"Trzeba było sprawdzić się przed ślubem" [ŚWIADECTWO]

(fot. shutterstock.com / VAKSMAN VOLODYMYR)

Problem pojawił się, kiedy w ciągu kolejnych kilku dni mąż nie wykazał żadnego zainteresowania skonsumowaniem małżeństwa.

 

Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było. Miałam może 14 lub 15 lat, kiedy zaczęła się moja "przygoda" z mastrubacją. Całkiem przypadkiem.

 

Z początku nie wydawało mi się to niczym złym. Jednak z czasem uzależniłam się od tej przyjemności i jako 20-letnia kobieta szukająca miłości popadłam w grzech, nawet nie wiedząc o tym. Było ciężko, znalazłam dobrego kapłana, który pomógł mi zrozumieć moje zachowanie i dotrzeć do jego źródeł. Z Bogiem pracowaliśmy nad moim poczuciem własnej wartości i obrazem Boga.

 

Jednocześnie wdawałam się w różne znajomości z mężczyznami, nie mające nic wspólnego z wolą Bożą, którą całkowicie pomijałam. Byłam po prostu spragniona akceptacji i czułości (dla jasności, w moim domu rodzinnym pod tym względem było wszystko w porządku).

 

Jedne relacje kończyły się brakiem wzajemności, co pogłębiało przygnębienie i pchało dalej w nałóg. Inne relacje miały wyłącznie płaszczyznę zmysłową, więc także utrwalały złe nawyki. Na szczęście jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy igrać z życiem i rozpoczynać życia seksualnego z przypadkowymi partnerami.

 

W końcu znalazłam wspaniałego mężczyznę i choć wiele nas różniło, niemal od począku wiedzieliśmy, że będziemy razem. Byłam jego pierwszą dziewczyną, więc rzuciliśmy się na siebie z wielkim entuzjazmem. Były pieszczoty, masturbacja, zdejmowanie ubrań, aż w końcu powiedziałam, że chciałabym, abyśmy zaczekali z seksem do ślubu. Nie miał nic przeciwko.

 

Co nie przeszkadzało nam nadal wzajemnie się doprowadzać do granic podniecenia, a nawet eksplozji przyjemności - bez współżycia. W końcu zaczęliśmy się z tym męczyć, najpierw tylko ja, potem oboje.

 

Podjęliśmy wspólną decyzję, że chcemy żyć do ślubu w czystości. Mój mężczyzna pozytywnie zaskoczył mnie wytrwałością, która czasem nawet mnie doprowadzała do porządku. Kiedy przyszedł dzień ślubu, wszystko było piękne. Zarówno ceremonia w kościele, jak i skromne przyjęcie oraz prezenty przerosły nasze najśmielsze oczekiwania.

 

Noc poślubna upłynęła nam na spokojnym relaksie i liczeniu pieniędzy. Żadne z nas nie myślało o seksie. Problem pojawił się, kiedy w ciągu kolejnych kilku dni mąż nie wykazał żadnego zainteresowania skonsumowaniem małżeństwa. Pomyślałam, że zapewne chodzi o to, że mieszkamy w domu rodziców, a on czuje się skrępowany, poza tym niedawno zmienił pracę i jest zestresowany. Czekałam na podróż poślubną.

 

Niestety okazało się, że był to koszmar - mój mąż miał poważne problemy z erekcją. Mimo wymarzonych warunków, nie podjął żadnych kroków, a moje propozycje i inicjatywy nie przynosiły żądanych rezultatów. Nie za bardzo chciał też rozmawiać o przyczynach swojego zachowania.

 

Mijały dni naszego wspólnego życia, które poza łóżkiem układało się dosyć dobrze. Nasza relacja małżeńska jednak sypała się, a każda próba poruszenia problemu, kończyła się awanturą. Zainwestowałam w seksowną bieliznę, mądre książki i próbowałam z mężem rozmawiać na temat możliwych przyczyn.

 

Ze swojej strony czułam się coraz mniej atrakcyjna, bezwartościowa i niepotrzebna. Czułam się oszukana przez męża i przez Boga. Czekaliśmy na siebie do ślubu, staraliśmy się o czystość, byliśmy dwa razy na rekolekcjach, modliliśmy się wspólnie prawie codziennie, a On zgotował nam taką przykrą niespodziankę. Od przyjaciółki usłyszałam tylko: "Trzeba było sprawdzić się przed ślubem".

 

Zaczynałam wątpić w sens czystości przedmałżeńskiej, a swojego męża podejrzewać o niechęć do współżycia w ogóle. Pojawił się pomysł stwierdzenia nieważności małżeństwa, który z każdym tygodniem konkretyzował się w mojej głowie.

 

W końcu mąż poszedł do seksuologa, wspólnie byliśmy też u psychologa. Wszyscy mówili mi, że to wielki postęp z jego strony, bo mało który mężczyzna przyznaje się do takich dolegliwości i idzie po pomoc do specjalisty. Jednak małżonek nie przestrzegał zaleceń specjalistów, doprowadzając mnie do rozpaczy. Mijał piąty miesiąc naszego małżeństwa bez nocy poślubnej.

 

Stałam się agresywna i szantażowałam go emocjonalnie. Druga wizyta u seksuologa przyniosła niewielka zmianę w jego zachowaniu. Lekarz zapisał odpowiednie leki, które powinny poprawić jego nastrój, kondycję psychiczną oraz pozytywnie wpłynąć na erekcję.

 

Musiałam męża namawiać do pilnowania przyjmowania leków, jednocześnie moja siostra i siostra męża przekonywały mnie, że nie mogę tak wiele wymagać od mężczyzny, który wcale nie jest zły, bardzo mnie kocha, tylko ma problemy, o których niekoniecznie potrafi rozmawiać.

 

Przełomem była zmiana w moim zachowaniu. Wbrew pozorom, to ja byłam w tym związku największym problemem. Nie okazywałam od początku mężowi odpowiedniego wsparcia i bezwarunkowej miłości oraz szacunku. Szantażowałam, żądałam, oczekiwałam wdzięczności i nie brałam pod uwagę Bożego planu wobec naszego małżeństwa.

 

Po niemal pół roku udało nam się rozpocząć współżycie, które od pierwszego razu było piękne, niesamowite i przerosło nasze oczekiwania tak samo, jak nasz ślub.

 

Warto było czekać! Kochamy się od kilku miesięcy, a nasze współżycie jest pełne żaru, radości, czułości i gigantycznej przyjemności. Widzimy, jak to nas zbliża (także duchowo), jak poznajemy swoje ciała. Trochę żal straconego czasu, ale myślę po czasie, że Bóg chciał nauczyć mnie pokory, pokazać mi prawdziwą wartość czekania, wyleczyć z egoizmu, którego nauczyła mnie masturbacja przez wszystkie te lata. Znów wierzę w sens czystości przedmałżeńskiej, bo wszystkie te problemy tylko scementowały nasz związek.

 

Gdyby te problemy zdarzyły się nam przed ślubem, pewnie już nie bylibyśmy razem, nie mielibyśmy też poczucia bezpieczeństwa i mobilizacji, które daje sakrament. Warto czekać i warto brać pod uwagę Bożą wolę względem naszego życia. Wszystko, co nas spotyka, ma jakiś sens i tak było w naszym przypadku. Dzisiaj dziękuję Bogu, bo jesteśmy bardzo szczęśliwi i z dnia na dzień coraz bardziej sobie bliżsi. Dodam tylko, że po uzależnieniu od mastrubacji nie pozostał nawet ślad.

 

 

*  *  *

 

Chcemy Was zaprosić do złożenia świadectwa. Dlaczego? Bo świadectwo jest najskuteczniejszą i najbardziej inspirującą metodą do wzajemnego budowania i inspirowania się w wierze. Dlatego jeśli czujesz, że nowenna pompejańska zmieniła coś w Twoim życiu, że dzięki niej wydarzyło się coś, czego nie powinieneś zachować tylko dla siebie, ale powinieneś się tym z innymi podzielić, to… nie zastanawiaj się dłużej, tylko po prostu siadaj i pisz.

 

 

 

 

 

dodał(a): Admin_DEON.pl
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.47

Liczba głosów:

15

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook