Wracaliśmy do Medjugorie trzykrotnie [ŚWIADECTWO]

(fot. shutterstock.com)

Ciągnęło nas, by wrócić do Medjugorie. Miałam nadzieję, że wrócę całkiem zdrowa. Dotarły do mnie tylko dwa słowa w języku chorwackim. Z tymi słowami wróciłam do Warszawy. I wtedy stało się coś przedziwnego. Moja choroba się zatrzymała.

 

Znalazłam się tam po raz pierwszy w 1994 r. W święto Matki Bożej Królowej, 22 sierpnia, byliśmy z mężem na Podbrdo świadkami objawienia. Półtora metra dzieliło nas od widzącego Ivana. Mogliśmy widzieć jego poważną, skupioną twarz. Mówił do Kogoś, widać było, jak poruszał ustami, patrzył na Kogoś. Głos był "odcięty", cisza stała się głęboka. Przy całej duchowej intensywności tego wydarzenia uderzała jego prostota. Ludzie klęczeli na ziemi, wokół góry, nad nami niebo. Nagle Ivan wrócił do odmawianego wcześniej "Ojcze nasz", w tym miejscu, w którym przerwał. Z grupą stojących najbliżej osób odmówił "Magnificat".

 

Wróciliśmy do domu. Jedna z sióstr ze Wspólnoty Błogosławieństw zapytała, jaką mieliśmy intencję tego wieczoru. Powiedziałam prawdę: nie możemy mieć dzieci. Jesteśmy cztery lata po ślubie. Przeżyliśmy dwa poronienia, jedno dziecko, Marta, urodziła się przedwcześnie i zmarła w trzeciej dobie życia. Siostra odpowiedziała z wiarą: "Byli tu tacy ludzie. Po roku przyjechali podziękować za dziecko".

 

Na początku stycznia okazało się, że jestem w ciąży. Prawie całą przeleżałam. Byłam spokojna. W 34 tygodniu ciąży pozwolono mi wychodzić z domu. Tydzień później nagle zaczął się poród. Dziecko było wcześniakiem, pakowałam się do szpitala w pośpiechu. W ostatniej chwili zdążyłam zabrać "Oremusa". Agata urodziła się 21 sierpnia wieczorem, dostała 10 punktów na 10, od razu było widać, że jest wyjątkowo silna i zdrowa. Kiedy doszłam do siebie, otworzyłam "Oremusa". 21 sierpnia wieczorem - wigilia Matki Bożej Królowej! Dopiero wtedy dotarła do mnie zbieżność dat i przypomniały mi się słowa siostry ze Wspólnoty Błogosławieństw. Rok temu, co do dnia, byliśmy na Podbrdo!

 

Agatka rosła pełna życia, stale w ruchu, radosna. Pasja ruchu pozostała w niej do tej pory, dziś jest studentką AWF i tancerką. Nie trudno sobie wyobrazić, jak byliśmy szczęśliwi. Jednak nad jej dzieciństwem zawisł cień. Z moim zdrowiem zaczęło się dziać coś dziwnego. Stałe zmęczenie, słabe ręce, kłopoty z chodzeniem, z oczami. Po roku usłyszałam diagnozę: stwardnienie rozsiane (SM), nieuleczalna, postępująca choroba neurologiczna. Choroba w ciągu lat nieubłaganie się rozwijała. Musiałam zrezygnować z pracy. Byłam coraz mocniej unieruchomiona i odizolowana. W końcu mogłam przejść najwyżej 30 metrów, zupełnie nie mogłam chodzić po schodach. By pokonywać większe trasy, posługiwałam się wózkiem inwalidzkim.

 

Siostra Emmanuel stale zapraszała nas do Medjugorie. Wreszcie, w maju 2005 wyruszyliśmy w podróż. Spędziliśmy w Medjugorie 4 dni. Pierwszego dnia mój mąż wniósł mnie na Podbrdo. Drugiego dnia chwilę pomodliła się za mnie Vicka. Trzeciego dnia pojechaliśmy na spotkanie z o. Jozo. O. Jozo każdego błogosławił. Kiedy zobaczył mnie na wózku inwalidzkim, obok dziecko, trochę dłużej się przy nas zatrzymał.

 

Ostatniego dnia mieliśmy w programie Križevac, ale bez dokładnego planu. Jest to zbyt stroma góra, by kogoś wnosić. Zaparkowaliśmy samochód u stóp Križevaca. I wtedy stało się coś przedziwnego. Zaczęłam iść pod górę, pierwsze dwie, trzy stacje drogi krzyżowej. Czułam się tak, jakby popychała mnie jakaś siła. Przysiadłam, żeby odpocząć, kawałek mąż mnie niósł, potem znów szłam pod górę, znów byłam niesiona, znów się wspinałam. Weszłam na sam szczyt. Zeszłam z całej góry sama, trzymając męża. Nie zostałam uzdrowiona całkowicie. Nastąpiła dziesięciokrotna poprawa, niewytłumaczalna z medycznego punktu widzenia. Zamiast 30 metrów, byłam w stanie przejść średnio 300 metrów, jeśli jednego dnia więcej, drugiego mniej. Mogłam chodzić po schodach, byłam nieporównanie silniejsza. Udawało mi się większym stopniu towarzyszyć córce, więcej wychodzić z domu. Znalazłam pracę na pół etatu, życie naszej trójki zostało odmienione.

 

Ciągnęło nas, by wrócić do Medjugorie. Miałam nadzieję, że wrócę całkiem zdrowa. Tym bardziej, że rok po pielgrzymce przyszło pogorszenie i znów byłam w nieco słabszej formie, choć i tak bez porównania lepszej niż dawniej. Wyruszyliśmy dokładnie dwa lata "po cudzie".

 

W Medjugorie przez cały czas lało. Na Križevac weszliśmy mimo ulewy, która zmieniła górskie ścieżki w rwące potoki błota. W piątkowy wieczór siedziałam w jakimś kącie kościoła na podłodze, w gęstym ścisku, i z długich rozważań po chorwacku docierały do mnie dwa słowa, które stale się powtarzały: radość krzyża. Z tymi słowami wróciłam do Warszawy: radość krzyża, stale słyszałam w sercu. Dotarło do mnie, że tym razem na Križevacu otrzymałam inną łaskę niż uzdrowienie. Moja choroba się zatrzymała. Od lat jest na podobnym poziomie: mogę przejść średnio 150-200 metrów, pracuję, żyję w miarę aktywnie.

 

Wracaliśmy do Medjugorie jeszcze trzykrotnie. Za każdym razem powtarzało się to samo: nie otrzymywałam łaski uzdrowienia fizycznego, lecz radość krzyża. Dla mnie Medjugorie jest miejscem, w którym serce samo się modli. Otrzymuję tam niezachwiany pokój.

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

0

Liczba głosów:

0

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook