Tajemnice Jasnej Góry

Przewodnik Katolicki
(fot. zkvrev/flickr.com/CC)

Jasna Góra wydaje się nam taka oczywista. Trudno znaleźć wierzącego Polaka, który nigdy tam nie był, który nie zna wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej, który nie zaśpiewa Czarnej Madonny. Cóż jeszcze nowego można powiedzieć o miejscu, które znamy prawie na pamięć?

 

Pierwsze kroki kierujemy do kaplicy Cudownego Obrazu, żeby klęknąć przed obliczem Czarnej Madonny. Później bazylika, wieczernik, Droga Krzyżowa na wałach - tak wygląda stały szlak wszystkich jasnogórskich pielgrzymów. Często czasu już nie wystarcza na więcej. Tymczasem Jasna Góra w każdym miejscu wypełniona jest bogatą historią i w każdym miejscu odczytywać można kolejne jej tajemnice. Może warto choć raz znaleźć kilka godzin, żeby to, co pozornie dobrze znane, zobaczyć z zupełnie innej strony?

 

Wały

 

Kwaśne deszcze, wywołane wysoką emisją siarki z dawnej Huty Bieruta, treningi samolotów odrzutowych, przekraczających barierę dźwięku nad jasnogórskim klasztorem, naruszona równowaga stosunków wodnych wzgórza podczas budowy podziemnych przejść na Alei Najświętszej Maryi Panny - przez długie lata władzom komunistycznym zależało na tym, żeby jasnogórski klasztor narazić na jak największe zniszczenia. Udało się. Korzenie wysychających drzew przestały chronić mury wałów, które od strony północno-zachodniej zaczęły się kruszyć. Bastion św. Rocha zaczął pękać, trzeba więc było podjąć decyzję o renowacji wałów. Podczas prac dokonano odkrycia, którego nikt się nie spodziewał: znaleziono mur będący częścią najstarszych jasnogórskich fortyfikacji, pamiętających czasy potopu szwedzkiego. Mury obroniły Jasną Górę przed Szwedami w 1702 i 1705 r., w czasie konfederacji barskiej nie wpuściły do środka wojsk carskich, stawiły też opór wojskom austriackim w roku 1809. Dopiero w 1813 r. twierdzę zdobyli żołnierze cara, odcinając najpierw dopływ wody. W tym samym roku przy pomocy spędzonych z okolicy tysięcy chłopów rozebrano urządzenia obronne twierdzy. Już w 1842 r. paulini mogli zająć się uporządkowaniem terenów, otaczających klasztor, stare mury zasypano, nowe wały obniżono tak, że przestały chronić klasztor, a stały się tylko symboliczne. Ostatnie odkrycia odsłaniają to, czego Rosjanie nie uprzątnęli do końca, możemy zobaczyć przebieg dawnych korytarzy i kazamatów.

 

Wieża

 

To ona wita pielgrzymów jako pierwsza. Wypatrują jej z okien autokarów, a jeśli idą pieszo, klękają na chwilę modlitwy, gdy dostrzegą ją wreszcie na horyzoncie.

 

Pierwsza jasnogórska wieża była po prostu dzwonnicą, wzniesioną w XV w., zbudowaną prawdopodobnie po północnej stronie prezbiterium, a następnie wchłoniętą przez rozbudowujący się kompleks klasztorny. Najstarsza wzmianka o drugiej dzwonnicy pochodzi z 1631 r. - wybudowano ją obok południowej ściany bazyliki, umieszczając w niej pochodzący z 1544 r. dzwon "Jezus Maria". W 1702 r. dzwonnicę podciągnięto na wysokość dwóch kondygnacji i zwieńczono późnobarokowym hełmem z krzyżem. Na początku XX w. dzwony przeniesiono na metalową konstrukcję przy bramach klasztornych, a w dawnej dzwonnicy umieszczono "Kaplicę Pamięci Narodu". Kaplica ta jest miejscem przechowywania szczególnych relikwii - urn z prochami i ziemią z miejsc, zroszonych krwią Polaków - żołnierzy, powstańców i męczenników.

 

Dopiero trzecia, najmłodsza jasnogórska wieża jest tą najbardziej znaną i okazałą. Dobudowana do gotyckiego kościoła klasztornego od samego początku była wieżą zegarową. Wielokrotnie trawiły ją pożary, po których odbudowywano ją coraz wyższą i bogatszą. Jeden z pożarów wybuchł już na początku 1654 r., kiedy to wyjątkowo ostra zima i mróz opóźniały bieg wskazówek zegara. Opiekujący się nim zakonnik zmuszony był ogrzewać wnętrze wieży i zaprószył ogień, który strawił górną, drewnianą wówczas część wieży. Kolejny wielki pożar wybuchł w 1690 r. w klasztornej piekarni - tym razem odbudowana wieża przetrwała aż 200 lat. Kolejny pożar w 1900 r. wywołali pielgrzymi, którzy - wbrew obowiązującym zakazom - rozpalili na wieży sztuczne ognie. Stopił się wówczas zegar oraz dzwony, a nawet pokrywająca dach wieży blacha. Na szczęście wiatr przenosił płonące fragmenty konstrukcji poza zabudowania klasztorne tak, że ogień nie zagroził kościołowi ani klasztorowi. Władze carskie zezwoliły nie tylko na odbudowę wieży, ale również na zbiórkę pieniędzy na ten cel na terenie Królestwa Polskiego. Nową wieżę poświęcono 15 sierpnia 1906 r., w szóstą rocznicę pożaru, przy udziale 300 tys. Polaków przybyłych na tę uroczystość ze wszystkich trzech zaborów. Wieża ta stoi do dziś.

 

Broń

 

Nad wejściem do arsenału czuwa orzeł, obejmujący skrzydłami sprzęt wojenny. To symbol Rzeczypospolitej, która czuwać miała nad jasnogórską twierdzą, skarbem Polaków. Dzisiejsze zbiory zgromadzone w arsenale to przede wszystkim dawna broń, pamiątki związane z dziejami Jasnej Góry oraz wota, które przez wieki składali tu ci, którzy z pomocą Matki Bożej walczyli o wolność Polski. Nad wszystkim czuwa Maryja w kopii Cudownego Obrazu, w płaszczu zdobionym dziesiątkami polskich oznak wojskowych, z orłami z żołnierskich czapek w koronie.

 

Oręż w arsenale to najpierw halabardy, należące do piechoty, straży miejskich, gwardii honorowych - najstarsze pochodzą z XVI w., ale niektóre z nich jeszcze niedawno służyły podczas procesji i uroczystości kościelnych.

 

Armat, które dawniej musiały znajdować się w jasnogórskiej fortecy, dziś już w arsenale nie ma, są za to cztery moździerze z przełomu XVII i XVIII w., są tureckie muszkiety, karabiny i janczarki, bogato zdobione, wykładane srebrem i kością słoniową, są strzelby z Albanii, Czarnogóry i Hercegowiny. Jest również broń biała: wenecki rapier schiavona, charakterystyczny, bo służący raczej do cięcia niż kłucia przeciwnika, są szpady i szable. Ciekawą historię mają dwa tasaki: pierwszy z nich, hiszpański, z końca XVIII w., złożony był jako wotum przez polskiego żołnierza z armii napoleońskiej. Drugi, z piłą na grzbiecie, pochodzić może z czasów rozbiórki jasnogórskich fortyfikacji, był regulaminową bronią rosyjskich saperów z tamtego okresu. Z nowszych już eksponatów w arsenale znaleźć można na przykład oficerską szablę marszałka Rydza-Śmigłego, a z egzotycznych - dzidy i miecze z Afryki, ceremonialną buławę z Persji, turecki kindżał i szable japońskich samurajów.

 

Wota

 

"Ponieważ zaś podobało się Wszechmogącemu Bogu szczególniejszymi łaskami miejsce to głośnym uczynić i wielkimi dobrodziejstwy pobożnych katolików do wielbienia obrazu Matki Boskiej skłonić, zaczęli nie tylko mieszkańcy Królestwa pielgrzymki odbywać, lecz także liczne ludy z sąsiednich i odległych krajów; a Królowie, Książęta i Biskupi, Senatorowie, Szlachta i inni składali tu liczne swoje wota" - pisał ojciec Augustyn Kordecki.

 

Tradycja składania wot Królowej Polski liczy sobie kilka wieków. Do najcenniejszych z nich należy turecki pałasz ze srebrną głownią i rękojeścią ze złota, bogato wysadzaną drogimi kamieniami. Jest to prawdopodobnie wotum złożone przez samego króla Stefana Batorego.

 

Hetman Stanisław Żółkiewski zostawił na Jasnej Górze turecką szablę z przełomu XVI i XVII w. - paulini chcieli ją podarować wyruszającemu na wyprawę wiedeńską Janowi III Sobieskiemu, ten jednak uznał, że "na wojnie potrzebne jest tylko żelazo" - i na Jasnej Górze pozostawił rękojeść i pochwę, które znajdują się tam do dziś.

 

Swoje hetmańskie buławy pozostawiali Maryi hetmani, a niższej rangi żołnierze składali blachy wotywne - największa z nich przedstawia ofiarodawcę, Jana Chreptowicza, wojewodę nowogródzkiego, uwolnionego z niewoli faraskiej po bitwie pod Żółtymi Wodami w roku 1648.

 

Wiele wot znalazło się na Jasnej Górze po zwycięstwie nad Turkami pod Wiedniem. Znajdziemy wśród nich bogato haftowane odrzwia polowego meczetu Kara Mustafy, fragment wschodniej makaty, łuki, kołczany ze strzałami, kolczugę, wykonaną ze srebra i pozłacaną misiurę (ochronną siatkę na głowę), czekany, topór ceremonialny czy lufę tureckiego muszkietu. Jest również - choć nie wiadomo, czy na pewno należąca do wotum króla Sobieskiego - tarcza bojowa, wykonana ze skorupy ogromnego żółwia morskiego.

 

Ordery i biżuteria

 

Oprócz wot zdobywanych na wrogach, wśród jasnogórskich skarbów znaleźć można również różnego rodzaju medale, biżuterię patriotyczną i ryngrafy. Jest tu więc na przykład Order Złotego Runa, nadany w 1615 r. królowi Władysławowi IV i przez niego złożony Jasnogórskiej Pani. Jest Order Orła Białego, który w roku 1736 został nadany Janowi Tarło, wojewodzie sandomierskiemu, są ordery Virtuti Militari z czasów Księstwa Warszawskiego i powstania styczniowego, są pochodzące z XIX w. rosyjskie ordery św. Jerzego, św. Włodzimierza, św. Anny, św. Stanisława. Są też polskie dziewiętnastowieczne odznaczenia: Order Bożogrobców, Order św. Stanisława czy odznaka wolnomularska Loży Warszawskiej "Jedność Słowiańska". Za każdym z orderów kryje się historia konkretnego człowieka, który uznał, że największą wdzięczność w życiu winien jest właśnie Królowej Polski.

 

Biżuteria patriotyczna - kolejny z jasnogórskich skarbów - noszona była nie dla ozdoby, ale dla wyrażenia patriotycznych uczuć i postaw w czasach, gdy ojczyzna była zagrożona, w czasie powstań lub żałoby po ich upadku. Nie dziwi więc, że modlący się o wolność ludzie składali taką biżuterię u stóp Pani Jasnogórskiej. Wykonywana ona była z metali mniej szlachetnych, zdobiona symbolami patriotycznymi i wizerunkami świętych.

 

Znajdujemy tu też zegarek Antoniego Patka, emigranta po powstaniu listopadowym, z wizerunkiem Matki Bożej Ostrobramskiej i zegarek gen. Józefa Hallera. Są obrączki wykonane z podków konia lub szabli księcia Józefa Poniatowskiego, z napisem "Bóg mi powierzył honor Polaków, Bogu go tylko oddam". Jest "Krzyżyk z Olszyny Grochowskiej" - wykonany z gałązek olszyny połączonych złotym okuciem, z wygrawerowaną datą bitwy w Olszynce. Z inicjatywą wykonywania takich krzyżyków miał wyjść sam Adam Mickiewicz wraz z Klaudyną z Działyńskich Potocką, znaną działaczka patriotyczną.

 

To tylko mała garść tajemnic, które skrywa przed nami jasnogórski klasztor. Poznać je może każdy, jeśli tylko znajdzie czas i ochotę. Warto, bo nic nie smakuje bardziej, niż odkrywanie większego piękna w tym, co i tak już przecież kochamy.     

 

 

Anna Kucharska, Warszawa

-  Na Jasną Górę przychodzę pieszo. Ci, którzy pielgrzymują, na pewno zrozumieją, a tym, którzy nigdy na takiej drodze nie byli, trudno jest ją wytłumaczyć. Bo jak wytłumaczyć, że ktoś zamiast wylegiwać się na plaży, woli w spiekocie dnia iść po rozgrzanym asfalcie, grać, śpiewać, ale przede wszystkim modlić się cały dzień? Większość moich znajomych nie potrafi tego zrozumieć… Dla mnie w pielgrzymowaniu na Jasną Górę ważna jest wspólnota, która tworzy się w grupie. Modlimy się razem, wspieramy. Często ktoś poniesie gitarę, weźmie pod rękę, zabierze z sobą naręcze karimat na postoju. I dziesiątkę różańca ktoś zmówi w intencji brata czy siostry, która idzie obok. Nie wyobrażam sobie wakacji bez pielgrzymki. Takie pielgrzymkowe cierpienie: ból nóg, pęcherze, zmęczenie, to ofiara - każdy idzie w jakiejś intencji. Taka droga uczy mnie pokory, pokonywania własnych słabości w jakimś większym celu. Nawet kiedy milczę w drodze, to rozmawiam z Bogiem swoimi krokami. To jest szczególny czas doświadczania miłości od ludzi. Kiedy mieszkańcy wsi i miasteczek wpuszczają nas do swoich domów, udostępniają łazienkę, karmią, rozmawiają, to jest to dla naprawdę ogromy znak działania Bożej miłości. Wierzę, że i ja mogę tym ludziom coś dać od siebie - modlitwę. I świadectwo, że Chrystus jest obecny w moim życiu, że coś jestem w stanie dla Niego poświęcić.

 

Maciej Laskowski, Bydgoszcz

- Nie wiem, ile razy byłem na Jasnej Górze, mogę tylko policzyć, że 24 razy przyszedłem tutaj pieszo. Przyznaję, że po dziesięciu dniach marszu w upale i kurzu, kiedy jednocześnie kieruje się ruchem i odpowiada za bezpieczeństwo innych, mało zostaje sił i ochoty na zwiedzanie. Wtedy najważniejsze jest, żeby wejść do kaplicy Cudownego Obrazu, potem wziąć udział w Mszy św. kończącej pielgrzymkę, a potem już człowiek pada i nie ma zamiaru wstawać przez kilka dni. Pewnie dlatego ci, którzy przychodzą na Jasną Górę pieszo, znają ją najmniej. Znam takich, którzy przez dwadzieścia lat nigdy nie weszli nawet na wieżę! Chyba nie da się pogodzić pieszego pielgrzymowania ze zwiedzaniem… Ale nie jest to problem, bo jeśli ktoś jest pielgrzymem i naprawdę kocha Jasną Górę, to w sierpniu przychodzi tu pieszo, a potem w ciągu roku i tak wraca, żeby już na spokojnie i bez takiego zmęczenia zobaczyć to wszystko, co warto zobaczyć.

 

 

 

Wspomóż Nas
Tagi: jasna góra

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

11

 

 

Komentarze użytkowników (3)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~Anna 20:56:40 | 2014-06-21
Jasna Góra cudowne miejsce nie tylko wtedy gdy przychodzisz z rodziną w niedziele żeby zwiedzić,ale również w zwykły pochmurny dzień gdy wracając z pracy wstępujesz i dziękujesz Matce za to,że masz skąd i dokąd wracać,że jesteś zdrowy i masz rodzine.Wiele łez uroniłam na Jasnej Górze przed obrazem Matki,często przychodzą tam osoby ,które poprzez cichy szloch i modlitwe wyrzucają to co wnich siedzi. Gdy miałam ciężki okres w życiu codziennie chodziłam na Janą Góre łzy kapały mi z oczu a ja wytrwale pisałam listy do Matki i wrzucałam do skrzynki - uwierzcie pomaga.  Zaufaj Matce . 

Oceń 2 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~realhistory 16:38:59 | 2014-06-21
Akurat z tym oblężeniem Jasnej Góry pzez Szwedów to całkiem banalna historia i nie heroiczna. Wojska gen Müllera stanęły pod JG 18.10 1655 r. i zaczęło się oblężenie: drobne potyczki, utarczki, mizerny ostrzał i – nade wszystko – rokowania. Ot cała bohaterska obrona. Starszyzna zgromadzenia klasztoru stała na stanowisku, że jak i całość królestwa, mnisi są posłusznymi poddanymi króla Szwecji, lecz bram nie otworzą. Kordecki oddał się w opiekę Karolowi X Gustawowi, uznając go za swojego króla. Tym samym obalony został klerykalny mit o bohaterskiej obronie oraz o wierności paulinów polskiemu królowi. Potwierdza to opublikowane w 1904 roku, znalezione w archiwach przez historyka Theodora Westrina pismo Kordeckiego do gen. Müllera. Równocześnie paulini wysłali do Karola Gustawa pismo o ponowne potwierdzenie bezpieczeństwa, tym razem już przez króla, które miała zawieźć delegacja z o. Marcelim Tomickim na czele. Delegacja ta jednak króla w Warszawie nie zastała, gdyż ten  przebywał na terenach Prus Kr. .Jeszcze 25.10 z kancelarii królewskiej wyszło polecenie, aby po dobremu i układami, nie uciekając się do ostateczności, doprowadzić do poddania się klasztoru. Jednak  ziemia pod nogami wojsk szwedzkich zaczynała się palić. Król Szwecji nie dysponował siłami dla opanowania tak silnego państwa jak RP. Mógł tego jedynie dokonać rękoma samych Polaków. 14.12 Karol Gustaw podpisał rozkaz zakończenia oblężenia JG. Argumentował, że pogłoski o zagrożeniu „obrazu” budzą niechęć Polaków, a oblężenie w zimie wyniszcza siły szwedzkie. Wymagał jedynie kolejnego powtórzenia przez zakonników aktu poddania się. Nocą z 26/27.12 wojska Müllera odstąpiły od klasztoru. Müller dziwnie ociągał się z odstąpieniem od murów. Niewykluczone, iż w końcu potajemnie otrzymał okup, którego domagał się od klasztoru. Ale Kościół do dziś buduje„cudowną” martyrologię obrony JG, dopuszczając się kombinacji. 

Oceń 1 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Olga 16:17:23 | 2014-06-20
Przychodzę tam kiedy jest niefajnie. Zostawiam smutek i ocieram łzy. Wołam o pomoc. Jeśli masz bardzo zły dzień i wydaje Ci się, że nie masz już siły, przypominj sobi o Matce Bożej- ona zawsze jest, on nigdy Cię nie zostawi. Dziękuję, Mamo!

Oceń 5 odpowiedz

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook