"Powoli docierało do mnie, że zostałem w niewytłumaczalny sposób uleczony"

(fot. Julián Gentilezza / unsplash.com)

Byłem ateistą. Opowiedzieć o zdarzeniu, które miało miejsce kilka lat wstecz nie jest łatwo. Dziś wiem, że spotkało mnie w życiu wielkie dobro - moja wiara jest dziś silniejsza niż dawniej, przed spotkaniem owego dobra.

 

Mam 42 lata, z wykształcenia jestem literaturoznawcą z tytułem doktorskim. Dziś jednak nie jest istotne, jakie mam wykształcenie - pragnę opowiedzieć o tym, co spotkało mnie 1 maja 2011 roku, w dniu beatyfikacji Jana Pawła II.

 

Żeby to zrozumieć, muszę trochę cofnąć się do swego chrztu - zostałem ochrzczony, bierzmowany i kilka lat temu wszedłem w związek małżeński. Nie byłem szczególnie wierzący przed 2011 rokiem. Wiele razy Bóg chciał mnie poprowadzić dobrą drogą, jednak ja zajęty nauką, studiowaniem i szukaniem pracy, nie miałem czasu nawet na porządną modlitwę.

 

Żyłem bez nadziei, wiary i miłości, choć bardzo pragnąłem Boga, ale byłem przekonany, że jest niemożliwe w XXI wieku, aby On mi się objawił. Szukałem prawdy na własną rękę, a nie miałem nikogo, kto by pomógł mi w moich wątpliwościach, zmaganiach ze sferą intymną - osamotniony, szukający przede wszystkim przyjemności, żyłem niemal jak roślina.

 

Stan taki trwał latami. Trafiłem nawet do psychiatry, który moją wiarę określił jako “schizofrenię". Zażywałem bardzo dużo leków uspokajających, które trochę pomogły, ale nie na długo.

 

Pierwszy raz serio o Bogu pomyślałem jako dziecko w czasie I Komunii świętej. Potem oddaliłem się ku zabawie, rozrywkom, lenistwu, sprawianiem sobie przyjemności, ile się da. W wieku 14 lat Bóg znowu pragnął dać mi życie najlepsze, jakie jest możliwe, ale po kilku latach znowu popadłem w ateizm.

 

Mimo tylu łask, nie potrafiłem znaleźć nawet pięciu minut dla Stwórcy - pociągał mnie świat dookoła i nic innego się nie liczyło. Opuściłem się w wierze, co nie pozostało bez wpływu na moją naukę i edukację. Byłem dobrym studentem, jednak bardzo zagubionym w świecie i jego pokusach. Sam się dziwię dziś, jak można zaprzepaścić łaski Boże, jeśli się nie czuwa, aby je dostrzec.

 

Ukończyłem studia, zapisałem się na studia doktoranckie, potem pracowałem nie w swoim zawodzie jako kierowca. Gdy leki, które na depresję i inne objawy przepisali mi psychiatrzy, przestały działać, byłem bliski rozpaczy, okresowo cierpiąc nawet na pokusy i myśli samobójcze. W międzyczasie dowiedziałem się u dwu niezależnych okulistów, że moje oczy są nie tylko krótkowzroczne, ale zaczyna się zwyrodnienie naczyń obuocznie - zniszczone cukrem, soczewkami i dymem papierosowym naczyńka krwionośne zaczynały wrastać w rogówkę, co groziło degeneracyjnymi zmianami, a nawet ślepotą.

 

W 2006 roku w Witkowicach powiedziano mi o tym, że trzeba się leczyć, ale ja zapomniałem. Pracując nieraz po 12 godzin jako kierowca w dużej firmie krakowskiej, nie miałem sił ani czasu, żeby zacząć leczenie oczu u okulisty. Po raz drugi miałem czas i energię na badanie okulistyczne już po zwolnieniu się z pracy na początku 2011 roku.

 

Tamte zdarzenia nastąpiły tak szybko, że nie mogłem ich porządnie przyswoić. Dopiero dziś wróciły do mnie jako wspomnienie wielkiej łaski, za którą nawet porządnie - jak 9 trędowatych - nie podziękowałem, więc czynię to teraz.

 

Była sobota, 30 kwietnia 2011 roku. Od rana czułem błyski w lewym oku, które jak mi wcześniej mówili lekarze okuliści mogą oznaczać początek odklejenia siatkówki, czemu może sprzyjać ciężka praca fizyczna i jednoczesna krótkowzroczność. W firmie dźwigałem przez ponad 3 lata ciężki pojemniki z jedzeniam dla pacjentów w szpitalu uniwersyteckim.

 

Postanowiłem nie czekać tym razem. Pojechałem taksówką na dyżur okulistyczny, który w tamtą sobotę wypadał na ulicy Fiołkowej 6. Okulista zbadał mnie dokładnie. Poszerzył źrenice atropiną i wydał orzeczenie takie samo, jak 5 lat wcześniej - obustronne zwyrodnienie naczyń krwionośnych, odklejenie się siatkówki w lewym oku.

 

Natychmiast w poniedziałek musiałem się zgłosić do kliniki przy Kopernika. Zanim jednak to nastąpiło wieczorem w sobotę razem z chórem uczestniczyłem w koncercie z okazji beatyfikacji Jana Pawła II, która miała być dokonana w Rzymie następnego dnia. Kiedy nadeszła niedziela, miałem znowu z tym samym chórem śpiewać w Łagiewnikach, jednak źle się poczułem i poszedłem wieczorem do swojej parafii.

 

Tam bez większej wiary i nadziei oddałem sprawę moich oczu Bogu przez Świętą Faustynę i Jana Pawła II. Nie sądziłem, że coś się stanie. Coś, co zmieni na zawsze moje życie duchowe, dotąd marne i nędzne. Poszedłem wieczorem spać z myślą, że rano muszę być wcześnie na Klinice. Gdy tam dotarłem była może 8 rano. Miałem ze sobą mały plecak, bo spodziewałem się, że po badaniu zostanę na operację laserową, którą rekomendowano na sobotnim dyżurze. Kiedy wszedłem do poczekalni i podałem skierowanie z Fiołkowej, wpuszczono mnie bez kolejki.

 

Lekarz wykonał wszystkie standardowe badania, także dna oka. Nie zapomnę, jak po badaniu siedział zamyślony, będąc w czymś na kształt szoku - po chwili się odezwał, że “nic tu nie widzi z tego, co opisano w skierowaniu". Zamurowało mnie.

 

Potem wezwał jeszcze lekarkę i ona również po takim samym badaniu nic dostrzegła ani zmian zwyrodnieniowych, ani odklejenia siatkówki. Kiedy mnie spytał, czy nadal mam błyski w lewym oku, dopiero wtedy zauważyłem, że błyski również ustały. Powoli docierało do mnie, że zostałem w niewytłumaczalny sposób uleczony.

 

Przypomniałem sobie, że jeszcze na koncercie w sobotę, poczułem jakiś dotyk i słaby ucisk na oczach, jak gdyby ktoś mnie dotykał. Lekarz wpisał do karty, że operacja nie jest konieczna. Potem wyszedłem, czując jakąś radość, przepełniającą mnie i ból, że tylu bardziej chorych pacjentów musi czekać w kolejce w poczekalni. Poszedłem prosto do kościoła jezuitów. Trwała tam codzienna wieczysta adoracja. Przez kilka minut się modliłem i dziękowałem.

 

Potem poszedłem, bo chciałem jak najszybciej podzielić się tym wszystkim z najbliższymi. Mama bardzo się obawiała tej choroby i modliła za moje zdrowie. Do dziś w pamięci, mimo upływu czasu, mam to wszystko w pamięci. Żałuję, że nie dość doceniłem tę ogromną łaskę.

 

Dziś pragnę to naprawić, by choć przez to krótkie świadectwo tchnąć nadzieję we wszystkich chorych, jakakolwiek by ich nie dręczyła choroba. Dziękuję Ci, Boże! I wam, Ojcze święty i Siostrze Faustynie, której nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego są mi bliskie już od ćwierć wieku. 

 

 

* * *

Chcemy Was zaprosić do złożenia świadectwa. Dlaczego? Bo świadectwo jest najskuteczniejszą i najbardziej insprującą metodą do wzajemnego budowania i inspirowania się w wierze. Dlatego jeśli czujesz, że w Twoim życiu wydarzyło się coś, czego nie powinienieś zachować tylko dla siebie, ale powinienieś się tym z innymi podzielić, to nie zastanawiaj się dłużej, tylko po prostu siadaj i pisz.

 

 

 

 

 

 

 

dodał(a): Admin_DEON.pl
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.6

Liczba głosów:

10

 

 

Komentarze użytkowników (2)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

piecuszek 08:55:10 | 2018-10-23
Jak wymyslacie te historie to chociaz z sensem. Kierowca zawodowy z chorymi oczami, z odklejona siatkowka? I jeszcze sie nie mial czasu leczyc?

Oceń 1 19 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook