"Wystarczy, że powiem z ufnością 'Jezu, Ty się tym zajmij'… i mogę spać spokojnie"

(fot. shutterstock.com / youtube.com/radiotvsantamaria)

Przełomem była dla mnie modlitwa "Jezu, Ty się tym zajmij". Szukałam daleko, a rozwiązanie miałam tuż pod nosem. Wierzę, że zostałam uzdrowiona. Odstawiłam leki i w kwietniu 2018 roku po raz ostatni idę do lekarza.

 

Szczęść Boże,

 

niedawno obejrzałam filmik na Youtube, w którym pewna kobieta opowiadała o uzdrowieniu jej przez Jezusa z choroby Hashimoto. Pomyślałam: to nie dla mnie. Ja także modliłam się o uleczenie z w/w choroby, byłam parę razy na mszach z modlitwą o uzdrowienie w Łodzi u jezuitów i nic…

 

Podczas jednej ze wspomnianych mszy prowadzący mieli słowo poznania, że właśnie zostają uzdrowieni ludzie z chorobami tarczycy. Ucieszyłam się niezmiernie, a potem… zwątpiłam. Jak to ludzie? Jacy konkretnie ludzie? Czy ja się do nich zaliczam? A może chodzi o kogoś innego? Na pewno w kościele było dużo osób w chorobami tarczycy.

 

3 rzeczy, których uczy nas modlitwa ks. Dolindo >>

 

Skąd wiadomo, że chodzi też o mnie? Pytanie kłębiły się w mojej głowie i nie wiedziałam, co zrobić w tą wiadomością. Skontaktowałam się nawet z jednym z jezuitów, pytając, co mam teraz robić? Przyjmować leki i badać się - usłyszałam. Czyli robić wszystko to, co do tej pory.

 

W moim życiu nic się nie zmieniło: nadal co 3 - 6 miesięcy odwiedzałam endokrynologa, badałam sobie krew, przyjmowałam leki. Dotkliwie odczuwałam też objawy towarzyszące Hashimoto: suchą skórę, kłopoty z pamięcią, koncentracją, bóle rąk pojawiające się nie wiadomo skąd. Poczułam się rozczarowana, w pewnym sensie oszukana, bo moja choroba nie minęła. Dziś widzę, że brak mi było wiary i determinacji.

 

Minęły około 4 lata. W tym czasie nasiliły się moje zainteresowania wizualizacją, medytacją, afirmacjami, feng shui, pozytywnym myśleniem czy możliwościami sterowania podświadomością. Dziwiłam się, że moje życie wcale się nie zmienia, mimo nabytej wiedzy i stosowanej praktyki. Wręcz przeciwnie: czułam się jak niewolnik, który musi wykonać wszystkie opisywane ćwiczenia, medytować i afirmować, by w końcu osiągnąć szczęście.

 

Wciąż poszukiwałam i uczyłam się nowych sposobów na błogostan. Ćwiczyłam, ale byłam coraz smutniejsza, spięta, rozdrażniona. Coś mnie trzymało w swoich sidłach i nie chciało puścić. Ale Bóg nade mną czuwał. Interesując się okultyzmem, jednocześnie powoli zbliżałam się do Jezusa. On działa na różne sposoby: do mnie przemówił przez Internet. Z tego źródła czerpałam całymi garściami, wysłuchując rekolekcji i kazań w mp3, czytając religijne artykuły i książki.

 

We wrześniu 2017 roku byłam z córką na wycieczce objazdowej we Włoszech. Gdzie tylko mogłam, modliłam się o uzdrowienie mojego życia, o uwolnienie mnie: przy grobach św. Franciszka, Klary, Piotra, Jana Pawła II, Jana XXIII, Benedykta, w rzymskich bazylikach i w Orvietto.

 

Po powrocie z wyjazdu Bóg nie zostawił mnie samej. To z Internetu dowiedziałam się o szkodliwości pozytywnego myślenia czy sterowania podświadomością oraz o zgubnych skutkach wizualizacji, afirmacji, feng shui itp. Ze zgrozą czytałam świadectwa ludzi pogrążonych niegdyś w okultyzmie i słuchałam ostrzeżeń egzorcystów.

 

Pod koniec września spakowałam do torby wszystkie książki z w/w tematyki, wywiozłam na pole i spaliłam. Książki się paliły, a ja płakałam nad własną głupotą, naiwnością i dziękowałam Jezusowi, że otworzył mi oczy na Prawdę. Kolejny tydzień zajęło mi usuwanie nagrań i artykułów z komputera, telefonu oraz niszczenie płyt CD z afirmacjami i wizualizacjami. Mam nadzieję, że pozbyłam się wszystkich bałwochwalczych przedmiotów.

 

Nie ustawałam w poszukiwaniach Boga. Zaczęłam się modlić własnymi słowami do Jezusa, odbyłam kilka spowiedzi, na spacerach słuchałam z mp3 rozważań różańcowych i ignacjańskich. Przełomem była dla mnie modlitwa "Jezu, Ty się tym zajmij" wraz z podyktowanym przez samego Pana Jezusa aktem przeciw niepokojom i zmartwieniom. Samo to zawołanie sprawia, że jestem szczęśliwa, spokojna, kochana, z nadzieją patrzę w przyszłość. To było takie proste… Szukałam daleko, a rozwiązanie miałam tuż pod nosem. Żałosne.

 

Modlitwa na sytuacje bez wyjścia >>

 

Zaczęłam przeglądać youtube w poszukiwaniu religijnych wskazówek… i tak trafiłam na nauczanie pana Michała Świderskiego. Od niego dowiedziałam się, jak rozumuje Bóg i kim dla Niego jestem.

 

Jestem Jego najukochańszą córką, unikalnym w skali globu i wszechświata skarbem, który jest kochany ze wszystkimi niedoskonałościami. Od pana Świderskiego uczyłam się wiary i determinacji w dążeniu do uzdrowienia, bo choć we własnym mniemaniu nie zostałam uzdrowiona z Hashimoto, to pragnienie bycia uleczoną pozostało.

 

Po nauczaniu przyszła kolej na Dotyk Boga. Już nie myślałam, że uzdrowienie nie jest dla mnie. Zaczęłam przysłuchiwać się historiom ludzi, którzy doznali uzdrowienia.

 

Przełomowym momentem było dla mnie obejrzenie odcinka 25. I wtedy mnie olśniło: przecież Bóg nie zabrał tego, co dał (uzdrowienie z Hashimoto podczas mszy z modlitwą o uzdrowienie). To ja pozwoliłam odebrać to sobie największemu oszustowi i kłamcy. Dałam się zwieść jak Ewa w raju! Byłam w szoku.

 

Zaczęłam przepraszać Jezusa za swoją niewiedzę oraz brak wiary i pytać Go: Jezu, czy ja jestem uzdrowiona? Przecież to było tak dawno… Odpowiedź przyszła szybko.

 

2.01.18, po obejrzeniu odcinka 107 Dotyku Boga, chciałam kliknąć na odcinek wcześniejszy, tj. 106. Nie wiem, jak to się stało, ale dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że zamiast odcinka 107, oglądam od dłuższego czasu odcinek 98! Nagle usłyszałam, że właśnie jest uzdrawiana kobieta z chorobą Hashimoto i kobieta żyjąca w stresie! Łzy popłynęły mi po twarzy i zaczęłam się żarliwie modlić: Jezu, dziękuję Ci, to uzdrowienie jest dla mnie, dla mnie! Już więcej nie pozwolę go sobie odebrać. Ty, Panie, powiedziałeś, że w Twoich ranach jest moje uzdrowienie. Ty już umarłeś na krzyżu i swą krwią zmyłeś moje choroby. Chwała Tobie, Panie!

 

Wierzę, że zostałam uzdrowiona. Odstawiłam leki i w kwietniu 2018 roku po raz ostatni idę do endokrynologa. Pan Michał wykonuje wspaniałą robotę. Dziękuję z całego serca!  

 

Modlitwa "Jezu, Ty się tym zajmij" towarzyszy mi kilka razy w ciągu dnia. Od 2 stycznia dzieją się w moim życiu cuda: z pomocą Jezusa w godzinach szczytu miejskiego przemieszczam się w ciągu kilku minut z miejsca na miejsce (dość oddalone od siebie), jestem w docelowym punkcie przed czasem i właśnie zwalnia się miejsce parkingowe! Otrzymuję pozytywny wynik badania RTG, dostaję dodatkową, dorywczą pracę, oglądam za darmo film, który dawno chciałam obejrzeć ("Chata")! I to wszystko do dn. 5 stycznia. Cuda!

 

Do niego Ojciec Pio wysyłał najcięższe przypadki >>

 

Dziś wiem, że Jezus jest fantastycznym przyjacielem, który nigdy nie kłamie, nie oszukuje, jest wierny i zawsze daje więcej, niż przewidują moje prośby. Jestem spokojna o przyszłość, bo wiem, że On jest obok mnie i nigdy mnie nie zawiedzie.

 

Wystarczy, że powiem z ufnością "Jezu, Ty się tym zajmij"… i mogę spać spokojnie.

 

Chwała Panu!

Emilia

 

 

 

 

 

 

dodał(a): Admin_DEON.pl
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.27

Liczba głosów:

11

 

 

Komentarze użytkowników (1)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

Agamemnon 15:22:15 | 2018-04-21
Żaden magizm powiedzenizmowy, nie zastąpi obowiązku pracy i nauki.

Oceń odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook