Kto nie zadaje sobie pytania o istnienie Boga, traci wiarę

(fot. Centrum Myśli Jana Pawła II / youtube.com)

"Uciekłem od niej i poczułem, że zostawiłem Boga za plecami. Ta bardzo osobista historia to mój wielki wyrzut sumienia" - mówi Krzysztof Skórzyński o relacji z Bogiem i tym, gdzie Go znajduje. 

 

Piotr Kosiarski i Michał Lewandowski: Czy przyznawanie się do swojej wiary w pracy jest trudne?

 

Krzysztof Skórzyński: To pytanie zadaje mi każdy, kto uważa mnie za "dyżurnego katolika" w TVN (śmiech). Ale nie ma na nie chyba prostej odpowiedzi; to jest bardzo indywidualna sprawa.

 

Jeśli pytacie mnie, czy mam jakikolwiek problem z przyznawaniem się do swojej wiary, to odpowiem, że nie. Mało tego, w mojej pracy każdy wie, że jestem gościem, który wyrósł na wierze, a w niedzielę stara się skończyć dyżur przed dziewiętnastą, bo właśnie wtedy jest ostatnia Msza, na jaką może iść. Poza tym noszę na palcu różaniec, który jest bezczelną manifestacją mojej wiary (śmiech).

 

Nigdy w życiu w pracy, bez względu na to, kto był moim szefem i gdzie pracowałem, nie spotkało mnie nawet "pół uszczypliwości" z tego powodu, że jestem katolikiem.

 

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że jesteś "nudnym katolikiem".

 

To dlatego, że nie chodzi za mną żadna historia w stylu: "poszedł do Odnowy w Duchu Świętym, pomodlili się nad nim językami, zstąpił na niego Duch Święty i od tamtej pory jest człowiekiem wiary". Ja w tej wierze po prostu zostałem wychowany. W środowisku krakowskim panuje określenie "katolik kulturowy". Jestem typowym katolikiem kulturowym, gościem, który wziął tę wiarę z domu. Ale to wcale nie znaczy, że moja wiara jest dla mnie bezsensowna!

 

Co robisz, kiedy pojawiają się wątpliwości?

 

Każdy, kto od czasu do czasu nie zadaje sobie pytania o istnienie Boga, traci wiarę. Dla mnie sposobem na umacnianie wiary jest właśnie zadawanie sobie pytań. Wtedy jesteśmy w stanie dostrzec Pana Boga w tym, w czym On chce nam się objawić.

 

"Czy Bóg istnieje?" - bardzo często zadaję sobie to pytanie. Paradoksalnie, nie przychodzi ono do mnie wtedy, kiedy jest mi trudno. Znacznie częściej pojawia się, kiedy cierpi ktoś z moich bliskich. Zadaję je sobie również w czasie Mszy świętej, kiedy słucham jakiegoś przenudnego kazania - wówczas bardzo często przychodzą do mnie wątpliwości. Ale żeby było ciekawiej, później otrzymuję odpowiedź. Może to być jakiś przyjemny telefon albo ogarnięcie przez mojego syna tabliczki mnożenia dużo szybciej, niż się spodziewałem…

 

Wydaje mi się, że kluczem do rozumienia swojej wiary i posiadania oczu otwartych na Boga, jest odnajdywanie Go w prostych historiach; znalezienie Pana Boga jest możliwe, kiedy człowiek jest na Niego wyczulony. Dlatego, jeśli mam jakieś wątpliwości odnośnie do Jego istnienia, wtedy trzy razy mocniej otwieram się na bodźce, które mogą potwierdzić to, że On jest.

 

Jedną stroną wątpliwości może być niewiara w istnienie Boga. Ale w epoce "Kleru" i skandali seksualnych człowiek może też zastanawiać się, czy warto w ogóle być w Kościele. Jak sobie radzisz z takimi wątpliwościami?

 

Dla nas, katolików, nie ma wiary w Boga bez Kościoła. Nie jest to tylko kwestia uznania prymatu Kościoła albo jakichś dokumentów kościelnych. Od tego zależy utrzymanie dyscypliny swojej wiary. Bez Kościoła to jest bardzo trudne.

 

Z drugiej strony, poważny błąd, jaki można popełnić na poziomie dogmatycznym, to utożsamianie Pana Boga z Kościołem. Kościół jest strażnikiem wiary w Boga na ziemi, Kościół jest tą instytucją, która ma dyscyplinować naszą wiarę, ale nie jest Panem Bogiem.

 

Znam ludzi, którzy nie stracili wiary w Boga, ale odeszli od Kościoła ze względu na skandale pedofilskie albo dlatego, że jakiś ksiądz nie zgodził się pochować ich bliskiego, bo "co łaska, czyli nie mniej niż tysiąc", lub razi ich bentley, którym ksiądz podjeżdża.

 

Na szczęście Kościół jest niezwykle różnorodny. Z jednej strony mamy - nie lubię tego określenia, ale go użyję - "nogę Franciszka", czyli Kościół ubogi, z drugiej - biskupów jeżdżących złotą karocą. Na tym poziomie każdy, jeśli tylko chce, odnajdzie się w Kościele. Ale to działa również na innym poziomie. Jeśli ktoś zna księdza, który nie chciał bez tysiąca złotych pochować jego ojca, to ma wokół wiele innych parafii do wyboru.

 

Niepokojące jest to, że komuś, kto stracił wiarę w Kościół, bardzo trudno do niego wrócić. Księża coraz rzadziej wychodzą do ludzi i nie stwarzają im okazji do powrotu.

 

Wolisz modlić się sam?

 

Jestem przekornym indywidualistą (śmiech). Starałem się z tym walczyć do pewnego momentu - najpierw będąc nastolatkiem, potem dwudziestoparolatkiem... Przeszedłem przez prawie każdą wspólnotę. Byłem w oazie, potem w Ruchu Rodzin Nazaretańskich i Odnowie w Duchu Świętym - wszystko dlatego, że bardzo spodobała mi się dziewczyna, która tam należała. Ale w żadnej wspólnocie nie byłem dłużej niż kilka miesięcy.

 

Myślę, że nie każdy jest stworzony do przeżywania intymnych spraw we wspólnocie, a wiara to dla mnie bardzo intymna sprawa.

 

Jestem natomiast dzieckiem pielgrzymek. To one mnie uformowały, nie wymuszały na mnie bycia w jakiejś grupie, nie musiałem się z nikim dzielić moimi przeżyciami.

 

Wiele znanych osób mówi głośno o swojej wierze. Jak byś się do tego ustosunkował z punktu widzenia twojej cichej, indywidualnej duchowości?

 

Wydaje mi się, że każdą tego typu historię trzeba oceniać indywidualnie. Ostatnio czytałem o zwierzeniach Agnieszki Chylińskiej. Można dyskutować o języku, którego ona używa, ale ona właśnie taki ma styl. Nie mam z tym wielkiego problemu. Wydaje mi się, że im częściej ludzie, którzy są rozpoznawalni, mówią szczerze o swoim doświadczeniu wiary, tym lepiej! Jestem bardzo daleki od przypinania ludziom łatek "katocelebrytów".

 

Jeśli takie mówienie o swojej wierze jest szczere i niewykalkulowane, to wydaje mi się, że to jest bardzo dobre. Trzeba wiedzieć o tym, czy robi się to dla poklasku, czy dla świadectwa. Każdy w sumieniu musi to rozstrzygnąć.

 

Mówiłeś, że twoja duchowość ukształtowała się przez pielgrzymki. Jeśli miałbyś powiedzieć coś do młodych ludzi o pielgrzymowaniu, to co by to było?

 

Można tam poznać żonę (śmiech). Śmieję się, bo sam poznałem żonę na pielgrzymce. I jesteśmy już małżeństwem 13 lat. Ale poważnie, pielgrzymka to nie jest forma dla wszystkich. To próba samego siebie, próba wiary, trochę jak rajd harcerski. Nie oszukujmy się, jeżeli lubimy komfort życia, a jedyna pielgrzymka, na jakiej byliśmy, to ta samolotowa do Fatimy, to nie jest dla nas.

 

Czym dla ciebie jest pielgrzymowanie?

 

Ja zacząłem na etapie licealnym, potem studenckim. Była to dla mnie fantastyczna forma rozumienia swojej wiary. Człowiek spotyka się tam z innymi ludźmi, z różnymi formami przeżywania wiary. Jak widzi się ten koloryt, nabywa się pokory. Druga sprawa to fakt, że na pielgrzymce trzeba coś ofiarować. To trudne, bo nasze czasy nie służą poświęcaniu czegokolwiek. Jeśli miałbym komuś polecać pielgrzymki, to wiem, że na przykład dla licealistów to będzie bardzo fajny czas formowania się i spotkań z innymi. Na kolejnych etapach można już coś poświęcić, coś więcej. Jestem ogromnym orędownikiem takiej formy duchowości.

 

Powiedziałeś, że byłeś wierzący od zawsze, nie miałeś spektakularnego momentu nawrócenia. Dzisiaj jest coraz więcej ludzi, którzy nie wynoszą z domu jakkolwiek ugruntowanej duchowości i wiary. Jak do nich mówić? Czym zachęcić?

 

Pierwsza sprawa to nie oceniać. To choroba, na którą cierpi dzisiaj wielu ludzi wiary. Czują się lepsi. Czują, że mają prawo oceniać innych z perspektywy wyższości i posiadania prawdy. To najlepsza droga to wykluczenia człowieka z Kościoła. Pokazanie mu, że jest niżej, że jest gorszy. Druga sprawa to ciągnięcie kogoś na siłę do wspólnoty. To skutkuje tym, że ktoś spala się szybko jak świeca, jest neofitą, dla wiary poświęca wszystko, ale ten zapał szybko mija. Dlatego tak bliska jest mi przypowieść o ziarnku gorczycy. Ono jest w ziemi, trzeba je co jakiś czas podlewać. Ono rośnie, jak da się mu czas. Trzeba zaczynać od czegoś bardzo małego.

 

Jaki jest Bóg, w którego wierzysz?

 

Dla mnie Bóg jest w ludziach. On przemawia przez ludzi, przychodzi do mnie w człowieku.

 

Niedawno byłem na dworcu w Toruniu. Pewna kobieta, ładna, bardzo zadbana, poprosiła mnie o jedzenie. Podszedłem do baru, kupiłem obiad. I jak gdyby nigdy nic pobiegłem na pociąg. I dopiero po tym wszystkim zrozumiałem, że ona nie tyle chciała moich pieniędzy, co uwagi, chwili rozmowy. Tym bardziej że do peronu miałem kilka kroków, mogłem zaczekać, pogadać. Uciekłem od niej i poczułem, że zostawiłem Boga za plecami. Ta bardzo osobista historia to mój wielki wyrzut sumienia.

 

Niektórzy widzą Boga w górach, inni w lekkim powiewie, pewnie znajdą się i tacy, którzy widzą Go w dymie z jałowca. Ja widzę Boga w drugim człowieku.

 

Krzysztof Skórzyński - reporter polityczno-społeczny Faktów TVN. Interesuje się polityką i relacjonuje wydarzenia związane z działalnością Kościoła

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

1.86

Liczba głosów:

79

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook