"Miałem wrażenie, jakbym słyszał tam anioły"

(fot. Piotr Kosiarski / DEON.pl)

To tutaj zrozumiałem, że trzeba zaakceptować całego siebie, z każdą dobrą cechą, ale też całym swoim życiowym gnojem. Same ŚDM miały być czymś wielkim, ale teraz widzę, że dla mnie one dopiero się zaczęły

 

Moja przygoda ze Światowymi Dniami Młodzieży zaczęła się całkiem niedawno, kiedy w ostatniej chwili zdecydowałem się, że dołączę do parafialnej ekipy udającej się na wieczorne czuwanie w Brzegach i Mszę Rozesłania.

 

Pamiętam, że gdy trzy lata temu dowiedziałem się, że kolejne ŚDM odbędą się w Krakowie, czułem ten dreszczyk emocji, że tego typu impreza odbędzie w Polsce. Ale na tym się skończyło, pierwsze fale ekscytacji minęły, a z nimi moje osobiste zaangażowanie w ŚDM.

 

Nawet nie wiem, kiedy zleciały te trzy lata. Część znajomych wspominała, że wybiera się do Krakowa, nawet proponowali wspólny wyjazd, ale brakowało tej wewnętrznej iskry, po prostu kompletnie zagłuszałem głos wołającego Jezusa. Dzięki Bogu w ostatnim dniu zapisów w parafii coś mnie tchnęło, chyba nawet wiem Kto. I zapisałem się.

 

Oczywiście, zaraz pojawiły się rozterki, czy może lepiej sobie tego nie odpuścić, a co ja tam sam będę robić, bo jestem z tych, którzy mają wokół siebie ludzi, ale brakuje tu prawdziwych, przyjacielskich relacji. Jedynym takim prawdziwym oparciem był i ciągle jest Jezus. Gdy działo się coś złego w moim życiu, nie rozmawiałem o tym z ludźmi, bo tak naprawdę nie było z kim, tylko otwierałem zeszyt i pisałem te moje "boskie rozkmniny" o tym, co mi w duszy i sercu gra.

 

Naprawdę cieszę się, że On o mnie nie zapomniał i tak łatwo się nie poddał, ale siłą - bo siłą - zaciągnął mnie chociaż na te dwa dni do Krakowa. Na początku żałowałem, że jadę tylko na dwa dni, bo przecież "jak szaleć to szaleć", ale z perspektywy czasu widzę, że dwa dni były dla mnie wystarczające, że w tym szaleństwie był jakiś Boży plan.

 

Dotarliśmy do Brzegów z małymi komplikacjami, ale na 15 minut przed rozpoczęciem czuwania udało nam się dostać do właściwego sektora. A potem była modlitwa i świadectwa, choć tak naprawdę największe wrażenie wywarła na mnie śpiewana Koronka do miłosierdzia Bożego. Za każdym razem, gdy wypowiadam słowa "dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata" widzę w głowie umierającego na Golgocie Jezusa. Ja stoję pod krzyżem, a wraz z kolejnymi słowami "kamera" odsuwa się aż widzę cały świat. Wyobrażałem to sobie z tego względu, że dzięki temu mogłem skupić się na tej modlitwie, bo inaczej były to puste klepane słowa.

 

Tyle tylko, że nie zauważyłem, że moje obrazy tak naprawdę niczego nie zmieniły. Dopiero gdy usłyszałem ten cudowny śpiew w różnych językach coś mnie chwyciło za serce. Dla mnie to nie chór wyśpiewał całą koronkę. Ja miałem wrażenie, jakbym słyszał tam anioły. Ta modlitwa przestała być pustymi wezwaniami, ale każde słowo, każdy dźwięk napełniony był tym przeświadczeniem "człowieku, naprawdę kocham ciebie tak mocno, że umarłem dla ciebie, byś dzięki temu był wolny, szczęśliwy, po prostu chodził po Ziemi ze szczerym uśmiechem od ucha do ucha". Ta koronka była dla mnie niczym balsam dla duszy, wtedy na nowo poczułem Boga. Nie było to już takie przeświadczenie, że On gdzieś jest, po prostu wiedziałem, że jest tu i teraz w moim sercu i będzie tam bez względu na to, jakie głupoty zrobię w moim pokręconym życiu.

 

Bezwarunkowa miłość, czyste miłosierdzie, przebaczenie zarówno sobie, jak i Bogu za te nasze wcześniejsze kłótnie. Kamienny mur wokół mojego serca wtedy pękł, coś się zmieniło, choć nawet nie bardzo zdawałem sobie z tego sprawę. Msza Rozesłania to też było przypomnienie papieża Franciszka, byśmy wstali z naszych wygodnych kanap i po prostu wyszli do ludzi.

 

Tak jak wielu myślałem, że spotkam jakiś mega mądrych ludzi, papież powie cudowne kazanie, ale tak naprawdę chodziło o osobiste odczucie obecności Boga, bo niezaprzeczalnie w Brzegach można było wyczuć Ducha Świętego w powietrzu. Papieskie kazania były cudowne, ale tak naprawdę przyjechaliśmy do Krakowa, by usłyszeć w środku głos najlepszego kaznodziei w historii, jakim jest Jezus.

 

Nie lubię określenia "Pan Jezus" bo Pan kojarzy mi się z kimś nieznajomym, a w końcu Jezus na Golgocie podzielił się z nami Maryją i dał ją nam za naszą matkę, dlatego wolę myśleć o Jezusie jako o starszym bracie, którego nigdy nie miałem i z którym mogę pogadać o wszystkim: pokrzyczeć, ponarzekać, pokłócić się.

 

Traktujmy Jezusa po ludzku, wiadomo że on jest Wszechmogący, wszechogarniający, ale z charakteru jest człowiekiem i On naprawdę chce dla nas najlepiej, choć to wcale nie oznacza, że ta droga będzie przyjemna. Trzeba zaakceptować całego siebie, z każdą dobrą cechą, ale też całym swoim życiowym gnojem. Oddajmy Jezusowi swój gnój, a On na pewno zrobi z niego jakiś pożytek i odnajdzie miejsca, w których będzie mógł wykorzystać ten gnój jako nawóz i użyźni inne ziemie.

 

Same Światowe Dni Młodzieży miały być czymś wielkim, ale teraz widzę, że dla mnie one dopiero się zaczęły. Kamienny mur pękł i teraz sypie się z trzaskiem każdego dnia, a poza nim powoli można dostrzec zagojone Bożym miłosierdziem rany na sercu. Nie potrzebują lekarza zdrowi, a my nie jesteśmy zdrowi. Aby zdiagnozować jakąś chorobę, musimy najpierw pójść do przychodni, tak samo musimy otworzyć się najpierw na Boga.

 

Sam nie wiem do końca jak tego dokonać, ale myślę, że po prostu trzeba spróbować Go usłyszeć, bo gdy odkryjecie, na której częstotliwości nadaje Duch Święty, to nie przestaniecie go słyszeć. Prawdopodobne, że w waszym życiu nic diametralnie się nie zmieni, ale wasze podejście do życia się zmieni, a o to naprawdę warto zawalczyć i szczerze życzę tego każdemu człowiekowi, bo to uczucie jest po prostu wspaniałe.

 

Ciągle noszę na nadgarstku opaskę z ŚDM z napisem: "Jesus, I trust in you" i zawsze gdy na nią spojrzę przypominam sobie o tym, co na nowo odkryłem w Brzegach. Wcześniej noszenie tego typu "afiszy" chrześcijaństwa sprawiało mi problem, ale w końcu zrozumiałem tak dobitnie, że Jezus to nie jest postać z podręcznika, ale żywa osoba, mój brat, który zawsze przy mnie jest i który dla mnie zrobi wszystko.

 

Od czasu do czasu wypadałoby, byśmy my też coś dla niego zrobili, tak z przyzwoitości, dlatego opisałem tę moją przygodę z Jezusem. Pojechałem do Krakowa jako zagubiony młody facet, a wróciłem do domu jako szczęśliwy chrześcijanin, który jest dumny z tego, że ma oparcie w Jezusie, bo On jest Wszechmogący, więc może dokonać dosłownie wszystkiego, ale tak samo jak nikt z nas nie chce od kogoś miłości na siłę, tak samo i Jezus.

 

To musi być Twój wybór, twoje wypowiedzenie Jezusowi "tak", a jeśli nie możesz go usłyszeć, zamknij się w swoim pokoju na godzinę w ciszy, z dala od całego zgiełku świata, a na pewno usłyszysz Jego głos. Trzymam kciuki za Twoje poszukiwanie zagubionego Brata ;)

 

*  *  *

 

Chcemy Was zaprosić do złożenia świadectwa. Dlaczego? Bo świadectwo jest najskuteczniejszą i najbardziej insprującą metodą do wzajemnego budowania i inspirowania się w wierze. Dlatego jeśli czujesz, że w Twoim życiu wydarzyło się coś, czego nie powinienieś zachować tylko dla siebie, ale powinienieś się tym z innymi podzielić, to nie zastanawiaj się dłużej, tylko po prostu siadaj i pisz.

 

 

Kliknij w baner:

 

 

 

 

 

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.63

Liczba głosów:

8

 

 

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook