Tylko Bóg potrafił ocalić naszą córkę z anoreksji

WAM
(fot. shutterstock.com)

Oboje już nie mieliśmy wątpliwości, że Pan Jezus mówi do nas. Nie dość, że uzdrawia nasze dziecko, to jeszcze widząc nasze słabości i zmagania daje w swoim miłosierdziu konkretne znaki, które pozwalają nam zobaczyć Jego działanie.

 

Ola zachorowała na anoreksję w klasie maturalnej. Chudła powoli i wraz z mężem myśleliśmy, że jest to efekt stresu. Jadła dużo słodyczy, uprawiała sport, dobrze się uczyła - nie widzieliśmy powodu do niepokoju. O chorobie dowiedzieliśmy się, kiedy okazało się, że nie może jechać na obóz żeglarski z powodu silnej anemii. Wylądowała w szpitalu i tam dopiero powiedziano nam, że choroba może mieć podłoże psychiczne. Myśleliśmy, że to niemożliwe, przecież córka nie wygląda na anorektyczkę - owszem, jest chuda, ale nie jak te dziewczyny ze zdjęć. Poza tym jest bardzo silna fizycznie, nie zaniedbuje obowiązków, a my przecież jesteśmy normalną - nie idealną, ale dobrą rodziną.


Szybko dowiedzieliśmy się, że anoreksja, jak każda choroba, ma różny przebieg, a to, że u Oli przebiega łagodnie, to wcale nie oznacza, że łatwiej się ją leczy. Czasami bowiem z takich trudnych przypadków, kiedy dziewczyny ocierają się o śmierć, jest łatwiej wyjść. Trochę jak z alkoholikiem, który musi sięgnąć dna, bo wtedy łatwiej można mu pomóc.


Na szczęście Ola zgodziła się na terapię - mogła się nie zgodzić, gdyż była pełnoletnia. Uznaliśmy to za dobry znak i myśleliśmy, że już wszystko się ułoży. Oczywiście każdego dnia modliliśmy się o zdrowie dla Oli, ale bardziej liczyliśmy na doświadczenie terapeuty.


Kiedy po roku leczenia nie było poprawy, nasz niepokój ponownie wzrósł. Baliśmy się, że choroba poczyni takie zmiany w organizmie córki, których nie będzie się dało odwrócić (bezpłodność, osteoporoza). Uspokajano nas, że terapia wymaga czasu.


Po pierwszym roku studiów Ola wyjechała na stypendium do Danii. Znajome nam autorytety mówiły, że to jest dla niej dobre i rozłąka z domem może jej pomóc, a w terapii może uczestniczyć przez Skype’a. Kiedy jednak przyjeżdżała na przerwy do domu, widziałam, że nie ma poprawy.


Po dwóch latach od rozpoczęcia leczenia wiedziałam już, że to, na co najbardziej liczyłam, nie działa. Jedyne, co się w tym czasie zmieniło, to szczerość Oli i to, że otwarcie mówiła o swojej chorobie i związanym z nią cierpieniu. Nosiła się z zamiarem zrezygnowania z terapii, uważając, że są to pieniądze wyrzucone w błoto. Błagałam ją, żeby tego nie robiła, a sama postanowiłam z całej siły zwrócić się do Pana Boga, który sam wskazał mi drogę - gdzie mam się udać i za czyim wstawiennictwem mam się modlić. W Wielkim Poście słuchaliśmy z mężem katechez w kościele na Wrzecionie i tam jedna z parafianek dała świadectwo uzdrowienia swojej córki z anoreksji za przyczyną św. Andrzeja Boboli. Jakby tego było mało, to w tym samym okresie byliśmy z mężem na wykładzie jednego z ojców jezuitów o życiu i cudach św. Andrzeja. Usłyszeliśmy wtedy, że dzięki swym wielkim cierpieniom za wiarę św. Andrzej może naprawdę bardzo dużo wyprosić u Pana dla tych, którzy proszą o jego wstawiennictwo.


Nie miałam wątpliwości, gdzie mam się udać. Zamówiłam w sanktuarium nowennę mszalną - czyli dziewięć mszy przez dziewięć dni z rzędu. Odbyło się też kilka środowych mszy z modlitwą o uzdrowienie w intencji Oli. Słyszałam tam słowa, że Pan Jezus uzdrawia osoby chore na anoreksję. Z jednej strony miałam nadzieję, że chodzi o moje dziecko, a z drugiej w swoim niedowiarstwie myślałam, że pewnie jest wiele osób z tym problemem i uzdrowienie nie musi dotyczyć mojej córki.


Zachowywałam się trochę jak natrętna wdowa. Podjęłam duchową adopcję, mówiąc: "Panie Jezu, ja będę się modlić za czyjeś dziecko, a Ty zajmij się moim". Prosiłam o modlitwę znajomych mi kapłanów, osoby, które modlą się wstawienniczo, przyjaciół. Często modliłam się przy trumnie św. Andrzeja.


Kiedy Ola przyjechała na wakacje do domu, byłam w szoku. Nie spodziewałam się, że uzdrowienie przyjdzie tak szybko. Byłam ogromnie wdzięczna, ale oczywiście pełna niepokoju, czy to aby nie chwilowa poprawa.


We wrześniu odbyła się kolejna msza "środowa" w intencji Oli. Mąż nie bardzo miał ochotę zostać na drugiej części, gdyż nie przepada za tak ekspresyjną formą adoracji. Poprosiłam go, żeby został i adorował w ciszy. Mówiłam: "Przecież nie musisz koniecznie klaskać i machać rękami". Został. Osoby modlące się w prezbiterium nic nie mówiły o uzdrowieniu z anoreksji, a my też na to nie czekaliśmy. Nagle, kiedy kapłan już ruszył z Panem Jezusem do zebranych, jedna z pań powiedziała, że czuje się przynaglona, aby powiedzieć, że Pan Jezus przychodzi do ojca i matki, którzy modlą się o uzdrowienie córki z anoreksji. "Pan Jezus mówi wam: Nie martwcie się - ten proces już się rozpoczął".


Oboje już nie mieliśmy wątpliwości, że Pan Jezus mówi do nas. Nie dość, że uzdrawia nasze dziecko, to jeszcze widząc nasze słabości i zmagania daje w swoim miłosierdziu konkretne znaki, które pozwalają nam zobaczyć Jego działanie. Byliśmy wdzięczni, szczęśliwi i wzruszeni. Chwała Panu!

 

  • To oraz wiele innych świadectw i modlitw znajdziesz w naszej książce Cuda świętego Andrzeja Boboli. Gorąco zachęcamy do modlitwy za wstawiennictwem tego potężnego patrona Polski.

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

0

Liczba głosów:

0

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook