Rekolekcje w Sze-Szan

Najwybitniejszemu pielgrzymowi w historii całego świata, Janowi Pawłowi II, nie było dane stanąć na ziemi chińskiej, dlatego niejako w jego zastępstwie, po dotarciu na moją misję w Hong Kongu, ukląkłem na ziemi lotniska i ucałowałem ją. Powtórzyłem ten gest w Szanghaju.

 

 

Jak się znalazłem w Szanghaju? Pewnego dnia wraz z grupą dwudziestu innych misjonarzy, na zaproszenie tamtejszego biskupa, udałem się do największego sanktuarium Maryjnego w Chinach, w Sze-Szan, na rekolekcje kapłańskie. Zamierzeniem biskupa Szanghaju było pokazanie nam, w jakim stanie znajduje się obecnie Kościół w Chinach. Rekolekcje te przypadały akurat w dniach patronalnych sanktuarium Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych.

 

Wiara i wierność

 

To, co ujrzałem, napełniło mnie ogromem radości. Zdumiewała mnie przede wszystkim liczba przybyłych pielgrzymów, szacowana na około dwadzieścia tysięcy. Spotkanie z nimi było przejmujące. Najpierw uczestniczyliśmy we Mszy świętej, sprawowanej w rycie przedsoborowym. Po jej zakończeniu poszedłem do nich i zaczęliśmy wspólną modlitwę różańcową. Doznałem wtedy bardzo głębokiego wzruszenia. Oto stoją przede mną ci, którzy w ten sam sposób co ja, rozumieją prawdy Boże; tak samo czują i odmawiają takie same modlitwy. Wtedy zrozumiałem, na czym polegał trud pracy kapłanów i misjonarzy, którzy byli tutaj przede mną. To przecież nikt inny jak oni - posłuszni i do głębi przejęci nakazem Chrystusowym - głosili tamtejszym wiernym Ewangelię. A oto owoc ich pracy: stojący przede mną wyznawcy Chrystusa. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek w życiu doznał bardziej głębokiego wzruszenia.

Krótko mówiąc, byli tutaj przede mną misjonarze i pozostawili po sobie niezatarty ślad. Muszę przyznać, że okazałem się jedynym z kapłanów, który, pomimo oficjalnego zakazu, odważył się nosić na terenie sanktuarium strój zakonny. Byłem też jedynym, który odważył się błogosławić pielgrzymów oraz zakupione przez nich dewocjonalia.

 

Mimo kontroli i indoktrynacji

 

I nie miało to wtedy dla mnie żadnego znaczenia, że z grupy dziesięciu wiernych towarzyszących mi przez cały dzień, jedna kobieta okazała się być policjantką (pod koniec dnia włożyła mundur służbowy), a inny - ojciec w towarzystwie syna - też okazał się być fałszywym wiernym. Stróże prawa ubrani w białe garnitury porozstawiani byli na terenie całego sanktuarium. Wiedziałem doskonale, że będę przez władze kontrolowany i że ktoś stale będzie mi towarzyszył. Podobnie było przecież w samym Hong Kongu.

Wielokrotnie - zresztą bardzo grzecznie i taktownie - zwracano mi uwagę, że obowiązuje zakaz noszenia stroju zakonnego. A ja na to - nie mniej uprzejmie i w jeszcze bardziej wyszukanej formie - odpowiadałem, że pochodzę z kraju, w którym przerabialiśmy podobne zakazy, ale na nic one się zdały, dodając jednocześnie, że mam zamiar przenieść zwyczaj noszenia sutanny przez duchownych do samych Chin. Moi stróże reagowali naturalnym uprzejmym chińskim uśmiechem. Pod koniec dnia wręcz się polubiliśmy. Zaprosiłem ich na kawę, co przyjęli z zadowoleniem.

A kiedy mnie zapytali, czy mi nie przeszkadza, że nie są chrześcijanami, że są tutaj tylko po to, aby strzec porządku i kontrolować wszystko, co my, kapłani robimy, odpowiedziałem, że warto być chrześcijaninem, a wroga mam tylko jednego: nazywa się Szatan. Tego dnia rozdałem także pielgrzymom kilka kilogramów różańców i dewocjonaliów, które przywiozłem z sobą z naszej misji.

Do dziś rozśmiesza mnie reakcja chińskiego celnika, który, unosząc w górę całą skłębioną masę przywiezionych przeze mnie różańców, zapytał, co to jest, a ja przez chwilę się zawahałem, bo nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Nie zdążyłem jednak się odezwać, gdyż on zapytał ponownie: Czy to dekoracyjna zasłona do drzwi? Odpowiedziałem twierdząco, ściszonym głosem dodając, że do drzwi prowadzących do nieba.

 

Pomimo prześladowań

 

Władze komunistyczne ciągle nie zezwalają na działalność ewangelizacyjną w Kraju Środka, a ostatnio nawet restrykcje wobec Kościoła katolickiego i wszystkich innych wyznań jeszcze bardziej się zaostrzyły. Może przyszłoroczne igrzyska olimpijskie skłonią władze w Pekinie do złagodzenia kursu antyreligijnego. Ja w każdym razie nie przestaję żywić gorącej nadziei, że kiedyś spełni się moja modlitwa wypowiedziana w sanktuarium maryjnym w Sze-Szan, by Chiny stały się krajem katolickim.

 

 

Posłaniec

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

0

Liczba głosów:

0

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook