Córka miała białaczkę. Sytuacja była beznadziejna. Uratował ją papież-Polak

WAM
(fot. giulio napolitano / Shutterstock.com)

To był grudzień 2006 roku. Niezapomniany, koszmarny grudzień. Państwo Grzywaczowie z Tarnowca dowiedzieli się, że ich córka Małgosia jest chora na białaczkę. Jednak dzięki pomocy Matki Bożej Tarnowskiej i Jana Pawła II przezwyciężyła chorobę.


Gosia jest jednym z pięciorga dzieci państwa Grzywaczów - czwartym z kolei. "Nigdy nie myślałam, że spotka mnie coś takiego. Gosia była od urodzenia okazem zdrowia, nie chorowała. To był szok" - rozpoczyna swoją opowieść Beata Grzywacz. Pan Bogdan wspomina, że problemy zaczęły się nagle. "Gosia w grudniu zaczęła utykać na nogę. Miała wtedy cztery i pół roku. Kiedy poszliśmy do lekarza, ten stwierdził młodzieńcze zapalenie stawu biodrowego. Przepisał środki przeciwbólowe i polopirynę. Kiedy wróciłem do domu, zacząłem w Internecie szukać przyczyn choroby i wśród sześćdziesięciu powodów znalazłem białaczkę. Pomyślałem wtedy: «Byle to nie była białaczka»" - ze łzami w oczach opowiada mężczyzna.

 

Wyniki badań krwi nie były dobre i rodzice w trybie natychmiastowym zostali wezwani do lekarza. Medyk powiedział im tylko tyle, że ich córka jest bardzo chora, i dał skierowanie do szpitala do Jasła. Tam zrobiono dziewczynce ponowne badania. Niestety, też wyszły bardzo źle. "Pamiętam, jak poszedłem wtedy do lekarza, a ten kazał mi usiąść. Usiadłem i zapytałem: «Białaczka?». Zdumiony lekarz odpowiedział: «A skąd pan wie?». Świat mi się wtedy zawalił" - wyznaje pan Bogdan.


Gosia natychmiast została przewieziona karetką do kliniki w Krakowie-Prokocimiu. "Tam po raz kolejny zrobiono badania, które potwierdziły pierwotną diagnozę. To był szok. Powiedziano nam jeszcze w Jaśle, że stan zdrowia córki jest tak zły, żebyśmy cieszyli się z nią każdą minutą, jaka została nam dana" - opowiada pani Beata.


W Prokocimiu Gosia dostawała chemię. Jednak przez długi czas nie było poprawy. "Zostawiliśmy w Tarnowcu w domu czwórkę dzieci. Najstarszy syn miał wtedy siedemnaście lat, a najmłodszy nie miał dwóch. Opiekowali się sobą wzajemnie, a my z żoną na zmianę czuwaliśmy przy Gosi. Nie chcieliśmy, żeby była sama. Wspieraliśmy ją, trzymaliśmy za rękę, kiedy bardzo cierpiała. Jej ręce były całe pokłute. Trzy razy wyszły jej włosy. To dla tak małej istoty trudne przeżycie" - podkreśla Bogdan Grzywacz, a jego żona dodaje: "Na początku bardzo się buntowałam. Pytałam Boga: «Dlaczego Gosia?». Choć sama wolałam cierpieć, byle ona była zdrowa, to z czasem przyszło ogromne zaufanie Panu Bogu i Jego Matce. Wierzyliśmy, że Gosia będzie zdrowa. Bardzo się modliliśmy. Zamawialiśmy msze święte w jej intencji. Ocieraliśmy jej kręgosłup chusteczką potartą o figurę Tarnowieckiej Pani, obmywaliśmy jej wątłe ciałko winkiem z sanktuarium w Gidlach" - wylicza kobieta.

 

Po trzech miesiącach bardzo intensywnego leczenia, gdyż rodzice dziewczynki zdecydowali, że zostanie jej podana bardzo mocna dawka chemii, nie było żadnej poprawy. "Jeszcze pod koniec marca pani doktor powiedziała mi, że nie ma dla nas dobrych wiadomości. Jakież więc było nasze zdziwienie, gdy 2 kwietnia 2007 roku, w drugą rocznicę śmierci Ojca Świętego Jana Pawła II, zrobiono Gosi badania, a one wykazały, że choroba została zatrzymana, że jest poprawa. To nie był przypadek" - mówi pan Bogdan, a łzy szczęścia jeszcze dziś płyną z jego oczu.


To jednak nie był koniec, a jedynie początek długiej walki. Dziewczynka w szpitalu w Krakowie spędziła długie trzynaście miesięcy! Przeszła bardzo intensywne leczenie. Jej mama zrezygnowała z pracy, by móc jej towarzyszyć. Rodzice zaprzestali budowy domu. "Nigdy nie myślałam, że kiedyś doświadczę tak ogromnej pomocy ludzi. Bez niej pewnie byśmy nie podołali temu wszystkiemu. Przecież nie mamy nawet samochodu, a tu raz za razem trzeba było jeździć do Krakowa, a potem wozić Gosię na chemię i do kontroli. Wszystkim jesteśmy bardzo wdzięczni" - podkreśla mama dziewczynki.

 

Po trzynastu miesiącach Gosia wróciła do domu. Wówczas jej rodzina mieszkała w starym domu, w którym były dwa pokoje. By słabej dziewczynki nie narażać na niepotrzebne infekcje, oddano jej jeden pokój. Wszyscy przenieśli się do drugiego pokoju. "Żyły Gosi nie wytrzymywały tak silnych dawek chemii, dlatego miała założone tak zwane wejście centralne, które musiało być cały czas sterylne, odpowiednio utrzymywane i płukane. To było bardzo trudne, ale i to nam się udało. Na płukanie musieliśmy jeździć czasem dwa razy w tygodniu do Krakowa, bo nikt w Jaśle nie chciał tego robić. Te dojazdy wykańczały nas finansowo (żyliśmy wtedy z jednej pensji), bo córka nie mogła jechać autobusem czy busem, ale musieliśmy wynajmować auto" - mówi pani Beata, dodając, że podczas leczenia domowego jej córka zażyła około dwóch tysięcy tabletek.

 

"Przez szesnaście miesięcy Gosia miała chemię wlewową. Dopiero w kwietniu 2009 roku zakończyliśmy leczenie. Dziś dzięki pomocy Matki Bożej, Ojca Świętego Jana Pawła II oraz samego Pana Boga jest już wszystko dobrze" - podkreśla pani Beata.

 

Ojciec dziewczynki wyznaje, że bardzo pragnęli, aby ich córka poszła do pierwszej komunii świętej. "I Bóg dał nam to przeżyć. Gdy dziś patrzę na córkę, widzę piękną dziewczynę. (...) To dla nas ogromne szczęście. Na własnej skórze doświadczyliśmy, że wiara czyni cuda i za ten cud życia oraz zdrowia naszej córki do końca życia będziemy dziękować Bogu" - mówi pan Bogdan.
   

* * *

 

Świadectwo pochodzi z najnowszej książki o cudach Jana Pawła II. Tutaj znajdziesz ją z 10 procentowym rabatem >>

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.4

Liczba głosów:

5

 

Dodaj świadectwo »

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook