"Grecji potrzebny jest św. Franciszek" (wywiad)

Pieniądze nie załatwią kryzysu, potrzebni są "szaleni" jak św. Franciszek z Asyżu, którzy zbiorą ludzi z ulic, razem coś zbudują i będą znakiem nadziei - wskazuje o. Krzysztof Homa, jezuita posługujący w polskiej parafii w Atenach. W wywiadzie dla KAI opowiada m.in. o mechanizmach kryzysu, który dotknął Grecję, uwikłaniu weń Kościoła prawosławnego, życiu w podupadających Atenach oraz prawdziwych problemach Greków, na które kryzys może być...lekarstwem.

 

Poniżej publikujemy pełny tekst wywiadu: 

 

KAI: Kto zdaniem ojca odpowiada za kryzys w Grecji?

 

- Praktycznie wszyscy, i o tym się mówi. Kryzys nie jest czymś nagłym, niespodziewanym. Nie jest wynikiem nieprawidłowych decyzji ekonomicznych, ale trwającej przez lata nieuczciwości. Kolejne rządy, wiedząc mniej więcej, co się dzieje, godziły się na branie pieniędzy bez inwestowania w przyszłość. Natomiast zwykli ludzie oszukiwali, nie płacili podatków, pobierali pensje za zmarłych, brali nieodpowiedzialnie kredyty. Sami to przyznają. Ponadto chodzą pogłoski o potężnych klanach rodzinnych, które zmalwersowały wielkie sumy, wyprowadzone we współpracy z bankami zagranicznymi. Za kryzys odpowiadają też w jakimś stopniu ludzie Kościoła, bo Kościół prawosławny jest jednym z bogatszych podmiotów w tym kraju.

 

KAI: W jaki sposób się do niego przyczynił?

 

- W inwestowaniu w majątki kościelne i sprzedawaniu ich lub przekazywaniu często uczestniczyli politycy, dochodziło do korupcji. Część ludzi Kościoła, nie mówię, że duchownych, była w to zaangażowana, i tolerowano to. Ponadto do nadużyć dochodziło w ramach dofinansowywanej z zewnątrz odbudowy i restauracji zabytków kościelnych. Owszem, zrobiono wiele kapitalnych rzeczy, ale wiele pieniędzy poszło nie wiadomo gdzie.

 

Nie chcę oskarżać Kościoła prawosławnego. Być może był tu czasem wręcz ofiarą. Obserwując go, mam wrażenie, że jest on bardzo podobny do Kościoła katolickiego w Polsce. Robi wiele dobrych rzeczy. Ale ponieważ jest siłą, w dodatku uznaną przez państwo, spoczywa na nim odpowiedzialność. A może nie zawsze jest przygotowany do takiej roli w tak skomplikowanym mechanizmie.

 

KAI: Co Kościół może robić, by pomóc ludziom, którzy najbardziej ucierpieli?

 

- Tu nie umiera się z głodu. Świadczą o tym alkoholicy i bezdomni, którzy śpią wokół naszego kościoła. Dzięki działalności prowadzonej m.in. przez różne wspólnoty kościelne można za darmo zjeść, uprać sobie odzież i się wykąpać, a klimat sprawia, że człowiek nie zamarznie. Być może Kościół mógłby zrobić jeszcze więcej w ramach troski o chorych i niepełnosprawnych...

 

Ale poza tym potrzebne jest dawanie ludziom nadziei, gdy tracą pracę i mają trudności, pokazywanie, że mogą dalej iść, że nie są sami. Zajmują się tym wspólnoty, nie tylko księża, ale i świeccy. Jednak potrzebne są bardziej zaawansowane działania, które wymagałyby poświęcenia czasu dla innych, a z tym jest największy problem. Można by np. zorganizować bezdomnych i uzyskać od władz miasta pozwolenie, by w zamian za oczyszczenie i naprawienie porzuconych domów, których w Atenach jest wiele, oraz inne proste prace porządkowe mogli oni w tych budynkach zamieszkać. Widać, jak Ateny są strasznie brudne i zaniedbane. Zarazem jest masa ludzi, którzy nie mają co robić. Dzięki takim inicjatywom wielu ludzi nie musiałoby spać na ulicy.

 

KAI: Czy realizuje się takie pomysły?

 

- Rozmawia się czasem o tym, np. w radiu, ale często kończy się to na narzekaniu. Brakuje zaś decyzji, by zająć się porządkowaniem, pracami inwentaryzacyjnymi, dzięki którym uzyskałoby się pomieszczenia mieszkalne. Kościół mógłby tu wychodzić z pewnymi propozycjami i pomóc ludziom w organizowaniu się, mógłby być takim inspiratorem.

 

KAI: Czy jezuici byliby w stanie się tego podjąć?

 

- Duchowni diecezjalni mają tu niewielką siłę przebicia, ale my, jezuici bylibyśmy może w stanie. Nawet w oparciu o to, co już mamy, np. nasz dom studenta.

 

KAI: Wynika z tego, że najuboższym potrzebna jest nie pomoc materialna, ale obudzenie do nowego życia. Czy dobrym pomysłem jest niedawna akcja Kościoła prawosławnego, która polegała na propagowaniu Ewangelii przez roznoszenie Nowego Testamentu?

 

- Drukowanych rzeczy jest tu sporo, ale jeżeli Pismo Święte jest tak roznoszone, może być potraktowane jak reklama i wyrzucone do śmietnika.

 

KAI: Sam byłem tego świadkiem…

 

- Nie ma raczej problemu z dostępem do Pisma Świętego, ale bardziej z czytaniem go i życiem nim. W naszej parafii mamy rekolekcje, spotkania, działają nawet wspólnota terapeutyczna i grupa AA. Ale nie wiem, czy nie trzeba by właśnie takich inicjatyw, jakie w swoim czasie podejmował we Francji Ojciec Piotr, który z biednymi ludźmi szedł i budował domy. Na ulicach jest tylu ludzi bez pracy, uzależnionych. Oni nie są źli. Wydaje mi się, że brakuje kogoś takiego szalonego jak św. Franciszek z Asyżu, kto by ich zebrał, nie stawiając im od razu nie wiadomo jakich wymogów, i powiedział: chodźcie, zbudujemy jakiś klasztor, kościół, dom, będziemy tam mieszkać, żyć i pomagać.

 

KAI: Mówił mi Ojciec, że 8 z 14 jezuitów z waszego domu jest w wieku 75-90 lat. Dlaczego generał Towarzystwa Jezusowego nie przeniesie ojców-staruszków w inne części Europy i nie przyśle tu młodych zapaleńców?

 

- Rozmawiamy czasem o tym, ale niestety kończy się na niczym. A szkoda, bo to są znaki nadziei. Takimi zapaleńcami są działające w Atenach siostry Matki Teresy z Kalkuty - trzy siostry z różnych krajów, które karmią co dnia ponad 200 osób. Mają malutki dom, ich kuchnia jest w ogrodzie pod zadaszeniem, i to wystarczy: ludzie się do nich schodzą. My często zaczynamy od biznesplanu i jakby nie ufamy, że czasem wystarczy jeden człowiek, który poszedłby np. do Pireusu i coś z takimi ludźmi zrobił. Byliby w stanie coś wybudować, w tej pracy odnaleźliby siebie, tam byłaby prawdziwa resocjalizacja, tak jak kiedyś w klasztorach franciszkańskich. Franciszek w tamtych czasach zresocjalizował Europę, zebrał różnych zbirów, pijaczków, którzy w klasztorach stali się świętymi. Dlaczego ludzie, którzy giną od narkotyków, nie mogliby stworzyć czegoś wspaniałego?

 

KAI: Czy kontaktowano się w tej sprawie z prężnie prowadzącą podobne działania Wspólnotą św. Idziego?

 

- Były z nimi kontakty, ale nie mają tu swojego ośrodka. Oni byliby tu bardzo potrzebni.

Bo kryzys jest dla Grecji błogosławieństwem. Nie przekleństwem, ale błogosławieństwem. Jeśli Grecy trwaliby w dotychczasowej sytuacji, to by zginęli. To szansa, by Grecja otrząsnęła się i była Grecją. Bo ten kraj, co widać zwłaszcza w Atenach, zaczął się dusić. W śmieciach, pocie, alkoholu. Strasznie łatwo było tu żyć, zarobić, wydać pieniądze. Wiele osób w ten sposób zginęło tu duchowo, ale i fizycznie. Na cmentarzach widać, ilu Polaków się tutaj zapiło, ile tu było samobójstw. Nie z powodu wielkich problemów, ale zbytniej łatwości życia. Tak samo jest z Grekami, jak sami opowiadają.

 

Ten kryzys pozwala wracać do normalnych relacji, cenić wartość pieniądza, pracy, czasu, stosunków międzyludzkich. I to jest dobre. Trzeba mieć tylko nadzieję, że kryzys nie zostanie zasypany pieniędzmi, by ukryć machloje, a to właśnie grozi Grecji - bankierzy, macherzy nie chcą zbyt wiele stracić, więc dadzą kasę. Oby Grecja nie dała się na to chwycić, ale wzięła się za porządkowanie, reformowanie. Dlatego ważne są te znaki nadziei.

 

KAI: Skąd ludzie mają o tym wiedzieć?

 

- Kościoły prawosławny i katolicki, też przy naszym udziale, organizowały m.in. serię spotkań, na które zapraszano dziennikarzy i polityków greckich, i na których rozmawiano właśnie o moralnym wymiarze kryzysu. Poruszano również kwestie bioetyczne, ale nie tylko in vitro i aborcji, lecz także planowania rodziny. Zwłaszcza, że jak pisała tutejsza prasa, Grecja przy całym tym bałaganie stała się miejscem handlu dziećmi. Kobiety na północy Grecji, na granicy z Albanią rodziły dzieci na zamówienie. To potężny proceder prowadzony przez międzynarodowe mafie. Zdarza się nawet, że Polki mieszkające w Grecji, aby łatwo zarobić, sprzedają jajeczka. To zarobek rzędu 1000 euro. Jaki będzie efekt tych konferencji - nie wiem. Było też spotkanie poświęcone samemu kryzysowi dla ludzi z zewnątrz, by można było przedstawić jego genezę i to, jak naprawdę wygląda.

 

KAI: A biorą w tych spotkaniach udział zagraniczni dziennikarze?

 

- Bardzo mało. Takie tematy źle się sprzedają. To nie jak reportaż z placu Syntagma, gdzie lecą gazy łzawiące. Tu jest próba zrozumienia i rozwiązania. A rozwiązaniem jest po prostu nawrócenie. Gdybyśmy się nawrócili, ograniczyli naszą konsumpcję, byli bardziej sprawiedliwi w stosunku do siebie, poradzilibyśmy sobie. Ale nie wydaje się, by tak się miało stać. Widzę raczej próbę załatwienia sprawy za pomocą pieniędzy. Zarazem rośnie coraz większa grupa ludzi niezadowolonych, coraz bardziej radykalnych, co może doprowadzić do jakiegoś ostrego konfliktu, tym bardziej, że Grecja ma tradycje dość mocnych rewolt.

 

KAI: Jak Ojciec ocenia antykryzysowe działania rządu? Czy jest to już droga do wyjścia?

 

- Zwykli ludzie, choć przyznają, że przyczynili się do kryzysu, uważają, że płacą głównie oni, często ubodzy, a niewielką cenę płacą ci, którzy naprawdę do niego doprowadzili, byli decydentami, tolerowali nadużycia, ustanawiali prawa. Uważają, że to niesprawiedliwe, że narzucono im zbyt ciężkie warunki. Ponadto ich zdaniem jest to gra na czas dla banków i instytucji międzynarodowych, które też do tego doprowadziły. Toczy się np. proces przeciwko niemieckiemu Siemensowi, który korumpując zdobył tu na różnych inwestycjach masę pieniędzy. A to tylko jeden z przykładów. Na placu Syntagma jest miasteczko namiotowe, gdzie prowadzone są wykłady, zazwyczaj przez organizacje lewicowe nawołujące do rewolucji. To znak, że jest jakieś silne poczucie niesprawiedliwości. Nie chcę oceniać, może to jedyne słuszne mechanizmy. Jednak ludzie czują, że są pomijani, że nie są tu partnerami, a mają płacić i ponosić odpowiedzialność.

 

Ponadto nie ma uczciwej dyskusji o tym, że nie uzdrowi się życia społecznego i politycznego jedynie przez działania ekonomiczne. Jeśli nie będzie życia bardziej wstrzemięźliwego, te kryzysy będą się powtarzać. A marnotrawstwo jest w Grecji potężne. Robi się różne rzeczy, które ładnie wyglądają, stawia się ławeczki, lampki, ale później są one niszczone i nic z tego nie ma. Na Igrzyska Olimpijskie postawiono masę obiektów, finansowanych również ze środków europejskich, które teraz stoją i rdzewieją. A wydanymi na nie pieniędzmi można by np. wesprzeć rodzinę. Bo Grecy przestali rodzić dzieci! Dzieci z dawnych rodzin wielodzietnych, które mieszkały na wyspach, własnych dzieci często już nie mają. Przyjęły niesamowicie konsumpcyjny model życia: kolejne auto, ale nie dziecko, nie rodzina. Wydają zaś bardzo dużo pieniędzy na to, żeby się nimi opiekować. A staruszką, która ma swoją opiekunkę-imigrantkę, powinien zająć się jej wnuk, który jednak się nie urodził, bo zużyli pieniądze na co innego. Imigranci mają dzięki temu pracę, ale z punktu widzenia kraju to samobójstwo. Taki kraj musi zginąć, bo nie ma państwa bez własnych obywateli. A przy obecnej polityce imigracyjnej, imigrant nie jest obywatelem.

 

KAI: Właśnie, jak tu wygląda polityka imigracyjna?

 

- To kolejna sprawa, w której kryzys jest szansą na zmianę. Obecnie imigranci często nie mają praw, są niewolnikami, są traktowani gorzej niż zwierzęta, które są tu kolczykowane, ewidencjonowane, a oni często nie są ewidencjonowani. Widziałem, jak się ich czasem traktuje, gdy się starają o papiery. Tu, w stolicy dzieją się okropne rzeczy. Uczciwe byłoby danie praw, ale zarazem obowiązków - wszyscy musimy pracować, niech to będą prace bardzo proste, nisko płatne, niech podatek będzie niewielki, ale takie rozwiązanie uporządkuje funkcjonowanie imigrantów w greckim społeczeństwie. Następnie kwestia służby wojskowej lub cywilnej - chcesz być obywatelem tego kraju, korzystać z jego dóbr, to musisz odbyć np. służbę wojskową, a idąc do wojska, musisz się nauczyć języka, poznać prawo tego kraju i je szanować. W ten sposób oni mogliby stać się obywatelami i utrzymywać ten kraj. Mieliby wybór: mogliby przebywać w Grecji legalnie, ale zarazem przyjmując obowiązki, albo byliby deportowani. I na to powinno się wydawać pieniądze.

 

KAI: W jakim momencie drogi jest dzisiaj Grecja?

 

- Grecy i część polityków mocno się angażuje w naprawienie kraju, ale sytuacja jest ciągle niepewna. Są wątpliwości, czy reformy i pakiet pomocowy uratują państwo. Ludzie nie mają przekonania, że wyszliśmy z tunelu. Ponadto Grecja jest mocno powiązana z organizacjami międzynarodowymi i USA, jest bardzo wrażliwa gospodarczo. Nie ma tu wielkiego, niezależnego od sytuacji międzynarodowej przemysłu. Główną gałęzią gospodarki jest transport, który zależy od innych krajów. Ponadto Grecja ma duży udział w sektorze bankowym. Jeśli w Stanach i Europie sytuacja się uspokoi, to w Grecji wszystko się ułoży. Może pomogłaby inna polityka Unii - gdyby bardziej postawić tu na rolnictwo i turystykę, korzystać po prostu z tej ziemi, i gdyby Grecy nie ustalali wysokich cen żywności, bo przecież wówczas - tak sobie czasem żartujemy - można by tu ściągać pół Europy. Grecy sami mówią, że było za dobrze, windowali ceny "za nic", aż się okazało, że inni oferują niższe ceny i turyści nagle zniknęli. A to naprawdę bardzo serdeczny, gościnny i fajny naród. Ludzie, którzy może nie pracują tak szybko jak Polacy, ale co mają zrobić, to zrobią, a przy tym bardziej niż pracę cenią sobie kontakty międzyludzkie.

 

O. Krzysztof Homa SJ - kapłan posługujący obecnie w prowadzonej przez jezuitów w Atenach przy ul. Michail Voda 28 parafii Serca Chrystusa Zbawiciela, jednej z 12 parafii rzymskokatolickich w stolicy Grecji.

 

Urodził się w Krynicy w 1961 r., do Towarzystwa Jezusowego wstąpił w 1980 r., ukończył studia filozoficzne, a na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie - pierwszy cykl teologii. W 1991 r. na Uniwersytecie Salezjańskim w Rzymie napisał licencjat z literatury chrześcijańskiej. Kapłan od 1987 r. Pracował jako katecheta we Wrocławiu, uczył historii filozofii na Wydziale Filozoficznym TJ w Krakowie, w latach 1995-2005 uczył i katechizował na Ukrainie, w latach 2005-2007 pracował z Polonią w Chicago, a 2007-2009 - w Dublinie. 1 września 2009 r. rozpoczął posługę w Atenach.

 

Polscy jezuici prowadzą ateńską parafię od 25 lat. W szczytowym okresie na niedzielne Msze św. uczęszczało tam 5-6 tys. Polaków, obecnie - ok. 2,5 tys. Poza 3 polskimi jezuitami pracują w niej 3 siostry Misjonarki Chrystusa Zbawiciela. Działa w niej ponad 10 wspólnot, wydaje też gazetkę parafialną "EKG". Szczegółowe informacje na temat parafii oraz egzemplarze gazetki w formacie PDF dostępne są na parafialnej stronie: www.ateny.deon.pl.

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

6

 

 

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook