Nie wniosę sama lodówki na 3. piętro. Facet też nie

(fot. shutterstock.com)

Znacie ten żart? "Feminizm kończy się wtedy, kiedy trzeba wnieść lodówkę na 3. piętro". Rok temu znalazłam się właśnie w takiej sytuacji - pisze Katarzyna Janowska. 

 


Kobieca strona rzeczywistości

 

"Słaba płeć", "Zbyt emocjonalna", "Sylwetka nieidealna" - to problemy kobiet czy stereotypy o tym, z czym naprawdę się mierzą? Mężczyzna potrzebuje wyzwań, a kobieta potwierdzenia, że jest piękna? Zapytaliśmy kobiet, co jest dla nich naprawdę trudne i razem z kobietami szukamy sedna tych kłopotów oraz propozycji rozwiązań.

 

Katarzyna Janowska w tym artykule mierzy się ze stereotypem "słabej płci". Odpowiada na problem: Wkurza mnie to, że o kobietach mówi się "słaba płeć". Myślę, że słabości mają zarówno kobiety jak i mężczyźni i możemy się dobrze uzupełniać. Zastanawiam się, jak sobie radzić ze słabościami i czy ze mną jest coś nie tak, jeśli bardziej kręcą mnie wyzwania i komunikaty skierowane do mężczyzn?


 

Moje nowe mieszkanie wymagało dużego sprzętu chłodzącego i wniesienia go na drugie piętro. Nie zrobił tego za mnie jeden mężczyzna, a trzech. Nikt nie zaprosił mnie do tej zabawy. 

 

Moja kobieca duma w żaden sposób nie ucierpiała. Nikt się nie śmiał, że sama bym sobie nie poradziła, bo żaden z nich sam też nie dałby rady. To chyba najlepiej obrazuje, co myślę o stereotypie słabej płci.

 

Skąd się wzięła "słaba pleć"?


Odpowiedzi są dość proste, a wydaje mi się, że są dwie. Po pierwsze, jesteśmy słabsze fizycznie. I tu nie ma się za bardzo co kłócić - wystarczy popatrzeć na wyniki olimpijskie. Gorzej z drugą - częściej płaczemy, bywamy rozchwiane emocjonalnie, trzeba się nami zaopiekować. No a przecież "chłopaki nie płaczą", więc wiadomo, kto jest silniejszy. Często nie jest to prawda, czasami jest. Jak każdy stereotyp i ten zasadza się na generalizacji i niezrozumieniu.


Bo pewnie każda z nas, jak miała gorszy dzień, kilkanaście razy w życiu usłyszała: "Co jest, masz okres?". I choć to mało śmieszny żart, to niestety nie płynie z niego żadna głębsza refleksja. Mężczyźni nie wiedzą (i nie chodzi mi o ignorancję, tylko brak wiedzy biologicznej), że my żyjemy w trybie cyklicznym i mocno zależymy od hormonów, które akurat w tym momencie nasz organizm postanowił produkować.

 

Oprócz biologii jest jeszcze wychowanie, które determinuje nas równie mocno. Możemy też podejść do mitu słabej płci od strony biblijnej, co da nam dodatkowy kontekst. Po grzechu pierworodnym Bóg mówi pierwszym ludziom, jakie będą jego skutki (uwaga - skutki, nie Boża kara), i kobieta słyszy, że będzie poddana mężowi (Rdz 3, 16). Choć ważniejsze jest chyba "ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia". Zdarza się (częściej niż rzadziej, obawiam się), że latamy za facetami albo za samą ideą bycia w związku - i znów to my jesteśmy te słabsze.

 

Nie jesteśmy bardziej-mniej. Jesteśmy po prostu inni


To jest jedna z rzeczy, których najbardziej uczy mnie małżeństwo - my jesteśmy po prostu inaczej skonstruowani. Ja zaczynam nie radzić sobie ze światem 5 dni przed okresem, jest mi źle i jestem nie do zniesienia (jeśli nie masz pojęcia, o co mi chodzi - dziękuj Bogu, że cię to omija).

 

Dla facetów kończy się świat, kiedy termometr wskaże 36,7 i coś ich zadrapie w gardle. Nawet nie musimy siebie do końca rozumieć (jestem przekonana, że faceci nie są do końca w stanie pojąć PMS-u*). Niektóre rzeczy trzeba po prostu zaakceptować.


Ale przecież nie różnimy się tylko na poziomie kobieta - mężczyzna. Są dziewczyny silne, są dziewczyny słabe (tak samo faceci). To oczywistości, ale warto je przypominać. Naszą siłę - szczególnie psychiczną - determinuje wiele czynników. Wychowanie, doświadczenia życiowe, ludzie, którymi się otaczamy. Płeć też, ale to tylko jedna ze składowych tego równania.

 

Problem stereotypów czy problem naszych głów


Problem nie do końca jest w tym, że teoria "słabej płci" dalej gdzieś tam krąży, mimo że mamy XXI wiek. Problem jest w tym, że się nią przejmujemy i dajemy sobie wmówić, że jest prawdą. Albo, co jeszcze gorsze, rzeczywiście czujemy się słabe, a boimy się do tego przyznać.

 

Wydaje mi się, choć ręki sobie nie dam za to uciąć, że silna kobieta, świadoma siebie, nie będzie przejmowała się takim gadaniem, nie będzie próbowała nikomu na siłę nic udowodnić. Bo mogę wam tu teraz napisać, jakie jesteśmy super i tak naprawdę lepsze, bo podczas porodu dajemy radę z bólem, którego mężczyźni nie byliby w stanie znieść, potrafimy robić wiele rzeczy naraz, a oni nawet nie mogą jednocześnie oglądać telewizji i słuchać, co się do nich mówi.

 

Jestem przekonana, że ważniejsze od tego, co inni o nas myślą, jest to, jak my postrzegamy same siebie.

 

Babochłopy


Podobnie jest ze stereotypem babskich i męskich "rzeczy", który wydaje się pokłosiem gradacji płci. Skoro jesteśmy dziewczynkami, to musimy lubić sukienunie, lalki, Myszkę Mickey, romanse, babskie wieczory spędzone na malowaniu paznokci, a najlepiej trafia do nas emocjonalny przekaz.

 

O ile wybór przez dziewczynkę innego koloru ubrania niż różowy czy samochodzików do zabawy nikogo nie dziwi (choć spróbujcie znaleźć w sieciówkach na damskim dziale ubrania z Avengersami - powodzenia), to dalej tkwimy w przekonaniu o typowo kobiecej i typowo męskiej wrażliwości.


Przez większość życia miałam więcej bliskich kumpli niż koleżanek. W tym samym czasie co Anię z Zielonego Wzgórza pochłaniałam Wiedźmina. Odrywałam się od lalek, żeby pograć z bratem w Heroes III. Bardziej od uduchowionych, fruwających ewangelizatorek, które TAK BARDZO czują Boga, trafia do mnie konkretny przekaz (często z ust mężczyzny). Czy to znaczy, że jestem (silna) jak facet? Oczywiście, że nie. Mam po prostu inną wrażliwość. I wolno mi ją mieć.

 

Jestem Kasia i jestem słaba


No to teraz coming out. Jestem słaba. Nie radzę sobie z wieloma sytuacjami, które dla innych ludzi nie stanowią problemu. Boję się o wiele rzeczy. Po 10 minutach fitnessów życie chce mnie opuścić. Do otwierania słoików najczęściej wołam męża. I co? I super mi z tym.

 

Nie z tym, że jestem słaba. Z tym, że wreszcie przestałam się za to biczować, że jak mam gorszy dzień, to staram się go przetrwać, a nie dobijam się udawaniem, że jest super, bo co sobie inni pomyślą. Są ludzie - i kobiety, i mężczyźni - których siłę podziwiam i nauczyłam się im nie zazdrościć, co też bardzo mnie uwolniło.


Kiedy się pogodziłam ze swoją słabością? W momencie, kiedy przetłumaczyłam swojej głowie, że mi wolno taką być. Że mogę sobie nie radzić, być czasem smutna, że mogę płakać. Że potrzebuję tego wszystkiego, żeby nie oszaleć. Bo każda (każdy!) z nas potrzebuje być po prostu sobą, czuć to, co rzeczywiście czuje, i dać temu wyraz. Tak proste, a tak trudne.

 

Słaba - tak. Słabsza - czy to ważne?


A wszystko sprowadza się do porównywania z innymi. Same sobie zapewniamy powrót traumy z dzieciństwa w wersji dorosłej.


"Mamo, tato, dostałam 4 z kartkówki"
"A (tu wpisz imię najlepszego ucznia w klasie) co dostał?"

zmienia się w: "oni twierdza, że jestem za mało samowystarczalna", "on myśli, że bez niego sobie nie poradzę". Jest jeden wypadek, kiedy czuję się słabsza - kiedy słyszę, że moi kumple ćwiczą ciężarami dwa razy cięższymi niż ja.


To dobry moment, żeby samą siebie zapytać, czy nie chcę być słaba, czy nie chcę, żeby inni myśleli, że taka jestem.

 

Kochamy skrajności


Ja? Słaba?! Zaraz wam pokażę, że nie macie racji! Faceci mają swoje "Ja nie dam rady? Potrzymaj mi piwo!". My "zaraz ci udowodnię, tylko wyschną mi paznokcie" (znowu stereotypy, sorry). Próbujemy więc ze wszystkich sił udowodnić, jakie to  jesteśmy super silne, jak sobie dajemy radę, jak wszystko ogarniamy.

 

Robimy wszystko najlepiej i zatracamy się w tym tak bardzo, że nawet jeśli coś będzie nie tak, nie damy sobie pomóc. Może zacząć się od wzgardy wobec przepuszczania w drzwiach czy przejmowania przez mężczyznę ciężkich siat z zakupami. Kończy się na zagryzaniu zębów jak świat się wali, bo przecież jestem tak silna, że sama muszę sobie poradzić.

 

Potrzebujemy złotego środka, równowagi między totalną bezsilnością, kiedy ktoś musi ogarniać za nas życie, i siłą na pokaz, cały czas i za wszelka cenę.

 

Daj się zaopiekować


Mam 5 lat starszego brata. Przeszliśmy przez wszystkie fazy love-hate-relationship, jakie mogą być w rodzeństwie. Jak byłam dzieckiem, pilnował, żebym za wysoko nie wchodziła na drzewa. Jak byłam nastolatką, to groził moim chłopakom, że jak mnie skrzywdzą, to im się oberwie. Nigdy się na to nie burzyłam. Nie czułam się dyskryminowana.

 

Wiedziałam (albo teraz wiem, bo jako dziesięciolatka raczej nie miałam takich przemyśleń), że nie robi tego, bo myśli, że jestem słaba i sama sobie nie poradzę. To był jego wyraz troski i miłości, a nie atak na moją niezależność. On mnie pocieszał po rozstaniach, ja go kryłam przed rodzicami - każde z nas potrzebowało czegoś innego, inaczej wyrażało przywiązanie.

 

Opiekowaliśmy się sobą, jak umieliśmy - nie dlatego, że któreś z nas było słabe, tylko dlatego, że to zwykły wyraz miłości.

 

Czym jest siła?


Kiedy już uświadomimy sobie własną słabość, łatwo jest wpaść w stan "jestem słaba koniec kropka", tak to zostawić i żyć z tym dalej. Nie chodzi jednak o to, żeby przejść przez życie, tłumacząc się hormonami, PMS-em i byciem kobietą. Bo to, że mam prawo do słabości, nie znaczy, że możemy w tym trybie funkcjonować cały czas. Siłą nie jest ogarnianie domu, męża, dzieci, kariery i wpisz-tu-sobie-cokolwiek.

 

Siła to stanięcie przed sobą i przyznanie się "tu się boisz, a to trochę irracjonalne, tu zawalasz, bo jesteś leniuchem, tu nie dajesz rady i fajnie, jakbyś małymi krokami coś z tym zrobiła, a z tym sobie nie radzisz i na razie tego nie ogarniesz". Nie wszystko naraz. Nie żeby komuś udowodnić. Prawdziwa siła to przyznanie się do słabości i praca tam, gdzie jest to potrzebne.

 

Stereotypy mają to do siebie, że nie znikają. Możemy próbować z nimi walczyć, ale trzeba stanąć w prawdzie - nie mamy wielkich szans. Złota zasada przeżycia w świecie w jako takiej kondycji psychicznej brzmi, że kiedy coś nas drażni, a nie mamy na to wpływu, to trzeba to albo ignorować, albo zastanowić się, czemu tak jest, i zmienić coś w sobie.

 

*PMS (premenstrual syndrome) w Polsce znany jako zespół napięcia przedmiesiączkowego. Jeśli jesteś mężczyzną, a nie za bardzo wiesz, co to jest - koniecznie się dowiedz. Będzie łatwiej w życiu tobie i kobietom wokół ciebie.

 

Przeczytaj też: "Przewrażliwiona", "zbyt emocjonalna" - często słyszysz te słowa? >>

 

Katarzyna Janowska-Łoboda - katoliczka, żona, polonistka. Uwielbia popkulturę i mądrości, które można w niej odnaleźć. Prowadzi bloga janowskablog.pl

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

1.78

Liczba głosów:

41

 

 

Komentarze użytkowników (7)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~Bobo 12:11:22 | 2018-12-16
Czytam ten artykuł głównie jako chęć podzielenia się "z światem" swoim krokiem na drodze dojrzewania, którego oznaką jest min. stawanie w prawdzie o sobie jaka ona jest w tym momencie i wzięcie za to odpowiedzialności. Tak opisana dojrzałość jest dostępna obu płciom.
Przyjemność czytania zaburzyła mi jedna wstawka typu: "Jeśli jesteś mężczyzną, a nie za bardzo wiesz, co to jest (PMS) - koniecznie się dowiedz. Będzie łatwiej w życiu tobie i kobietom wokół ciebie." Pisanie o swoich doświadczeniach - super. Ktoś może wyciągnie coś dla siebie. Pouczanie do mnie jednak nie przemawia.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Marco 18:52:28 | 2018-12-14
Znów to samo.

Znów pani kato-feministka z dwoma nazwiskami.

Znów światopogląd oczywiście nielogiczny.

Znów stosowanie podwójnych standardów do mężczyzn i do kobiet, mimo deklaratywnego oburzenia na takie zachowanie (tzn. wolno stosować podwójne standardy, o ile jest to korzystne dla kobiet, a ściślej korzystne dla mnie).

Jeśli jakiś mężczyzna będzie chciał mi zmienić koło kiedy złapię gumę - proszę bardzo, niech zmienia! Sama nie umiem, więc mu tylko podziękuję! Ale jak przy tym doda, że pomaga mi, bo kobiety sobie z takimi rzeczami nie radzą, wtedy zapłonę świętym oburzeniem. Niech robi i się zamknie! Powinien przy tym udawać, że to, iż jestem kobietą, a on mężczyzną, nie ma żadnego znaczenia. Przecież równie dobrze mogła pomóc mi jakaś kobieta! A zamiast mnie pomocy mógł potrzebować mężczyzna! Czyż nie? Tak się akurat PRZYPADKOWO złożyło, że wszystko odbywa się zgodnie ze stereotypem.
Ogólnie mężczyźni mogą mnie wyręczać w typowo męskich zajęciach, pod warunkiem udawania, że moja płeć nie ma tutaj żadnego znaczenia. Inaczej burzy mi się mój feministyczny światopogląd.
Oczywiście w drugą stronę to nie działa, bo ja nie mam zamiaru żadnych leniwych szowinistycznych świń w niczym wyręczać, nawet jeśli będą poprawnie udawać.

Czyż to nie jest logiczne?

Oceń 28 10 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook