Jak św. Antoni działa w moim życiu

(fot. shutterstock.com)

Święty Antoni..., nie wiem, co wybrać, ale ku pokrzepieniu serc zrozpaczonych rodziców opiszę historię, która mi się przydarzyła. Mimo upływu lat istnieje silny związek między przedstawionymi osobami, który wyjaśnić może tylko... św. Antoni.


Wybrałam się z chorym dzieckiem nad morze, ale że jestem samotną mamą, musiałam wziąć trzy pozostałe "drobiazgi". Podróż pociągiem przebiegała pomyślnie, można było spokojnie zmienić pampersy, a nawet czuwać nad śpiącymi dzieciakami. Do czasu. Konduktor, który przyszedł sprawdzać bilety, dziwnie mi się przyglądał, a za chwilę zasnęłam dosłownie na moment, a gdy się ocknęłam, nie było ani torebki, ani dokumentów. Nikt inny nie wiedział, gdzie schowałam torebkę, tylko on, gdyż wychodząc z przedziału, jeszcze raz omiótł go wzrokiem, a torebka była ukryta pod ręcznikami i pieluchami dzieci. Szok potworny. W samych skarpetkach wybiegłam na korytarz, ale śladu po złodziejach nie było. Czyli perspektywa dwóch tygodni bez pieniędzy i dokumentów! Nie wiem, dlaczego otworzyłam drzwi od pociągu i próbowałam wyskoczyć. Jak w amoku! Złapał mnie jakiś człowiek stojący przy drzwiach ubikacji i coś tam próbował tłumaczyć. Owionięta zimnym powietrzem nocy oprzytomniałam i wróciłam do przedziału. Dzieci się przebudziły, zaczęły płakać, wreszcie czteroletnia córeczka przypomniała sobie, że w kredkach, które wzięłyśmy, aby się nie nudziła, ma schowane 50 zł. W przedziałach i na korytarzu zrobił się ruch, ale nikt nie wyciągnął nawet 20 zł, aby nam pomóc, a rad od pasażerów lepiej nie przytaczać. Konduktor w końcu się jednak zjawił i przyniósł mi torebkę, która chwilę wcześniej była opróżniana w toalecie, a "czujka" w tym czasie blokowała dostęp do ubikacji. Wszystko to zrozumiałam niestety trochę za późno. Bogu dziękowałam za dokumenty, których złodzieje nie wyrzucili. Zawsze tak robią, że oczyszczoną torebkę wyrzucają przez okno, a ja miałam tam potwierdzenia rehabilitacji córki. Oczywiście uderzyłam do św. Antoniego i jakoś te 50 zł starczyło na cały turnus.


Chyba to żadne nadzwyczajne wydarzenie, a jednak.


Kilka lat później córka zapisała się do wspólnoty samarytańskiej, której zadaniem było pomaganie innym, a wachlarz pomocy był olbrzymi. Córka co gorsza uparła się, że pojedzie na drugi kraniec Polski zawieźć więźniom ciasta na Boże Narodzenie. Zrobiłyśmy ogromną paczkę i postanowiłam, że nie pojedzie sama, tylko ze mną i siostrą. Podróż trwała długo, ale wreszcie kiedyś musiała się skończyć i dotarłyśmy na miejsce. Wytypowanych więźniów wywołano do sali widzeń i omal nie zemdlałam, widząc "czujkę" z pociągu do Kołobrzegu. Nie dałam nic po sobie poznać, wymieniliśmy adresy i zaczęliśmy korespondować. Oczywiście co jakiś czas były odwiedziny w więzieniu i na takim widzeniu dowiedziałam się, jak działała szajka złodziejska, naturalnie w zmowie z konduktorem. Nasz podopieczny zaczął też dużo mówić o sobie: samotna matka, sześciu chłopaków, rodzeństwo w sposób okrutny nie tolerowało najmłodszego brata, a matka zwyczajnie straciła kontrolę nad synami. Wybawieniem okazała się szajka złodziejska, w której nasz przyjaciel znalazł nie tylko akceptację, ale także świetne dochody, które pozwalały na luksusowe życie.


Pisaliśmy do siebie bardzo często, a właściwie to ja pisałam, bo dzieciaki były za małe, podsyłałam mu różne książki i czasopisma, m.in. "Miłujcie się". Więźniowie dosłownie połykali te książki. Wkrótce dowiedziałam się, że nie tylko cela, ale i cały korytarz miał co czytać. Podpowiedziałam im, aby prosili, żeby św. Antoni znalazł im coś odpowiedniego w życiu. I tak się stało! Zaraz potem jakaś kobieta, która wyczytała ich adres w gazecie, zaczęła korespondować z naszym przyjacielem, szybko załatwiła sobie tylko znanym sposobem wyjście lubego z celi i... wyszła za niego za mąż! Oczywiście wyprowadzili się do innej miejscowości, żeby nikt do tej jego przeszłości nie zaglądał, mają dwójkę przeuroczych dzieci, a ja przekonałam się, jak św. Antoni łowi perły zagubione w życiu. Bracia pana młodego bardzo mu pozazdrościli wykształconej małżonki (dwa fakultety) i więzy rodzinne działają od tamtego czasu bez zarzutu. A jego mama? Też zrozumiała, że dziecko to nie przedmiot i że nie można go też rzucać na głęboką wodę. A co ze mną? Awansowałam na przybraną mamę, są telefony, piękne listy, artystyczne prezenty wykonane ręką naszego przyjaciela, kronika urodzin dzieciaków i wszystkich wydarzeń rodzinnych. Czuję, jakbym z nim była. Talent, który drzemał w tym młodym człowieku, został przez św. Antoniego znaleziony, bo pięknie rysuje obrazki kredkami na płótnie.


Tak sobie myślę, że św. Antoni jest niesamowity, nie trzeba miesiącami wzywać jego orędownictwa. On wszystkich zdobywa dla Chrystusa, bo nie tylko ten jeden więzień, o którym piszę, okazał się aniołem z podciętymi skrzydłami. Reszta pociągnięta jego przykładem postanowiła działać.

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

19

 

Dodaj świadectwo »

 

 

Komentarze użytkowników (1)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

Bazyli 22:45:59 | 2016-05-17
A u innych jednorożec przynosi radość i szczęście.

Oceń 4 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook