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~LandHo 16:37:55 | 2014-10-01
Pokrętny artykuł, ale dla mnie naprawdę interesujący. W końcu rozumiem, dlaczego katolewica tak usilnie promuje ks. Halika. P. Żyłka domagał się wręcz w tytule artykułu: Więcej Halika. Przyczyn można było się domyślić, ale teraz są dla mnie jasne.

Halik rysuje paralele pomiędzy św. Teresy od Dzieciątka Jezus z ... Nietzschem i Heideggerem. Obaj byli  antychrześcijańscy, Nietzsche skrajnie. Obaj mieli wkład w rozwój ideologii nazistowskiej, a ich koncepcje są nie do pogodzenia z chrześcijaństwem.

No i jeszcze teksty w rodzaju: Kościół francuski w tamtych czasach zajęty jest zaciekłą walką ... jego wyschnięta i zakurzona teologia przyczyniła się do niewiary współczesnych mu ludzi, tym bardziej kurczowo szuka zewnętrznych wrogów i ich zakonspirowanych agentów we własnych szeregach. Wszystkiemu winny jest ogólnoświatowy spisek  ... w masonerii upatruje się "narzędzie żydostwa do zniszczenia chrześcijaństwa i ustanowienia kościoła Szatana")."

No i mamy starą śpiewkę katolewicy, o jakoby rzekomych wrogach, których nie przecież ma. A jeśli są to chcą dobrze. A jeśli nawet nie, to tylko przypadkiem. Jedynym i ostatnim zdrajcą w szeregach Kościoła był oczywiście Judasz, ale on nie znalazł naśladowców i jak wiadomo, chciał dobrze. A w ogóle, to Ewangelię trzeba koniecznie poprawić i np. wykreślić słowa o wilkach w owczej skórze.

Warto jednak poznać stanowisko KK w tej sprawie. Można wyszukać w sieci np. encyklikę Humanum Gen,us. Mimo, że napisana w 19w, jest zadziwiająco aktualna. Jeśli ktoś czyta teksty ks. Halika, to powinien się wysilić i przeczytać tę encyklikę.

Oceń 2 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Madlain 15:59:48 | 2014-10-01
Świetny tekst, mądry i pięny - jak to Halik, jak to o Teresie...:)

Oceń 2 3 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Beniamin 12:24:06 | 2014-10-01
Dziękuję za przybliżenie tej pięknej świętej.

Oceń 2 2 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~float 12:30:11 | 2012-10-03
Zanim Halik zacznie być cierpliwy wobec Boga, niech zacznie być cierpliwy wobec tych, którzy myślą inaczej - niż on.


Zanim Halik zacznie być cierpliwy wobec Boga, niech Jazmig zacznie być cierpliwy (cierpliwa) wobec tych, ktorzy myślą inaczej - niż on (ona).

Oceń 3 3 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Szkoda... 23:58:36 | 2012-10-01
Smutna refleksja mnie naszła po przejrzeniu komentarzy...
Nawet na deonie pojawiają się komentarze bardzo podobne do tych na onecie...
Co prawda są na inne tematy, ale podejście do autorów komentowanych tekstów i sposób wyrażania własnych poglądów bywa niestety żenujący.
Szkoda...

Oceń 2 2 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~tak 21:58:39 | 2012-10-01
Ciekawe dywagacje, ale nie zapominajmy, że są możliwe i inne interpretacje myśli i działania Świętej. Czy te Halikowe są najtrafniejsze? Któż to wie. Jes tw nich tyle filozofii, że czasami może się wydawać, że człowiek po podstawówce nigdy nie zostanie zbawiony, bo przeciez tak głęboko nie rozmyśla i nie odczuwa.  A jednak religia jest dla wszystkich: mędrców i dużo mniej inteligentnych.

Oceń 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

jazmig 17:43:03 | 2012-10-01
Tandetne figurki, a jeszcze bardziej tandetny Halik. Zarozumiały, zapyziały, wszechwiedzący.

Halik, który nie zna ówczesnej rzeczywistości Europy, za to pisze o niej, jakby tam wówczas mieszkał.

Jakże kretyńsko zarozumiałe są słowa Halika" wściekła paranoidalna kampania przeciwko "modernizmowi", odrzucano jakikolwiek inny stosunek do nowoczesnej myśli niż postawa "oblężonej twierdzy".

Czymże miała być ta nowoczesna myśl, którą rzekomo zwalczali przeciwnicy modernizu?

Zarozumiały Halik nawet nie pofatygował się, żeby zapoznać się z argumentacją tych ludzi. On ich ocenił w stylu Michnika i dokładnie michnikowskim słownictwem.

Przy tej okazji wyciera sobie gębę świętą Tereską, która umarła w głębokiej wierze, a nie bez wiary, jak pisał amerykański pseudoteolog o umysłowości Halika.

Zanim Halik zacznie być cierpliwy wobec Boga, niech zacznie być cierpliwy wobec tych, którzy myślą inaczej - niż on.

Oceń 3 2 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Jola 16:51:33 | 2012-10-01
Jak cały Halik. Odnajduje, przewierca na wylot i interpretuje rzeczy wydawałoby sie znane na swój własny sposób. A osobiste wznanie krętej drogi jaką trafiał do Teresy jest chyba bliskie kazdemu, którego zemdlió od lukrowanych jej portrecików i początku Dziejów Duszy zaczynających sie od "małego kwiatka". I mnie się zdarzyło podobnie.  Ale udało mi się wówczas otworzyc w środku i przeczytac rzeczy tak niespodziewanie głębokie, że zobaczyłam nie "mały Kwiatek" ale Lwa!!!!
dzięki za ten tekst!

Oceń 2 2 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Jola 16:50:05 | 2012-10-01
Jak cały Halik. Odnajduje, przewierca na wylot i interpretuje rzeczy wydawałoby sie znane na swój własny sposób. A osobiste wznanie krętej drogi jaką trafiał do Teresy jest chyba bliskie kazdemu, którego zemdlió od lukrowanych jej portrecików i początku Dziejów Duszy zaczynających sie od "małego kwiatka". I mnie się zdarzyło podobnie.  Ale udało mi się wówczas otworzyc w środku i przeczytac rzeczy tak niespodziewanie głębokie, że zobaczyłam nie "mały Kwiatek" ale Lwa!!!!
dzięki za ten tekst!

Oceń 1 1 odpowiedz

Pokaż więcej komentarzy

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook