Wierzyć albo nie wierzyć

Decyzje o podpisaniu aktu apostazji nie biorą się z potrzeby odcięcia się od przeszłości, ale przede wszystkim z jałowej i infantylnej wiary. Argumentacja wahających się wiernych nie sięga pryncypiów, tylko spraw powierzchownych.

 

Mimo że tytuł tekstu Tomasza P. Terlikowskiego opublikowanego we wczorajszym wydaniu "Rzeczpospolitej" brzmi: "Z Kościoła wypisać się nie da!", to autor samemu zagadnieniu apostazji poświęca trzy zdania, z którymi nie sposób się nie zgodzić, znając doktrynę Kościoła Katolickiego: "Ważnie udzielonego chrztu nie da się unieważnić. Apostata nie przestaje być ochrzczony, nie przestaje nawet w szczególny sposób przynależeć do Kościoła. Jedynie staje się odstępcą".


Redaktor naczelny portalu fronda.pl zastanawia się w swoim tekście, dlaczego katolicy chcą "wypisać się" z Kościoła i jakie to ma w ogóle znaczenie. Tomasz Terlikowski twierdzi, że przyczyną podpisywania przez katolików aktów apostazji jest "nierealizowalne pragnienie, by nasza przeszłość nie determinowała teraźniejszości, by nasze i naszych rodziców decyzje można było unieważnić, ale także uczynić niebyłymi." Można by uznać za trafną tezę publicysty Frondy, gdyby nie jego argumentacja.

 

Terlikowski jest bowiem przekonany, że to "czyszczenie przeszłości wynika z ideologii postępowej lewicy, która próbuje nas przekonać, że głównym zagrożeniem dla naszej tożsamości są środowiskowe, biologiczne czy rodzinne determinacje".
 

Zdaniem Terlikowskiego, wszelkie unieważnianie przeszłości jest złe. Jeśli zgodzimy się na czynienie byłego niebyłym - pisze redaktor - to za kilkanaście lat dzieci będą mogły wykreślić swoich rodziców z aktu urodzenia.
 

Nie wiem, czy przywiązanie do przeszłości i decyzji naszych rodziców dotyczy każdej dziedziny życia czy jedynie chrztu. Gdyby tak było, musielibyśmy unieważnić wszystkie spektakularne nawrócenia i interpretowane dotychczas jako słuszne konflikty ideologiczne dzieci z rodzicami.
 

Mam nieodparte wrażenie, że to sposób przeżywania wiary jest fundamentalną przyczyną rozstań z Kościołem, co w konsekwencji można tłumaczyć odcięciem się od tożsamości narzucanej przez fakt pochodzenia.

 

Wierzący, niepraktykujący, nieświadomi


W ubiegłym roku para moich przyjaciół doczekała się dziecka. Magda i Bartek są agnostykami. Postanowili, że Julian nie będzie ochrzczony. Są więc fair wobec Julka i Kościoła. Nie obiecują, że wychowają swojego syna zgodnie z nauką Kościoła, a jeśli Julek sam będzie chciał kiedyś należeć do Kościoła, nie będą stawiali mu przeszkód. W moich oczach Magda i Bartek są świadomymi rodzicami. Mam jednak wielu znajomych, którzy uważają siebie za ateistów bądź osoby niewierzące, a jednocześnie kierując się zasadą: "tak wypada", chrzczą swoje dzieci.
 

Tu nasuwa się argument, którego nie podnosi Terlikowski, a wydaje się, że w dyskusji o apostazji jest niezwykle ważny. Nie sposób policzyć nieświadomych konsekwencji decyzji rodziców, którzy pod presją otoczenia albo z jakichkolwiek innych - niereligijnych - powodów przynoszą do Kościoła swoje pociechy, by je ochrzcić.
 

Księża często stawiają na ilość, nie na jakość i zapominają o tym, że wiary i intencji katolików nie zweryfikuje się za pomocą skomplikowanych przepisów związanych z przystąpieniem do chrztu. Dla nieświadomych katolików nie ma chrztu, są chrzciny.
 

Niepraktykujący wierzący nie zastanawia się nad Duchem Świętym, bo czeka tylko na wypicie zdrówka młodego. Koło się kręci. Ksiądz ma w ciągu jednej mszy kilka chrztów, nie zastanawia się więc szczególnie nad tym, kto, z kim, kogo i jak. W ten sposób chrzest staje się produkcją kolejnych wierzących-niepraktykujących-nieświadomych.
 

Ich wiara dojrzewa, ale nie szuka zrozumienia. A jeśli pojawiają się pytania, to trudno znaleźć na nie odpowiedź. Wiarę wypiera więc niewiara, która legitymizuje się łatwym życiem. Większość osób, które postanawiają podpisać akt apostazji, musi zastanowić się przecież nad swoją decyzją. Apostata dochodzi do wniosku, że przestaje wierzyć i w związku z tym rozstaje się z Kościołem. Jak do tego dochodzi?


Pojawiają się wątpliwości i pytania, które, koniec końców, wpadają w próżnię. Skoro nie potrafię znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, przestaję pytać i, w efekcie, przestaję wierzyć. Niewiara jest prostsza w obsłudze niż wiara.

 

Wierzący-niepraktykujący-nieświadomi prowadzeni są od chrztu do Pierwszej Komunii za rękę. Poznają wtedy tajniki wiary. Dowiadują się, że niebo jest na górze, a piekło pod ziemią. Dowiadują się, że w niebie są aniołki z różowymi serduszkami, a w piekle kotły i słoma. Słyszą również, że Trójca Święta jest jak koniczyna. Na pytanie, czy Bóg, skoro jest wszechmogący, może stworzyć kamień, którego nie podniesie, dostają odpowiedź, że Bóg nie jest kamieniarzem i ten logiczny problem Go nie dotyczy. Najwięcej wiedzy o wierze nabywają w trakcie przygotowań do Komunii świętej czy bierzmowania. Po przyjęciu tych sakramentów coraz mniejszą wagę przykłada się do poziomu wiedzy wierzących na temat ich wiary.


W pełni rozumiem młodych i wykształconych, którym idea aniołków w niebie wydaje się nieco zabawna. Dwudziestokilkuletni Polak w XXI wieku nie zbuduje racjonalnej i świadomej wiary, bazując jedynie na wiedzy zdobytej podczas Pierwszej Komunii. Mamy więc dorosłych, inteligentnych, błyskotliwych ludzi, którzy nie zgadzają się z wizją wiary, jaką otrzymali w ich wczesnym dzieciństwie. Nie możemy się więc dziwić, że później postanawiają wystąpić z Kościoła.


Niestety w tekście Terlikowskiego nie ma troski o tracących wiarę współbraci. Redaktor woli nazywać ich ideologami postępowej lewicy, niż zastanowić się nad dramatem, jaki przeżywają. Nie kieruje się więc zaleceniem Jana Pawła II, który w 2000 roku w Dniu Przebaczenia powiedział: "Winniśmy wyznać, że jako chrześcijanie ponosimy odpowiedzialność za zło występujące dzisiaj. W obliczu ateizmu, obojętności religijnej, laicyzacji, relatywizmu etycznego, łamania prawa do życia, niewrażliwości na ubóstwo wielu krajów musimy zadawać sobie pytanie, w jakiej mierze i my ponosimy odpowiedzialność".


Przyczyną niewiary i podpisywania aktów apostazji jest z jednej strony ociężałość i zaniedbania wierzących, a z drugiej nieodpowiedni system edukacji religijnej. Ten problem domaga się jednak poruszenia w oddzielnym tekście.
 

Nie lubię Kościoła

 

Szkoda, że dyskusja między wiernymi Kościoła Katolickiego a apostatami nie dotyczy Boga, a opiera się przede wszystkim na nieporozumieniach związanych z funkcjonowaniem struktur kościelnych.


Jarosław Milewczyk, założyciel strony internetowej apostazja.pl, otwarcie wyznał w jednym z wywiadów, że główną przyczyną jego decyzji o wystąpieniu z Kościoła nie są problemy ze zrozumieniem zagadki Trójcy Świętej czy omnipotencji Boga, ale nieznośny fakt bycia w tej samej grupie społecznej co duchowni, z opinią których się nie zgadza. Wydaje się również, że druga strona konfliktu nie ma zamiaru sięgać do pryncypiów wiary, a piórem Tomasza Terlikowskiego stara się raczej marginalizować problem apostazji.
 

Przed laty ks. Józef Tischner powiedział do Adama Michnika: "Ja przecież nie mogę Adamowi deklaratywnie narzucać tego, co o Kościele sądzę. Ja widzę Kościół w perspektywie powiedzenia: Dłużej klasztora niż przeora. Przeor przeminie, klasztor zostanie. Natomiast Adam i pokolenie Adama widzi Kościół jednak poprzez pryzmat przeorów".

 

Wszyscy, którzy widzą Kościół tak, jak widzi go Adam Michnik, powinni wykonać rachunek zysków i strat. Warto spojrzeć na fundamentalną wizję Kościoła. Na to, czym jest u swojej podstawy, sięgnąć do jego źródeł, a nie skupiać się na tym, czym się jawi w nieporadnych interpretacjach.

 

Nie jestem zwolennikiem wojowania szabelką jak Tomasz Terlikowski. Podejmując temat apostazji, należy zachować szczególną delikatność. Mamy bowiem do czynienia z dramatem, który rozgrywa się nie pomiędzy debatującymi, ale w samych odchodzących. Dramatem jest bowiem każde rozstanie.
 

Czy księża, katecheci i rodzice we właściwy sposób przygotowują wiernych do sakramentów? Czy powodem ewentualnego rozstania nie jest nasze lenistwo, lekceważenie i triumfalizm? Czy nie powinniśmy w Kościele bardziej dowartościować jednostkę, a nie tylko masę uczęszczającą na Mszę św.?
 

Do zastanowienia zapraszam też przyszłych apostatów. Nie jest bowiem nigdy tak, że wina leży tylko po jednej stronie.

Wspomóż Nas
Tagi: apostazja

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.48

Liczba głosów:

40

 

 

Komentarze użytkowników (31)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~Przyjaciel 21:39:00 | 2013-02-02
Jednym z głównych problemów rozwoju wiary w Polsce jest anonimowść Kościoła.
Ta anonimowść sprowadza się do jakiejś oficjalnej manifestacji religijności, poczym wszelka wartość przynależności traci sens po wyjściu z Kościoła.
Tej anonimowości nie ma we wspólnotach, w których można rozmawiać dzielić się przeżyciami i opiniami. Natomiast w oficjalnym kształtowaniu wiary przez kościół widoczny jest spektakularny i jednocześnie bardzo smutny obraz Kościoła pozostawionego na łasce Jezusa. Bardzo mnie denerwuje właśnie to, że tylu ludzi w Polsce - deklaruje swą religię, podczas gdy na msze co niedziele uczęszcza ok. 1/4.
To w końcu wiara czy chrzest zbawia? Bo mam wrażenie, że pozostałe 3/4 myśli, że przez chrzest będą zbawieni, ewnetualnie pójdą do czyśćca jak nie będą chodzić na msze i spowiadać się regularnie.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~DPMS 20:23:32 | 2013-02-02
No cóż, zgadzam się autorem artykułu. Dokładnie tek było ze mną. KK nie miał nigdy nic ciekawego do zaoferowania, powiedzenia, czegokolwiek co zachęciloby do pozostania w tej wspólnocie. Przekaz KK kierowany do mnie podczas I Komunii, lekcji religii, czy rekolekcji kojarzył mi się raczej z opowiadaniem pobożnych życzen i bajek, niż z czymś co w jakikolwiek sposób łączyłoby się z otaczającą mnie rzeczywistością. Póki byłem dzieckiem, to jeszcze jakoś w te opowieści o Bogu, Jezusie dało się wierzyć, ale później w szkole średniej, na studiach wiara we wstawanie trupa z grobu, który ma mnie zbawiać za grzech pierworodny którego nie popełniem, stała się już tak absurdalna i męcząca, a jednocześnie materialistyczne nauki przyrodnicze - tak kuszące, że nie było innego wyjścia jak ją porzucić (wiarę). To jest moje świadectwo - ateisty. Zastanawiam się i wątpię czy cokolwiek mogłoby mnie przekonać do wiary. Wcześniej lub teraz. Może strach przed śmiercią. Tylko że wiara ze strachu to jak dla mnie - dość marny i niski powód.

Oceń 2 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~anna 13:10:04 | 2012-02-19
Jeeli w domu beda rodzice "nieletni" , to i dzieci beda miec szanse by trwac w Kosciele przy Jezusie.Mysle tylko, ze dzisiaj trudno jest o " goracych" rodzicow.Gorace serca rodzicim daje Bog , miejmy wiec nadzieje, i ufajmy w Jego milosierdzie.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Kinch 13:45:48 | 2012-02-18
Bardzo trafny komentarz @Izabela. Sam byłem kiedyś zarówno tym, który potrzebował niemal ciągłej rozmowy o Bogu, o wierze, ale często nie miałem w tym okresie nikogo obok siebie, kogo interesowałyby takie tematy. Niestety byłem też po tej drugiej stronie, która patrzy na takiego świeżo nawróconego dziwnym wzrokiem i nie rozumie o co mu chodzi i nie przychodzi z pomocą.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~prostowanie kolan 12:00:47 | 2012-02-18
cytuję;
Osioł Klęka Przed Najświętszym Sakramentem

Było to w XIII w gdy jeden z heretyków nie dał sobie wytłumaczyć, że Jezus jest obecny w Najświętszym Sakramencie. Św. Antoni zapytał go czy uwierzy jeżeli jego osioł odda cześć Hostii. Heretyk postawił warunek aby najpierw zamknąć osła na 2 dni bez jedzenia i picia, 3go dnia położy wiązkę siana i owies a obok będzie stał Św. Antoni z Najświętszym Sakramentem. Kiedy nadszedł dzień próby ku zdumieniu świadków wygłodzony osioł nie poszedł do owsa lecz do Św. Antoniego i uklęknął przed Hostią tym cudem Heretyk dał się przekonać i uwierzył w prawdziwą obecność Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. (To nie był tresowany osioł)
Dlaczego Ludzie nie klękają? - pomimo że śpiewają : "Padnijmy na kolana uczcijmy Niebios Pana[...]"Aby klęknąć, trzeba wiedzieć przed kim się klęka- trzeba mieć wiarę, cześć i miłość do Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego Odkupiciela Obecnego w konsekrowanej Hostii Świętej. 
Pan Jezus: "Czy jednak Syn człowieczy znajdzie wiarę na ziemi gdy przyjdzie? (kk 18.8)"
Klękanie jest naturalnym gestem czci, szacunku, oddania, poddania się,
uniżenia, adoracji, uwielbienia.
Są takie chwile w życiu, że kolana zginają się same.
Tylko szatan nie chciał i nie chce przed Bogiem i Matką Bożą upaść na
kolana.
To prości pasterze oddali na kolanach i twarzą do ziemi hołd Bogu,
a nie arcykapłani , uczeni w Piśmie, których intelektualna pycha uczyniła
niezdolnymi w najmniejszym stopniu rozpoznać obiecanego Mesjasza. Pismo św. wymienia prawie 500 przypadków oddawania hołdu Bogu twarzą do ziemi". 

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Izabela 11:31:26 | 2012-02-18
 Ojcze Dariuszu,
Oczywiście, że trzeba zmian! Z tym nie ma co polemizować. Stąd inicjatywa "Kościoła otwartego". Tylko ważne, żeby wiedzieć, że Kościół to nie tylko duchowieństwo, ale każdy ochrzczony w nim! A otwarcie nie oznacza dostosowanie do kierunku obecnego świata, a raczej otwarcie na drugiego człowieka, zauważanie tej drugiej osoby obok nas. Rozmowa z nią. Wzajemna pomoc. Oczywiście katechizacja też powinna ewoluować, czerpać z osiągnięć nauk pedagogicznych. 
Gdy myślałam nad tą całą sprawą z odchodzeniami i powrotami na łono Kościoła znalazłam poważną lukę - brak mi jakiejś opieki nad tymi, którzy się nawrócili. Tak jak pisałam, życie całkowicie się wtedy zmienia, ustala się nowa hierarchia wartości. Przestają nas zajmować rzeczy, które kiedyś sprawiały nam przyjemność, wciąż i wciąż chcielibyśmy dowiadywać się o Bogu, rozmawiać o nim. Można by powiedzieć: typowy stan zakochania. I  tu pojawia się problem: nie ma z kim o tym rozmawiać, dzielić się tą swoją radością, bo tamci znajomi nas nie bardzo rozumieją i nie chcą o tym rozmawiać. Ich to nudzi. Gdy ktoś jest w miarę otwartą osobą szybko się zaadoptuje do nowej rzeczywistości, poszuka różnych grup, wspólnot, kapłanów. Gorzej, gdy ktoś jest z natury zamknięty i ciężko mu się odnaleźć. Dlatego to do niego powinno się podejść, porozmawiać. Takie wsparcie naprawdę jest ważne w tym okresie. 

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Dariusz Piórkowski SJ 18:49:32 | 2012-02-17
Pani Izabelo,

myślę, że ma Pani rację. Trudno znaleźć jedną przyczynę występowania ludzi ochrzczonych z Kościoła. Pomimo najlepszego wychowania w domu, czy na katechezie, zawsze pozostaje ludzka wolność, słabość, ignorancja i wiele innych czynników.

Natomiast z pewnością musimy zastanawiać się i robić co w naszej mocy, by przede wszystkim prowadzic ludzi do autentycznego doświadczenia Boga. Ta edukacja często oparta na formułkach, na prawie i zaliczaniu, pozostawia wiele do życzenia. I w wielu punktach zgadzam się z Błażejem Strzelczykiem.

Raczej nie twierdzi on, że to wina jedynie księży czy rodziców, jak niektórzy tutaj sugerują, ale także i nasza. Zawsze jakiś stopień uogólnienia pozostaje w tego typu tekstach.

Owszem, ja nie liczę na masową gorliwość w wierze. Zwykle ludzie, którzy odkrywają Boga, zahaczają się o jakieś rekolekcje, przeżywaja jakieś nawrócenia, wstrząsy. Niemniej, potrzebujemy w polskim Kościele i systemie religijnego wychowania zmian.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Izabela 17:40:33 | 2012-02-17
 @Kinch
Ludzi odchodzących z Kościoła nie muszę sobie wyobrażać,. Wystarczy, że spojrzę w lustro :) Nie byłam ukształtowana, moi rodzice są "letni". Z katechizacji nie pamiętam niczego, nawet darów Ducha Świętego nie umię do tej pory wymienić. Ale nigdy nie byłam przeciwna Kościołowi, nie wojowałam z Nim. Choć przyznaję, że patrzyłam na Niego streotypowo.
A jak wreszcie się dojdzie do tej Prawdy to ona rzeczywiście wyzwala i wywraca nasze życie o 180 stopni! I za to chwała Mu na wieki! :)

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Kinch 17:28:59 | 2012-02-17
@Izabela Ja bym jednak kładł duży nacisk na odpowiedzialność rodziców i katechetów. Jeśli ktoś nie dowie się choć trochę o podstawach swojej wiary to później będzie wierzył we wszystkie rzeczy jakie ktoś powie o Kościele, bo nie będzie wiedział czy to prawda czy nie. Stąd później ludzie odchodzą, bo np. Kościół jest przeciw nauce, albo w Biblii są sprzeczności, itp. Jak dorosły człowiek ma być dojrzały jeśli nie odebrał nawet podstawowego wychowania religijnego? Jeśli komuś ktoś nie pokazał Boga, to nie jest to wcale takie proste po prostu Go zauważyć. Łatwiej jest Go nie widzieć.
Odmowa chrztu dla dzieci rodziców niepraktykujących i co za tym idzie nie gwarantujących wychowania dziecka w wierze jest, można powiedzieć, wymogiem prawa. Na ten temat można nawet w internecie przeczytać jaka procedura jest przewidziana (miałem takie pytanie na egz. z prawa kanonicznego).
Wydaje mi się, że wyobrażasz sobie ludzi odchodzących od Kościoła jako świetnie ukształtowanych wierzących i chciałabyś żeby tak się zachowywali (przykład Hioba i dojrzałość postawy), ale przecież o to chodzi, że właśnie tak nie jest.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Izabela 17:01:26 | 2012-02-17
 Nie wiem, czy możemy tak uogólniać apostazję, czy raczej jej przyczyny. Każde odejście o Kościoła jest pewna wypadkową wielu czynników i ciężko by znaleźć dwie osoby, które miałyby dokładnie takie same historie rodzinne. Oczywiście wśród tych czynników będą pojawiały się elementy wspólne.
Czy możemy usprawiedliwiać odejście kiepską katechizacją czy też postawą rodziców, którzy nas wychowali? To chyba grube uproszczenie. W końcu dojrzałość polega na tym, iż sami stajemy się odpowiedzialni za siebie i swoje życie. Oczywiście, dobra katechizacja i wychowanie byłyby bardzo pomocne w tworzeniu silnych filarów. Ale nie jest to warunek konieczny, by to nastąpiło. Warunkiem niezbędnym jest natomiast postawa człowieka. Założenie, że to nie my jesteśmy panami sobie samym. Reszta należy do Boga. A my, ludzie, winniśmy kształtować właśnie postawy innych. Przygotowywać glebę.
Zastanawiałam się też nad przypadkiem opisanym w jednym z postów - chrzcić, czy nie chrzcić dziecko niepraktykująch. Ja bym jednak obstawała za chrzeniem. Pozbawianie dziecka Ducha Św. by czuć się uczciwym wobec Kościoła brzmi trochę egoistycznie. Łaski i działanie Boga na to dziecko nie zależą przecież od wiary rodziców. A może i przyczynią się do ich nawrócenia. Jednak zawsze jest łatwiej wrócić, odkryć prawdziwy sens niż przedzierać nowe drogi, pozbawieni działania Ducha Św.
A tym, którzy odchodzą z Kościoła, bo nie mogą dogadać się z niektórymi ich członkami... Ja tu dostrzegam jednak ten największy z naszych grzechów, tj. pychę. I co za tym idzie, brak pokory. To Hiob powiedział: przyjęliśmy tyle dobrego od Boga, czemu i tego zła nie mamy przyjąć? Przecież nie bez powodu spotykamy różnych ludzi. Przy niektórych uczymy się cierpliwości, przy niektórych pokory. A przecież i są tacy, od których się nauczymy prawdziwej miłości! Bóg nas doświadcza w różny sposób, ale nigdy nie obciąży nas ponad nasze siły. Pamiętajmy o tym i z uporem dzwigajmy te nasze krzyże powszednie.

Oceń odpowiedz

Pokaż więcej komentarzy

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Google
Zaloguj przez Facebook